Jak pisze tvp.info, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump zapowiedział w wywiadzie dla „Daily Mail”, że zamierza ubiegać się o reelekcję w przyszłych wyborach, które odbędą się w 2020 roku. Obecnie, jak stwierdził, nie ma nikogo, kto mógłby go pokonać.

W rozmowie z Piers Morgan z „Daily Mail” Trump powiedział, że „Wygląda na to, że wszyscy mnie chcą”.

Tump zauważył, że obecnie w Partii Demokratycznej nie ma polityka, którego mógłby się obawiać w najbliższych wyborach. „Znam ich wszystkich i nie widzę nikogo, kto mógłby mnie pokonać” – mówił. Trump wspomniał także o rozmowie z królową Elżbietą II podczas piątkowej wizyty w Wielkiej Brytanii.

Wyjaśnił, że jednym z tematów rozmowy z królową był Brexit: „Królowa powiedziała mi, i to jest prawda, że to bardzo skomplikowany problem i że nikt chyba nie miał pojęcia, jak bardzo będzie to trudne”. Według Trumpa królowa Elżbieta jest „niesamowitą kobietą, jest piękna, to znaczy na zewnątrz i wewnątrz”.

Jak pisze tvp.info: „Zapytany o lidera Korei Północnej Kim Dzong Una, z którym spotkał się 12 czerwca w Singapurze, Trump odpowiedział: „Dobrze się z nim dogaduję, jest bardzo inteligentny, ma ciekawą osobowość, jest zabawny i twardy, to dobry negocjator”. Dodał, że przywódca reżimu to także „bezwzględny dyktator”. Donald Trump weekend spędza w Szkocji, na należącym do niego polu golfowym”.

Wakacje trwają w najlepsze, a więc i w polityce mamy czas umownego sezonu ogórkowego. Jednak tego roku pojawiają się tematy, które momentalnie potrafią rozgrzać emocje wśród ludzi, którzy jeszcze interesują się politycznym życiem w naszym kraju. Czymś co wywołało poruszenie zarówno na prawicy, jak i lewicy (co ciekawe nie tylko w Polsce) były ostatnie zmiany w zapisach nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Korzystają z okazji, że te emocje związane nieco opadły, pochylmy się nad całym zamieszaniem z rozsądkiem i małą analizą.

 

Wielkim zaskoczeniem były dla wielu Polek i Polaków słowa oburzenia wygłoszone przez izraelską ambasador podczas przemówienia w Oświęcimiu, kiedy to skrytykowała ona podjęte przez polski rząd kroki w temacie odkłamywania historii oraz karania nawet więzieniem za przypisywanie nam winy za zbrodnie nazistowskich Niemiec. Choć nowelizacja ustawy została wówczas przygotowana w szybkim tempie, to temat kłamstw powtarzanych na temat historii naszej Ojczyzny i holokaustu nie jest czymś nowym.

 

Myślę, że z ostatnich lat każdy z nas może przypomnieć sobie ile medialnego poruszenia wywołały słowa byłego szefa FBI Jamesa Comeya, który nie dość iż użył określenia „polskie obozy śmierci”, to nie wyraził również skruchy, kiedy sprawa nabrała rozgłosu wywołując oburzenie polskiego społeczeństwa. Czy ktoś inny przychodzi nam jeszcze na myśl kiedy pomyślimy o głośnym wygłoszeniu kłamstwa na temat historii Polski i jej rzekomych związków z zagładą Żydów? Zapewne wielu wspomni tu Baracka Obamę, który jako prezydent Stanów Zjednoczonych również dopuścił się tak kłamliwego sformułowania godzącego w dobre imię Polski.

 

Z pewnością istnieją ignoranci, którzy „łapią się” na takie krzywdzące dla polskiego narodu słowa. Ciężko się tego nie spodziewać, a aby się w tym utwierdzić wystarczy zapytać na ulicy Amerykanów choćby o to gdzie leży Polska. Tak wielu z nich zapewne będzie miało tu „twardy orzech do zgryzienia”, iż tym bardziej nie wyłapią oni błędu w idących w świat słowach tak ważnych urzędników jak szef FBI czy nawet sam prezydent.

 

Wszystkie te sytuacje pokazują jednak, że są u nas zarówno młodzi, jak i starsi Polacy potrafią w takich chwilach sprawę nagłośnić i solidarnie sprzeciwić się szerzeniu kłamstw na świecie. Fakt, że wygłaszanie tego typu oszczerstw spotyka się z naszym sprzeciwem jest pewnego rodzaju szczęściem w nieszczęściu oraz szansą na uświadomienie osób nie będących w temacie historii oraz świata polityki, których współczesny zachód „produkuje” na potęgę. Czy jednak nie jest to walka z wiatrakami? Może lepszym rozwiązaniem byłoby postawienie sprawy jasno… Przez wprowadzenie przepisów zgodnie, z którymi za takie oszczerstwa można osobę ją wygłaszającą skazać na pozbawienie wolności. Taka wizja to coś co zarówno mnie, jak i wielu patriotów napawa dumą, że w końcu można by postawić sprawę jasno. Stanąć de facto w obronie tamtych Polek i Polaków sprzeciwiających się niemieckiej okupacji w czasie wojny. Czy jednak ktoś w gruncie rzeczy wierzy w fakt, że moglibyśmy ujrzeć na szklanym ekranie prezydenta USA i pozostałych urzędników zza oceanu pokornie słuchających wyroku skazującego ich na pobyt w polskim więzieniu?  Patrząc na geopolitykę oraz otaczające nas w świecie realia, można to określić zwykłą fantazją.

 

Jako osoba reprezentująca endeckie środowisko, zawsze staram się rozważać podejmowane decyzje polityczne rozsądnym tokiem rozumowania. Czy rząd zachował się więc rozsądnie przy całej historii noweli ustawy o IPN, trwającej w naszym kraju już od miesięcy? Nie… Trzeba to przyznać, że tutaj tego rozsądku oraz przewidywania pewnych faktów zdecydowanie zabrakło. Najbardziej ucierpiała na tym jednak nie Polska, ani nasza suwerenność, a partia rządząca. Ciężko więc przeanalizować całą sytuację bez spojrzenia na to jak wygląda obecny obóz rządzący. Zjednoczona Prawica sprawująca dzisiaj władzę w Polsce to tak naprawdę zbiór kilku frakcji, podzielonych według wewnętrznych układów. Cała ta pewnego rodzaju mozaika jest oczywiście spajana przez osobę prezesa Jarosława Kaczyńskiego, jednakże wbrew temu co wielu może pomyśleć, nie wyklucza to tarć pomiędzy tymi grupami i różnic w podejściu do podejmowanych przez rząd decyzji.

 

Nie zagłębiając się w istniejące wśród rządzącej koalicji podziały i potencjalne spięcia pomiędzy frakcjami, zwróćmy uwagę na to co również wydarzyło się przez ostatni rok w polskim rządzie i zbiegło się ze sprawą zmian w ustawie o IPN. Była to zmiana na fotelu premiera oraz reforma rządu. To przetasowanie na najwyższych szczeblach parlamentarnej władzy było zapewne w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego swoistym wyróżnienia pewnych osób, kosztem ambicji innych. Tym bardziej świadczy o tym fakt, że Mateusz Morawiecki wchodził po wyborach do rządu jako osoba nie wywodząca się z partii Prawo i Sprawiedliwość.

 

Temat zmian w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej oraz przygotowywanie noweli przypadło więc jeszcze na czas rządu premier Beaty Szydło. To wtedy moim zdaniem popełniono pierwsze błędy. Podjęcie kwestii odkłamywania naszej historii to z pewnością coś mogącego przysporzyć PiS-owi większą liczbę elektoratu. Wraz z rozpoczęciem tworzenia nowelizacji, obóz rządzący stanął przed szansą zdobycia przychylności kolejnych prawicowych środowisk poprzez zdystansowanie się od pro-banderowskich ruchów obecnej władzy na Ukrainie. Niejednokrotnie portale społecznościowe obiegało zdjęcie lub film, na którym ze zbulwersowaniem oglądaliśmy jak również na terenie naszej ojczyzny, przedstawiciele ukraińskiej społeczności hołdują zbrodniarzom odpowiedzialnym za brutalne mordy dokonywane na polskich rodzinach. Budziło to dodatkowe zniesmaczenie, ze względu na fakt pomocy jaką imigranci zza naszej wschodniej granicy otrzymują u nas. Wystarczy wspomnieć, że obecnie w Polsce przebywa ponad 2 miliony obywateli Ukrainy. Do końca roku liczba legalnie przebywających u nas Ukraińców przekroczy zapewne już 3 miliony. Postawienie naszego narodu w świetle gospodarza w swoim państwie, poprzez jasne pokazanie jakie są granice i zasady względem czczenie zbrodniarzy pokroju Stepana Bandery jest ruchem, który postrzegany powinien być przez polskie środowiska patriotyczne jako krok rządu w dobrą stronę. Takir właśnie kroki  też poczyniono przy okazji pisania nowelizacji ustawy o IPN, w której określono jednoznacznie zbrodnie dokonywane przez UPA jako ludobójstwo oraz potępiając ideologię banderyzmu. Zapisy te nie zostały zmienione nawet wbrew krytycznym głosom z Kijowa, co może być z pewnością uznane za słuszną postawę polskiej władzy.

 

Nowelizacja w swoim założeniu ma prowadzić jednak też do odkłamywania historii relacji polsko-żydowskich. Jak już wspomniane było w poprzedniej części tekstu, jest to temat obok którego nasze państwo również nie może przechodzić obojętnie, ponieważ oszczerstwa pod naszym adresem świadomie lub nieświadomie wypowiadali ważni urzędnicy za granicą. Układ sił geopolitycznych, w który my znajdujemy się pomiędzy imperialistyczną Rosją a Niemcami, które odgrywają jedną z głównych ról na unijnej scenie.

 

Ze strony UE natomiast co jakiś czas padają ostrzeżenia oraz negatywne opinie wymierzone w polskie państwo. Jest to w dużej mierze spowodowane donosicielstwem przedstawicieli „opozycji totalnej”, która przestała się już nawet liczyć z tym, iż polscy obywatele ucierpią na ich przenoszeniu partyjnych wojenek na arenę międzynarodową. Berlin i Brukselę można określić jako unijny niemilknący głos chcący zepchnąć konserwatywne europejskie rządy na margines. Wystarczy spojrzeć na komentarze wygłaszane przez „unijnych eurokratów” względem nie tylko polskich władz, ale też działań rządu Victora Orbana, czy ostatnio również Austrii lub też Włoch, w których nowy rząd nie zamierza ulegać presji w temacie przyjmowania nadal masowo przypływających do granic Europy imigrantów z krajów arabskich. Konflikt i krytyka z jaką spotyka się Polska trwa już długimi miesiącami. W całym tym sporze co jakiś czas pojawiają się słowa o sankcjach, zamrażaniu finansów czy ograniczaniu naszego głosu na arenie europejskiej. Nie da się zaprzeczyć temu, że takowe ewentualne działania przekładające się na nasz handel, eksport i szeroko rozumianą sytuacją gospodarczą odbiłby się na nas- obywatelach „tutaj na dole”. Co więc powoduje, że unijne władze mimo często tak ostrych i krzywdzących stwierdzeń nadal nie ukarały w znaczący sposób niebędącego im na rękę prawicowego rządu w Warszawie? Z pewnością jest to po pierwsze presja ze strony Węgier oraz mocniej dochodzących do głosu w swoich krajach innych niebędących establishmentowymi ugrupowań, których wsparcie dla polskich władz w zderzeniu z naciskami z Brukseli doprowadzić może do pogłębienia braku spójności w UE. Z drugiej strony, w dużej mierze tym co hamuje zapędy Berlina i części unijnych polityków do bardziej zdecydowanych kroków względem Polski, są nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Można ich praktykę oraz skuteczność w razie konfliktów zbrojnych oceniać subiektywnie w różny sposób. Równocześnie jednak, sympatia wyrażana przez Donalda Trumpa względem rządu w Warszawie wręcz kontrastuje z często humorystycznie komentowanym w sieci jego zachowaniem na spotkaniu z niemiecką kanclerz Angelą Merkel. Aby nie ograniczać się tylko do słów i gestów spójrzmy też na zmiany zachodzące w Sojuszu Północnoatlantyckim związane bezpośrednio z naszym państwem.

 

Wzmocnienie wschodniej flanki NATO jest przez niektórych sceptycznie oceniane, zważywszy na fakt iż rzeczywiście nie można polegać jedynie na sojuszach w temacie obronności. Tego nauczyła nas w gruncie rzeczy historia. Trzeba tu jednak wyjaśnić, że nie w tych zmianach NATO tyle o rzucenie się Amerykanów na ratunek Polsce w razie wymierzonego w nas ataku. Obecność amerykańskich żołnierzy na terytorium RP jest czymś hamującym zapędy innych mocarstw, a przez to stanowi w pewnym stopniu gwarancję naszego bezpieczeństwa. Tu można zadać sobie pytanie, co te amerykańskie oddziały mogłyby zrobić w sytuacji ewentualnej inwazji na Polskę lub uderzenia w polskie miasta rakiet? Owszem, zapewne niewiele. Jednakże kto zdecydowałby się na zaatakowanie kraju, kiedy wiązałoby się to z wyeliminowaniem amerykańskich oddziałów? Taki czyn wiązałby się z presją amerykańskiego społeczeństwa wywieraną na władzy, by ta podjęła także zdecydowane kroki. Taka mentalność w USA jest nadal obecna w polityce. Ta sytuacja przypomina poniekąd posiadanie broni atomowej. Żadne z mocarstw jej nie używa, bojąc się iż zrobi to też inne państwo. Podobnie jest też i w tym przypadku. Zakładając hipotetycznie, że Moskwa podejmuje decyzje o przeprowadzeniu ataku na Polskę, musi wówczas liczyć się z koniecznością przeprowadzenia zbrojnych działań przeciwko armii amerykańskiej. Takie ruchy ze strony rosyjskiej byłyby zupełnie niepoważne zarówno z punktu patrzenia politycznego, jak i też strategicznego. Wystarczy tutaj spojrzeć choćby na zestawienie potencjału sojuszu NATO i Rosji. Nie możemy przy tym ciągle też powielać obaw względem Rosji, zwłaszcza iż ciężko postrzegać Vladimira Putina jako wariata gotowego poświęcić własną ludność w ramach rozpętania wojny z państwami Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jednakże geopolityka to trudna układanka, pełna zmian i nagłych przetasowań. W tej pewnego rodzaju grze trzeba twardo stąpać po ziemi przy okazji podejmowania decyzji oraz dyplomacji. Na dowód tego jak skomplikowana jest to tematyka, wystarczy przypomnieć sobie nagłe przyjazne gesty pomiędzy prezydentami Turcji oraz Rosji, w stosunkowo niedługim czasie od zestrzelenia przez Turków rosyjskiego samolotu. Bagatelizować nie można też zmian w układzie sił na świecie. Jakiś czas temu pojawiły się informacje, że nawet Korea Północna dysponuje rakietami mogącymi w swym zasięgu dotrzeć do Europy środkowej. Te rewelacje miały mieć swoje źródła u agentów niemieckiego wywiadu. Każde takie informacje nie mogą być potraktowane obojętnie, ponieważ jak widzimy ostatnie lata potrafią w światowej polityce zaskakiwać, zarówno pod względem tego „kto z kim”, jak i „kto przeciwko komu”.

 

Polska może w najbliższych latach przy dobrym wykorzystaniu swojego potencjału oraz możliwości nabrać na znaczeniu w strukturach NATO. Niedawno ogłoszono, że w Bydgoszczy powstanie Centrum Gier Wojennych, służące polepszaniu przez ćwiczenia koordynacji wewnątrz sojuszu. Kropla drąży skałę… A cybernetyka to coś co w przyszłych potencjalnych konfliktach spełniać będzie bardzo ważną rolę

 

Warto zwrócić również uwagę na powtarzaną przez prezydenta Trumpa opinię na temat składek wpłacanych przez kraje członkowskie sojuszu. Ma to o tyle duże znaczenie, że jesteśmy w gronie państw przeznaczających na tle innych sporą część PKB na obronność. Słowa o konieczności takiego podejścia padają ze strony głowy państwa, będącego mocarstwem szczycącym się nakładami na obronność o takim poziomie, przy którym marnie wygląda budżet Polski.

 

Oczywiście, nie zamierzam uczynić w tym tekście Stanów Zjednoczonych krajem idealnym, przykładem dla innych państw czy też dozgonnym sojusznikiem państwa polskiego. Typowe dla endeckiego myślenia z resztą jest stwierdzenie, że nie mamy stałych wrogów i przyjaciół, ale mamy stałe interesy. Powiem więcej… Uważam, że zdecydowaną krytykę zasłużyły metody przeprowadzania prób wprowadzania demokracji na Bliskim Wschodzie oraz działania podjęte przez USA przy okazji arabskiej wiosny. Krytycznie oceniałem uznanie przez prezydenta Donalda Trumpa Jerozolimy za stolicę państwa Izrael. Dobrze stało się wówczas, że wbrew pojawiającym się głosom wzywającym do tego, polski rząd nie zdecydował się podjąć taką samą decyzę. Tak samo jak większość państw, Polska zdystansowała się od tak jednoznacznego poparcia wówczas izraelskich władz w kwestii okupacji Palestyny. Nie byłoby to po pierwsze moralne, kiedy spojrzymy na cierpiące palestyńskie rodziny, a po drugie nie miałoby to realnego sensu z punktu widzenia politycznego, zwłaszcza iż USA nie mogło tu liczyć na wielką solidarności na świecie, a decyzja Trumpa dość powszechnie została uznana za co najmniej kontrowersyjną.

 

To wszystko jednak nie zmienia faktu jak ważnym sojusznikiem są dla nas Stany Zjednoczone podczas prezydentury Donalda Trumpa. W czasach kiedy wrak polskiego rządowego samolotu Tupolew nadal znajduje się na terytorium Rosji, a nasze relacje z Kremlem są delikatnie mówiąc nie najlepsze, mamy do czynienia też z ciągłymi atakami ze strony wierchuszki Unii Europejskiej. Dodatkowo w ostatnim czasie spór o sprawy historyczne z Ukrainą również się zaostrzył. W tej całej sytuacji nadszarpnięcie stosunków dyplomatycznych z USA mogłoby odbić się na polskich obywatelach zarówno przez sytuację gospodarczą, jak i też poczucie bezpieczeństwa, tak ważne w okresie licznych problemów oraz kryzysów spotykających Europę.

 

Skłócenie się ze wszystkimi na rzecz dumnie brzmiącego, jednak nie egzekwowanego w praktyce przepisu to nie jest dobra droga, jeśli chcemy długoterminowo pilnować swoich interesów oraz bezpieczeństwa polskich rodzin. Czy wycofywanie się i edytowanie zapisów noweli, o której tyle mówiło się jak ważne jest by została ona uchwalona jest natomiast czymś przynoszącym dobre owoce? Oczywiście nie jest, ale niestety na skutek wcześniejszego pośpiechu rządu Beaty Szydło, było to niestety rozwiązanie nieuniknione, jeżeli chcieliśmy zachować dobre stosunki z Waszyngtonem. A zachowanie ich mieści się zdecydowanie w polskiej racji stanu, w momencie kiedy na linii UE-USA mamy do czynienia z zaostrzeniem relacji na tle kwestii handlowej. Jako Polska mamy tutaj dużo do ugrania właśnie teraz, przy okazji szczytu NATO.

 

Niedawne rozmowy pomiędzy przedstawicielami władz Polski i Izraela zostały podjęte po popsuciu się relacji dyplomatycznych. W dialogu tym sporo rolę odgrywały właśnie Stany Zjednoczone oraz ich presja wywierana na obydwie strony. Amerykańskim władzom zależy na relacjach z Tel-Awiwem. Nie jest tajemnicą jak znaczącą rolę w Stanach Zjednoczonych odgrywają finanse powiązane z ludźmi wywodzącymi się ze społeczności żydowskiej. A to właśnie przedstawiciele środowisk żydowskich podejmowali protesty oraz akcje mające na celu wywrzeć presję na władzach USA w kwestii „ukarania” Polski. W interesie Waszyngtonu nie było tu więc rozgrzewanie konfliktu polsko-izraelskiego. Stąd właśnie apele skierowane do przedstawicieli obydwu stron o zażegnanie sporu. W przypadku Polski i naszej potrzebie bycia tym państwem UE, które będące pod „ostrzałem” Brukseli może liczyć na wsparcie Amerykanów, argumentów jakie padły można się domyśleć. Gdyby nie zmieniono w nowelizacji zapisów o karalności, wówczas nie moglibyśmy liczyć tak optymistycznie na stawianie się prezydenta Donalda Trumpa po stronie Polski w sporach z innymi europejskimi graczami. Wczoraj natomiast to Berlin otrzymał „pstryczka” od amerykańskiego prezydenta podczas jego przemówienia na szczycie NATO odbywającym się w Brukseli. W tym samym przemówieniu, w którym Niemcy zostały skrytykowane przez Donalda Trumpa za ich uległość wobec Moskwy, Polska została pokazana jako przykład. W sytuacji kiedy również Niemcom zależy na utrzymaniu na swoim terytorium bezpieczeństwa zapewnianego przez oddziały NATO, a dla nas bardzo szkodliwa pod względem finansowym oraz obronnym może być współpraca Niemców z Rosjanami w sprawie Nord Stream 2, tego typu jasne deklaracje USA są potrzebne, aby władze w Berlinie oraz unijni urzędnicy nie mogli nas traktować jak „Polaczków”, z których zdaniem nie trzeba się liczyć. Polityka międzynarodowa to trudna gra, w której trzeba twardo stąpać po ziemi i czy tego chcemy czy nie, ona nie opiera się na romantycznych wzniosłych hasłach.

 

Co warte zwrócenia uwagi, również w Izraelu po sfinalizowaniu rozmów z polskimi władzami pojawiają się komentarze różnorakie. Niektórzy określają tam koniec całego zamieszania jako sukces Izraela, a porażkę Polski, ale pojawia się też spora liczba głosów krytycznie oceniających stanowisko rządu w tej sprawie. Na lewicy izraelskiej szybko pojawiły się komentarze, iż Benjamin Netanyahu zrównując antypolonizm z antysemityzmem umniejszył winom Polaków, a zbytnio wyniósł ich zasługi. Także część żydowskiej prawicy uznała izraelskiego premiera za zdrajcę uległego w tym przypadku stronie polskiej.

 

Wróćmy jednak na nasze podwórko… Wypada zadać sobie pytanie, czy gdyby temat pojawił się dopiero późną wiosną, a wprowadzona nowelizacja ustawy o IPN zakładała tak jak teraz po wniesionych zmianach: potępienie ukraińskiego nacjonalizmu, penalizację kultu Banedry i UPA, uznanie wydarzeń na Wołyniu za ludobójstwo oraz wyposażenie polskiego państwa w środki cywilno-prawne, w celu domagania się odpowiedzialności finansowej od osób uchodzących w swoich kręgach za „autorytet”, a wygadujących/piszących bzdury na temat historii Polski oraz holokaustu, to czy wówczas prawa strona polskiej sceny politycznej oraz patriotyczne środowiska nie okrzyknęły by wspólnie wprowadzonych zmian za sukces? Najprawdopodobniej, że tak by się też stało. Teraz jednak okoliczności i terminarz międzynarodowych wydarzeń wymusił na polskich władzach wycofanie się z zapisów, które przygotowali szybko, a później głośno wszem i wobec bronili przedstawiciele rządu. Mądry bywa Polak dopiero po szkodzie… miejmy jednak nadzieję, że dla PiSu będzie to cenna lekcja pokory. Ale nauczmy się też i my wszyscy, by nie zawsze tylko „krzyczeć” na twiiterowych i facebookowych tablicach o zdradzie, a przemyśleć jakie kroki w już niestety często zaistniałych sytuacjach po popełnionych wcześniej błędach, są nie bardzo dobrym rozwiązaniem, ale po prostu lepszą decyzją.

 

Do takiej właśnie refleksji chciałbym zachęcić czytelników. Przykładem takiego myślenia pragmatycznego był słynny „architekt Niepodległej Polski” oraz lider Narodowej Demokracji Roman Dmowski. Właśnie jego podejścia do polityki powinniśmy się uczyć. Takiego, w którym priorytetem nie jest romantyczna, pięknie opieczętowana retoryka, a interesy narodowe, w trosce o które pewne sprawy trzeba przewidywać oraz podejmować niejednokrotnie kroki wymagające od nas schowania dumy, w celu uzyskania lepszych efektów dla dobra Polek i Polaków. Przykładem takiego właśnie działania tego zasłużonego polskiego polityka było zostanie posłem do rosyjskiej Dumy, czyli państwa będącego naszym okupantem. Mimo pojawiającej się krytyki, Dmowski jednak potrafił myśleć samodzielnie oraz przewidywać co przyniesie realny skutek, a co może okazać się tylko pięknym, lecz pustym sloganem.

 

Michał BarnaśRedaktor portalu Prosto z Mostu; student na kierunku Bezpieczeństwo Wewnętrzne (Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie); sekretarz małopolskich struktur oraz członek komisji rewizyjnej stowarzyszenia Endecja; prezes Młodej Endecji.

Jak podaje portal dorzeczy.pl, w swojej pierwszej publicznej wypowiedzi podczas szczytu Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego w Brukseli prezydent USA Donald Trump w ostrych słowach zaatakował Niemcy za ich politykę energetyczną. Jednocześnie Trump postawił za wzór działania polski rządu.

Co ciekawe, Donald Trump skrytykował sojuszników NATO już podczas kurtuazyjnego śniadania z sekretarzem generalnym tej organizacji Jensem Stoltenbergiem. Prezydent Stanów Zjednoczonych zaatakował swoich partnerów za niewystarczające wydatki na obronę.

Trump szczególnie skrytykował Niemców, którym prezydent USA wytknął przy okazji dwuznaczną postawę wobec Rosji, a w szczególności w sprawie projektu gazociągu Nord Stream 2.

„To bardzo smutne, że Niemcy robią ogromne interesy ws. ropy i gazu z Rosją, w czasie kiedy powinni się chronić przed Rosją. Chronimy Niemcy i Francję i wszystkie te inne kraje przed Rosją, a oni idą i robią interesy, płacąc miliardy i miliardy i miliardy dolarów do rosyjskiego budżetu” – mówił Donald Trump.

„Mamy taki kraj jak Polskę, który nie przyjmie gazu. Są inne kraje, które go nie przyjmują, bo nie chcą być zniewolone przez Rosję. Ale Niemcy są dla mnie zniewolone przez Rosję, bo dostają tak dużo swojej energii z Rosji. Więc my mamy chronić Niemcy, a oni biorą energię od Rosji. Wyjaśnij to” – mówił Trump do sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga.

Jak podaje pap.pl, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump przybył pod wieczór we wtorek do stolicy Belgii – Brukseli, w celu wzięcia udziału w rozpoczynającym się tam w środę dwudniowym szczycie NATO, po którym odwiedzi jeszcze Wielką Brytanię oraz spotka się w Helsinkach z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Przed odlotem z Waszyngtonu Trump powiedział dziennikarzom, że Organizacja Paktu Północnoatlantyckiego „oczywiście pomaga im znacznie więcej niż nam”, prawdopodobnie mając na myśli państwa europejskie, które wydają na obronę proporcjonalnie mniej niż Stany Zjednoczone.

W trakcie lotu do Europy prezydent Trump opublikował na portalu społecznościowym Twitter post zapowiadający możliwość egzekwowania od tych krajów istniejących jego zdaniem zaległości z lat ubiegłych. „Wiele państw NATO, które oczekują od nas obrony, nie tylko nie wypełnia swego zobowiązania, by przeznaczać na cele wojskowe 2 proc. PKB (co jest niewiele), ale także od wielu lat zalega z płatnościami, których nie zrealizowały. Czy wynagrodzą to Stanom Zjednoczonym?” – napisał Trump.

W nieco późniejszym wpisie zarzucił Unii Europejskiej, że mimo znacznej nadwyżki w handlu z USA chce, by zapewniały jej one „ochoczą ochronę w ramach NATO i uprzejmie za to płaciły”.

Funkcjonowanie Facebooka i działanie jego algorytmów, które mają odpowiadać za kasowanie materiałów szerzących „mowę nienawiści” pozostawia wiele do życzenia. Za jedno z ostatnich kontrowersyjnych usunięć posta doszło do afery, przez którą Facebook musiał wystosować przeprosiny.

 

Algorytm Facebooka w tym przypadku doprowadził do skasowania postu z historyczną treścią. Chodzi o wpis jednego z teksańskich dzienników „The Liberty County Vindicator”, który na swoim profilu zamieścił opublikował tekst Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Miało to związek z obchodzonym 4 lipca Świętem Niepodległości w USA.

 

Gazeta publikując te treści, chciał zachęcić Amerykanów do zapoznania się z fragmentami deklaracji, której napisanie było wyjątkowo ważnym elementem powstawania obecnego ustroju politycznego Stanów Zjednoczonych takich jakie znamy.

 

 

Algorytm Facebooka zakwalifikował jednak treść tego wpisu jako treść niezgodną z zapisami regulaminu portalu. Systemowo algorytm uznał opublikowaną treść za rasistowską i hejterską. Doszło w związku z tym do usunięcia posta z Facebooka.

 

O takim działaniu algorytmu Facebooka przesądziło zdanie w treści Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych mówiące o „bezlitosnych dzikich Indianach” biorącym udział w wewnętrznej rebelii wymierzonej w białych osadników przybywających na tereny Ameryki.

 

Wiele osób uznało cofnięcie przez Facebooka publikacji posta z jednym z najważniejszych dokumentów w historii USA za skandal, w związku z czym doszło do afery. Fala krytyki przelała się w komentarzach. W portal wymierzono niejedną uszczypliwość oraz dobitne stwierdzenia.

 

Do sprawy odniósł się również sam dziennik „The Liberty County Vindicator”. Na swojej stronie internetowej opublikował komunikat, w którym ironicznie ocenił, że autorzy Deklaracji Niepodległości USA powinni byli stosować bardziej dyplomatycznym językiem, takim na jaki wskazują standardy Facebooka.Wtedy zapewne jego treść nie wywołała by tak dużego oburzenia algorytmów portalu.

 

Kiedy serwis zorientowały się o swojej wpadce oraz ilości krytycznych komentarzy pojawiających się po niej, zdecydowano o przywróceniu skasowanego wcześniej przez algorytm wpisu. Dodatkowo Facebook wystosował oraz upublicznił też zwięzłe przeprosiny ze swojej strony.

 

To nie jest pierwszy i zapewne też nie ostatni taki przypadek, kiedy funkcjonowanie Facebooka doprowadza do negatywnych emocji u użytkowników portalu.

 

 

Jak podaje pap.pl, prezydent USA Donald Trump zagroził w poniedziałek podjęciem działań przeciwko Światowej Organizacji Handlu. Reuters zauważa, że media informowały ostatnio o Trumpie, który mówił, że chciałby wyprowadzić Stany Zjednoczone ze Światowej Organizacji Handlu.

„WTO traktuje Stany Zjednoczone bardzo źle i mam nadzieję, że zmieni sposób postępowania. Traktują nas bardzo źle od wielu, wielu lat i dlatego jesteśmy w bardzo niekorzystnym położeniu wobec WTO” – powiedział Trump w Białym Domu.

„Nie planujemy teraz niczego, ale jeśli nie będą nas odpowiednio traktować, coś zrobimy”.

Portal Axios pisał w zeszłym tygodniu, że Trump chce wyprowadzić USA z WTO. Powołując się na jedną z osób uczestniczących w dyskusjach na ten temat, portal napisał, że Trump często mówił doradcom: „Nie wiem, dlaczego tam jesteśmy. WTO jest zaprojektowana przez resztę świata, by rolować Stany Zjednoczone”.

Według PAPu: „Informacje Axios zdementował zaraz jako fake news minister finansów USA Steven Mnuchin”.

Wcześniej w poniedziałek minister handlu Stanów Zjednoczonych Ameryki Wilbur Ross mówił, że za wcześnie jeszcze na dyskusję o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z WTO. Jednocześnie wskazywał na potrzebę zreformowania Światowej Organizacji Handlu. „Nie robimy tajemnicy z naszego poglądu, że w WTO potrzebne są pewne reformy”.

Jak podaje pap.pl, miejscowe służby w Annapolis, stolicy stanu Maryland, gdzie doszło do strzelaniny w czwartek wieczorem w redakcji „Capital Gazette”, poinformowały mężczyzna, który zaatakował dziennikarzy, został już zatrzymany.

Lokalne władze informują, że cztery osoby zginęły na miejscu, piąta zmarła w szpitalu. Do szpitala trafiły również dwie lub trzy osoby, które zostały poważnie ranne w wyniku strzelaniny.

Policja informuje, że wyprowadziła ludzi z budynku, że wyprowadziła ludzi z budynku redakcji i zaczęła rzeszukiwanie pozostałych lokali w związku z podejrzeniem, że mogą się tam znajdować materiały wybuchowe. Dodano, że przed wejściem do redakcji znaleziono „podejrzane urządzenie”, które mogło zawierać ładunek wybuchowy, dlatego mieszkańców wezwano, by nie zbliżali się do tego miejsca.

Narazie nie są znane motywy przestępcy. Policja w Annapolis traktuje zdarzenie jako „lokalny incydent”, a nie jako zamach terrorystyczny.

Jeden z dziennikarzy „Capital Gazette” opisał wydarzenie na Twitterze: „Napastnik najpierw strzelał przez szklane drzwi, a następnie wszedł do naszego pomieszczenia. To straszne słyszeć pod biurkiem krzyki innych ludzi, a następnie odgłos przeładowywanej broni. To było jak wojna. Nie wiem, dlaczego strzały w pewnym momencie ustały, ale ludzie ciągle siedzieli pod biurkami. Wszyscy czuli bezradność”.

Jak podaje pap.pl: „Rzeczniczka Białego Domu Lindsay Walters poinformowała, że o strzelaninie został już poinformowany prezydent USA Donald Trump, który w tym czasie był na pokładzie samolotu lecąc do Waszyngtonu z Wisconsin. „Nasze myśli i modlitwy są z ofiarami i ich rodzinami” – napisał Trump na Twitterze”.

Odpowiednik polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych amerykański Departament Stanu wydało oświadczenie ws. nowelizacji ustawy o IPN. „Holokaust i nazistowskie zbrodnie były niewysłowioną tragedią w historii Polski i ludzkości” – czytamy w oświadczeniu..

 

To działanie dowodzi, że Polska rozumie potrzebę otwartej debaty, wolność słowa i badania akademickiego. – napisała na Twitterze rzecznik Departamentu Stanu USA Heather Nauert. W załączniku dodała treść oświadczenia.

 

„Władze amerykańskie podzielają pogląd, że określenia (…) „polskie obozy śmierci” niewłaściwe i krzywdzące – przyznaje Departament. W dalszej części podkreśla potrzebę swobody wypowiedzi, która została przez polski rząd obroniona. Zadowolenie z odrzucenia artykułu 55a wyraził także Tel Awiw podczas wspólnej konferencji premiera Mateusza Morawieckiego i Benjamina Netanjahu.

 

Jak uczy historia, czas wielkich klęsk zawsze budzi ogólnonarodową refleksję. Nie ważne czy są one tylko klęskami sportowymi, jak miało to miejsce na piłkarskim mundialu, czy dotyczą one jedynie sfery artystycznej – vide ostatni konkurs Eurowizji, czy też związane są z poważnymi poczynaniami, jak choćby z tymi politycznymi na arenie międzynarodowej. Każdy wymiar publicznego upadku, na ogół uważnie obserwowany przez nie zawsze przychylnych nam przecież sąsiadów, powoduje w nas naturalną frustrację, ale niemal równocześnie potrzebę zdefiniowania przyczyn zaistniałej sytuacji. O ile jednak sprawy boiskowe czy estradowe nie mają w dłuższej perspektywie wartego odnotowania wpływu na geopolityczną pozycję naszej ojczyzny, o tyle potknięcia na płaszczyźnie relacji międzypaństwowych mogą mieć w tym ujęciu bardzo poważne konsekwencje.

 

Niestety okres ostatnich miesięcy to pasmo kilku naprawdę dotkliwych porażek ekipy rządzącej, których bagatelizowanie z punktu widzenia polskiej racji stanu może prowadzić do dalszego spustoszenia, nie tylko na odcinku wizerunku państwa, ale przede wszystkim w obszarze jego już znacząco nadwątlonej suwerenności. Przewrotnie zaczęło się dość optymistycznie – uchwaleniem na przełomie stycznia i lutego 2018 roku długo wyczekiwanej, choć jak się później okazało nie do końca przygotowanej, noweli ustawy o IPN. Co ciekawe, przy jej wielomiesięcznym konsultowaniu najbardziej obawiano się reakcji państwa, którego moc sprawcza – delikatnie pisząc – jest co najmniej dalece nieprzekonująca, żeby nie napisać – żadna. W rozważaniach natomiast kompletnie pominięto – celowo lub przez zaniechanie – możliwą reakcję naszego głównego tzw. “strategicznego sojusznika”, na którego politykę od wielu dekad przemożny wpływ posiada lobby pewnego stosunkowo młodego, acz liczącego się – i to nie tylko na Bliskim Wschodzie –  kraju.

 

Zanim prezydent podpisał rzeczoną nowelizację, w wielu miejscach świata doszło do dywanowych wręcz ataków medialnych na Polskę przeprowadzonych z inspiracji wspomnianych środowisk. Przedstawiciele obozu obecnie rządzącego w kraju nad Wisłą zdawali się być całkowicie zaskoczeni takim obrotem sprawy, a zaskoczenie w polityce, jak powszechnie wiadomo, to rzecz niewybaczalna, a porównać ją można na przykład do braku przygotowania kondycyjnego wśród piłkarzy na mundialu lub wokalnego w gronie festiwalowych wykonawców.

 

I tak oto, raptem w ciągu kilku tygodni niespecjalnie zorientowany w temacie politycznych mistyfikacji polski wyborca zobaczył obraz, który był przed nim umiejętnie skrywany co najmniej od roku 1989. Okazało się bowiem, że w trybie ekspresowym pod pręgierzem zmanipulowanej przez potężne koncerny medialne międzynarodowej opinii publicznej znalazła się Polska – jako kraj rzekomo współodpowiedzialny za holokaust. Wielu z nas zadawało sobie wówczas pytanie – jak to możliwe?

 

Większość zdziwionych stanowili jednak ludzie żyjący od wielu lat w błogim przeświadczeniu, że u boku Wuja Sama i wśród potomków przyjaciół uratowanych z czasów wojennej zagłady, nic złego Polakom przydarzyć się nie może. Jakiż musiał być kolejny etap zdziwienia, kiedy wybrany skądinąd głosami Polonii zza oceanu, nowy energiczny pierwszy Żandarm świata, bez zająknięcia, podpisał kontrowersyjną ustawę Just Act 447 otwierającą de facto drogę do wielomiliardowych roszczeni pewnej grupy sprytnych interesantów. Na tyle sprytnych, że żądających w majestacie prawa stanowionego przez siebie, zwrotu mienia bezspadkowego m.in. po niegdysiejszych obywatelach Rzeczypospolitej.

 

Tymczasem presja wpływowych środowisk narastała. Nie potrafili się tej presji niestety w żaden trwały sposób – pomimo nieustannie deklarowanych szumnych zapowiedzi – przeciwstawić przedstawiciele tzw. “zjednoczonej prawicy”. Nie mogli lub nie umieli tego skutecznie uczynić z wielu powodów. W końcu pod naciskiem obcych mocarstw, wbrew większości polskich obywateli i przy akompaniamencie zagranicznych mediów, nastąpiła w zasadzie bezwarunkowa kapitulacja w kwestii ustawy o IPN. To znaczy pewnie jakieś warunki były, ale stawiali je jak najczęściej bywa w prawdziwej polityce silniejsi – a w tym gronie kolejny raz nie było Polski. Czaru goryczy dopełnił urągający wszelkim normom cywilizowanego parlamentaryzmu ekspresowy tryb procedowania zmian w ustawie o IPN w aranżacji rodem z czasów XVIII wiecznego Sejmu niemego.

 

Patrząc na te poniżające nasz naród wydarzenia, których haniebnym ukoronowaniem był wspomniany dzień 27 czerwca 2018 roku, naszła mnie pewna paradoksalna refleksja. Oto najgorszy w tym przypadku dla Polski nie jest wcale sam fakt uległości tej czy innej partii w gruncie rzeczy wspierającej – w mniejszym lub większym stopniu, oficjalnie lub pokątnie – obce interesy. Największą obecnie tragedią w wymiarze politycznym dla milionów uczciwych Polaków jest brak realnej alternatywy wyboru wobec tych niegodnych, a trwających kolejne kadencje rządów. Polacy zamiast wybierać przedstawicieli, którzy zadbaliby o ich własny narodowy interes, w zasadzie skazani są od czasów okrągłostołowego rozdania głosować na przysłowiowe „mniejsze zło”. A z mniejszego zła, jak wiadomo, nigdy nie będzie większego dobra.

 

Dlatego tak ważną obecnie potrzebą – już nie tyle chwili, co polskiej racji stanu – wydaje się wskrzeszenie w nowym wymiarze organizacyjnym idei Narodowej Demokracji. Odbudowa zdrowej polskiej endecji, która będzie skupiać szerokie środowisko ludzi myślących samodzielnie, a przede wszystkim myślących po polsku i o Polsce, dla których pierwszą i jedyną stolicą pozostanie Warszawa, dla których euro nie oznacza złoty, imigracja nie równa się repatriacji, rozdawnictwo nie jest synonimem pracy, poddaństwo nie jest naturalną formą sojuszu, a serwilizm to nie to samo co pragmatyzm.

 

Apeluję w tym miejscu do wszystkich dobrze życzących Polsce, a w szczególności do liderów szeroko rozumianego środowiska narodowego, do wybitnych publicystów, którzy od lat propagują w swoich świetnych książkach i błyskotliwych felietonach endecką myśl polityczno-społeczną, apeluję do znamienitych ludzi nauki i kultury, którym nie jest obojętny los kraju, piszę do niezależnych przedsiębiorców, ale też do działaczy związkowych, daję to pod rozwagę naszej wspaniałej młodzieży szkolnej i akademickiej.

 

Drodzy Rodacy, może najwyższa pora w 100-lecie odzyskania niepodległości pochować choć trochę swoje własne ambicje lub odstawić osobiste swary dla dobra narodowej sprawy i na początek usiąść przy wspólnym stole obrad – niekoniecznie okrągłym, ale na pewno patriotycznym – aby z pomocą Bożą dać być może początek nowej Narodowej Demokracji?