W rejonie brazylijskiej miejscowości Brumadinho miała miejsce największa jak do tej pory katastrofa ekologiczna w tym kraju. 25 stycznia doszło tam do przerwania zapory mierzącej 85 metrów, co doprowadziło do lawiny szlamu, która zabiła kilkaset osób.

 

Zapora utrzymywała około 12 milionów metrów sześciennych odpadów górniczych pochodzących z kopalni rud żelaza. Wdzierające się tsunami przez uszkodzoną zaporę zalało znajdującą się obok miejscowość.  Fala błota, szlamu oraz upłynnionego gruntu przekraczała wysokość wieżowca liczącego dziesięć pięter.

 

Tego tragicznego dnia, kilkuset pracowników kopalni Córrego do Feijão, zebrało się akurat wczesnym popołudniem, aby spożyć posiłek przed dalszymi godzinami pracy. Niestety to był już ostatni ich posiłek w ziemskim życiu.

 

Nagrania z kamer przemysłowych, na których zarejestrowano dramat, który rozegrał się 25 stycznia mrozi krew w żyłach. W sieci pojawiają się kolejne filmy ukazujące rozmiary tej tragedii oraz ujęcia z akcji ratunkowej. Tragiczne dane mówią o ponad 300 ofiarach śmiertelnych tej katastrofy.

 

 

 

 

 

Źródło: twojapogoda.pl ; YouTube/Global News, ETVBharat English, Video Break

 

Fot.: Pixabay

 

MB

Od kilku dni, opinia publiczna w Polsce żyje sprawą morderstwa dokonanego na prezydencie Gdańska. Do ataku na jego życie doszło podczas finału WOŚP w ostatnią niedzielę, nożownik zadał mu kilka ciosów w brzuch oraz klatkę piersiową. W poniedziałek poinformowano o śmierci Pawła Adamowicza.

 

Teraz pojawia się coraz więcej informacji o samym sprawcy ataku- Stefanie W. Chociaż gdzie można znaleźć opinie na jego temat mówiące o tym, że przed pobytem w więzieniu był nawet pozytywnym wesołym człowiekiem określanym w jednym z wpisów jako „pozytywny świr”, to jednak niektóre opowieści o tym człowieku mogą mrozić krew w żyłach. O sprawie poinformowała telewizja Polsat powołując się na wypowiedzi osób, które znały zabójcę Pawła Adamowicza.

 

Polsat przekazał, że według ustaleń dziennikarzy, Stefan W. miał na niedługo przed ostatnimi Świętami Bożego Narodzenia mówić o tym, że chce wykończyć ludzi, przez których jego zdaniem siedział w więzieniu.

 

– Stefana poznałem, jak miał może 14-15 lat. Odkąd pamiętam, brał narkotyki. Dostarczałem mu kokainę, amfetaminę oraz sterydy. W zasadzie całe życie żył z rozbojów, napadów, kradzieży, oszustw. Jeżeli matka nie chciała mu dać pieniędzy, potrafił jej krzywdę zrobić, uderzyć – opowiedzieć miał diler, do którego dotarli dziennikarze. Według jego wersji, Stefan W. niejednokrotnie posługiwał się w niebezpieczny sposób nożem.

 

– Tylko do tej pory jeszcze nikogo nie zabił. Wiedział, że nóż z piłką dwustronną po wbiciu trzeba przekręcić i wyciągnąć, żeby uszkodzić narządy. Wiedział, jak zabijać. Kiedyś powiedział, że chciałby poczuć, jak to jest kogoś zabić. Jeżeli coś trzeba było załatwić siłą, to się zawsze wysyłało Stefana. Dlatego, że było wiadomo, że pójdzie i zrobi to z przyjemnością. Wiedział jak bić, żeby zrobić krzywdę, żeby bardziej bolało. Jednej z pobitych osób na końcu wyłamał jeszcze trzy palce. Gdy padło pytanie: po co?, odpowiedział, że dla zabawy – wspominał cytowany przez dziennikarzy mężczyzna.

 

W mediach pojawiła się również wypowiedź mężczyzny, który miał siedzieć z zamachowcem z Gdańska w jednej celi podczas odbywania kary.

 

– Ja z jegomościem siedziałem na celi. Dwa lata oglądałem go praktycznie rzecz biorąc trzy razy dziennie. Znam chłopa jak własną kieszeń. To jest bardzo chory facet. Codziennie coś innego. On nie był jeden, ich jest dwóch. Potrafił w nocy się budzić i próbować stamtąd wyjść, pytał gdzie on jest. Nie wiem, skąd się wziął prezydent Adamowicz, bo nigdy o nim nie mówił. Ale on zawsze był przeciwko tym, co mieli władzę. Zawsze był przeciwko administracji, zawsze przeciwko tym, którzy stanowili jakiś podmiot decydujący. On nie poddawał się czyjejś jurysdykcji, on nie dawał sobie wypowiedzieć żadnej decyzji, nie potrafił się dostosować do tego, gdzie był i dlatego świat go przeraził – opowiedział dawny współwięzień Stefana W.

 

Jeden z dawnych znajomych Stefana W. miał powiedzieć w rozmowie z Polsatem News, że ten wbił mu kiedyś nóż w rękę.

 

– Wbił mi nóż w prawą dłoń, którą opierałem się o blat, bo stwierdził, że chciał zobaczyć, jak to wygląda w rzeczywistości, jak się komuś wbije nóż w rękę – powiedział mężczyzna. Stefan W. miał mieć wtedy około 15-16 lat. Miał on już od młodości problemy ze zdrowiem psychicznym.

 

– Słyszał głosy, które komentowały jego zachowanie, wydawały mu polecenia, miał wrażenie, że funkcjonariusze cofają czas, wyznaczają mu zadania do wykonania, za które obiecywano mu wynagrodzenie, miał być świadkiem koronnym, wyznaczono mu „różne życia”, wydawało mu się, że jest aktorem w filmie, ktoś odczytuje jego myśli – taka treść na temat Stefana W. ma znajdować się w dokumentacji Zakładu Karnego w Szczecinie.

 

Przed niebezpiecznymi zachowaniami przestrzegała również swego czasu matka sprawcy zabójstwa Pawła Adamowicza. Zgodnie z tą relacją, jej syn miał słyszeć głosy i obwiniać polityków za swój pobyt w więzieniu.

 

O ostrzeżeniach ze strony matki sprawcy zamachu na życie prezydenta Gdańska pisaliśmy tutaj:

Nowe informacje o sprawcy zamachu w Gdańsku! Służby wiedziały o planach Stefana W.?

 

 

Źródło: Polsat ; wPolityce.pl ; Debata.olsztyn.pl ; Facebook 

Fot.: YouTube ; Facebook

 

MB

 

Trwa walka z najtragiczniejszym pożarem w historii Kalifornii.

 

Ogień pochłania nie tylko liczne hektary lasów, ale także domy i ich mieszkańców.
Wskutek szalejącego pożaru Camp Fire, najbardziej ucierpiało znajdujące się 280 km na północ od San Francisco miasto Paradise, w którym doszczętnie spłonęło około 17 000 budowli (w tym domy, budynki firm, jak i inne budowle).

 

Ze swoimi posiadłościami mogli się pożegnać między innymi aktor i producent filmowy Gerard Butler, siostry Kardashian, Orlando Bloom czy Lady Gaga.

 

Mieszkańcy takich miejscowości jak Malibou czy Calabasas powoli wracają na swoje posesje, jednak najczęściej zastają tam spaleniska. Bilans pożaru szokuje – śmierć poniosło około 80 osób, a ponad 1300 osób wciąż jest poszukiwanych. W wyniku katastrofy, życie straciło również wiele zwierząt.

 

 

Źródło: Facebook – Bobby Mazaratti, noizz.pl; wiadomosci.wp.pl
Fot.: Facebook – Bobby Mazaratti

EM

Nie od dziś wiadomo, że nastolatkowie zdolni są do robienia nieprzemyślanych żartów – tak było i tym razem, kiedy to trzej koledzy, głodni nowych wrażeń, wpadli na pomysł przestraszenia swoich dwóch znajomych. W jakim sposób? – Kreując się na bandytów poprzez założenie kominiarek 

 

Zdarzenie miało miejsce pod koniec października, kiedy to pięciu nastolatków ze Świdnicy w województwie dolnośląskim udało się do mauzoleum w Wałbrzychu, tzw. ostatniej świątyni Hitlera.
W pewnym momencie, trójka z nich wpadła na pomysł przestraszenia swoich towarzyszów.
W tym celu, kiedy przekroczyli progi budowli, założyli kominiarki i zaatakowali kolegów.

 

Pozorowani bandyci nie przewidzieli jednak, że przerażeni chłopcy zaczną się bronić – i to jak skutecznie! Jak się okazało, jeden z „zaatakowanych” kolegów miał przy sobie nóż. Przerażony 15-latek zranił nim 16-letniego „napastnika”.

 

– Chłopiec trafił do nas w stanie krytycznym z powodu zadanej rany. Miał przeciętą tętnicę udową – zdradziła Polsatowi News Joanna Pikul, lekarz wałbrzyskiego szpitala, do którego trafił chłopak.

 

Niestety, głupi żart skończył się dla chłopaka tragicznie – lekarze byli zmuszeni do amputacji jego kończyny. Pozostała czwórka została przesłuchana – 15-latek, który potraktował nożem kolegę, został zatrzymany i doprowadzony do Sądu Rejonowego w Świdnicy.

 

Źródło: wiadomosci.gazeta.pl
Fot.: pxhere.com
EM

Chociaż sport kojarzy się w tak dużej mierze ze zdrowym trybem życia i dbaniem o siebie, to jednak dochodzi przy okazji jego uprawiania czasami do wydarzeń tragicznych. Tak też było w ostatnich dniach przy okazji jednej z walk bokserskich.

 

Włoski pięściarz Christian Daghio przegrał swoją ostatnią walkę przez nokaut i niestety przez odniesione przy tym obrażenia zmarł w wieku 49 lat.

 

Christian Daghio urodził się 4 kwietnia 1969 roku we włoskiej miejscowości Capri. W Tajlandii mieszkał natomiast od trzydziestu lat. Za życia urósł on do roli włoskiej legendy Muay Thai. W tej dyscyplinie sportów walki, aż siedmiokrotnie zostawał mistrzem świata. Jednak od 2015 roku zaczął walczyć już jako bokser. Swoją ostatnią walkę stoczył 26 października br. Walczył tego dnia z Donem Pareuangiem o regionalny pas WBC w wadze półciężkiej. Nokaut miał miejsce w 12. rundzie walki.

 

Włoski pięściarz przyjął na głowę kilka szczególnie mocnych ciosów, po których padł na deski. Po zakończeniu przegranej przez Christiana Daghio walki, został on przetransportowany do szpitala. Przez tydzień znajdował się w stanie śpiączki, ale niestety w piątek bokser zmarł.

 

– Umarł tak jak chciał. Jako mistrz. Chciał walczyć do ukończenia 80 lat. Ring był całym jego życiem. Miał dziewczynę w Tajlandii i pięcioletnią córeczkę, która jeszcze nie wie, że jej ojciec nie żyje – wyjaśnił brat Christiana Daghio.

 

 

 

Źródło: Sport.pl ; YouTube/Sportlism

Fot.: Pixabay

 

MB

 

Sytuacja ta określana jest jako egzekucja. Tragiczne doniesienia ze stolicy Meksyku dotarły w sobotę. Atak został przeprowadzony na placu, który jest bardzo popularny wśród turystów.

 

Napastnicy przebrani byli w stroje tradycyjnych meksykańskich muzyków mariachi. W pewnym momencie otworzyli oni ogień.

 

– Najpierw myślałam, że to sztuczne ognie. Po chwili zobaczyłam krzyczących i uciekających ludzi – powiedziała jedna z kobiet, relacjonując to tragiczne zdarzenie w rozmowie z agencją Reutera.

 

Według informacji przekazanych przez agencję, funkcjonariusze policji rzucili się w pościg za sprawcami strzelaniny. Udało im się jednak uciec na motocyklach.

 

Nie są znane motywy ataku, ani tożsamość ich sprawców. Jednakże miejsce, gdzie doszło do strzelaniny, znajduje się nieopodal dzielnicy Tepito, na terenie której funkcjonuje narkotykowa grupa przestępcza uznawana za największy gang na terenie Meksyku. Przeprowadzanie przestępstw w przebraniach mariachi miało już miejsce wcześniej.

 

W sierpniu doszło do zatrzymania lidera grupy „El Betito”. W ostatnim czasie tamta okolica stała się bardziej niebezpieczna. Doszło tam do różnorakich przestępczych incydentów, w tym także zabójstw.

 

Źródło: o2.pl ; interia.pl

Fot.: Flickr

 

Od śmierci Pawła Chruszcza minęły ponad trzy miesiące. Teraz jednak w tej sprawie, na światło dzienne wychodzą kolejne niejasności dotyczące ostatnich chwil życia radnego z Głogowa. Są wyniki badań toksykologicznych, a dziennikarzom z Dziennika Gazety Prawnej udało dotrzeć się do osoby, która widziała endeckiego działacza prawdopodobnie jako ostatnia ze znajomych, na niewiele czasu przed śmiercią. Tajemniczych kwestii jest jeszcze więcej.

 

Radny z Głogowa był społecznie mocno zaangażowanym działaczem. Interesował się sprawami lokalnych mieszkańców oraz tropił afery dotyczące sporych przekrętów i znacznych sum pieniężnych. Zajmował się między innymi problemem stężenia arsenu w powietrzu nad miastem, sprawą „Zielonego Przedszkola”, w którym oprócz stosowania przemocy miały miejsce też inne podejrzane sytuacje, mogące mieć podłoże korupcyjne, a także śledził niejasne przepływy pieniężne i inwestycje w spółce KGHM. Samorządowiec został znaleziony martwy, powieszony na słupie energetycznym na terenie jeden z gmin nieopodal Głogowa. Było to na kilka dni przed umówionym spotkaniem z byłym wiceszefem CBA Maciejem Wąsikiem. Paweł Chruszcz miał mu przekazać dokumenty dotyczące jednej z badanych przez niego afer, najprawdopodobniej chodziło o sprawę „Zielonego Przedszkola”.

 

Wraz z początkiem sierpnia rodzina zmarłego złożyła wniosek o przeniesienie sprawy z prokuratury legnickiej do poznańskiej. Sporo wątpliwości budzą bowiem powiązania legnickich prokuratorów z władzami miasta Głogowa i tamtejszymi urzędnikami, a także sposób prowadzenia działań przez prokuraturę w Legnicy. Wobec tego wniosku nie była jednak przychylna Prokuratura Krajowa i śledztwo dalej prowadzone jest przez Prokuraturę Okręgową w Legnicy. Teraz najbliżsi Pawła Chruszcza są po raz kolejny zbulwersowani faktem, że o nowych informacjach w sprawie tej tragedii dowiadują się oni z mediów. O sprawie poinformowała portal dziennik.pl.

 

– Po raz kolejny o faktach dotyczących sprawy śmierci brata dowiaduję się z mediów. Nie dostałem informacji ani o wynikach badań krwi, ani o tym, że nie ma zgody na przeniesienie śledztwa do Poznania. Czekamy na uzasadnienie tej decyzji – powiedział dla Dziennika poseł Sylwester Chruszcz (brat tragicznie zmarłego samorządowca).

 

Rodzina i przyjaciele Pawła Chruszcza obawiają się, że prokuratura zmierza do umorzenia śledztwa w tak podejrzanej i dramatycznej sprawie. Wśród kwestii, które ich niepokoją jest m.in. to jak zabezpieczono niedopałki papierosów znajdujące się w miejscu, gdzie znaleziono ciało. Zostały wzięte bowiem do analizy tylko niektóre przypadkowe niedopałki, a nie przebadano ich wszystkich oraz nie sprawdzono na nich obecności DNA różnych osób.

 

Jak podała Gazeta Wrocławska, według ujawnionych ustaleń, wyniki badań toksykologicznych wskazują na brak substancji psychoaktywnych w organizmie zmarłego. Wykryto natomiast obecność promila alkoholu. Zdaniem prokuratury legnickiej wiąże się to z faktem, że znaleziona miała zostać w samochodzie lidera dolnośląskiej Endecji butelka Whiskey, a nagrania z monitoringu miały dowodzić, że zakupił on dzień wcześniej w jednym ze sklepów alkohol.

 

Pojawiają się jednak kolejne pytania i wątpliwości, a jak wskazują bliscy Pawła Chruszcza, nowe ustalenia pogłębiają poziom skomplikowania całej sprawy. Dziennik Gazeta Prawna dotarł nawet do osoby, która jak się okazuje mogła jako ostatnia widzieć radnego przed śmiercią. Co skandaliczne w tej sytuacji, człowiek ten nie został nawet przesłuchany przez prokuraturę.

 

Mowa tu o znajomym Pawła Chruszcza z koła wędkarskiego, który był z nim dzień przed tragedią na łódkach. Co warte przypomnienia, przed rozegraniem się całego dramatu, Chruszcz zapraszał swoich kolegów, aby również w dniu kiedy doszło do tragedii pojechali z nim na łódki, jak również wysyłał mapki z lokalizacją skąd mają go odebrać. Jak się okazało, w tej właśnie okolicy odnaleziono później jego ciało.

 

Dziennik Gazeta Prawna zdołał nawet porozmawiać z tym właśnie kolegą Pawła Chruszcza, który rzeczywiście 30 maja był wraz z nim na łódkach.

 

– Nie wierzę w to samobójstwo do dziś. Paweł był pełen życia i optymizmu. Wszyscy, którzy znali Pawła wiedzą, że nie był samobójcą – wyraził swoją opinię ten właśnie znajomy.

 

Jak zaznacza mężczyzna, dzień przed zaginięciem głogowskiego samorządowca, nic nie wskazywało na zbliżającą się tragedię. Obydwaj panowie umawiali się nawet na kolejny wypad nad wodę.

 

– Wiemy, jak człowiek się zachowuje, gdy coś go gryzie. Ucieka od ludzi, zamyka się w sobie. A Paweł taki nie był. Byliśmy nawet umówieni na następny wypad wędkarski. A tu szok! – Powiedział.

 

Jednak nie tylko kolega z koła wędkarskiego zaliczy się do grona osób, które powinny zostać przesłuchane przez prokuraturę, ale do tego jednak nie doszło.

 

– Nie rozumiem powodów, dla których odmówiono przeniesienia śledztwa do Poznania. Sprawa jest w legnickiej prokuraturze, choć mimo upływu trzech miesięcy nie rozwiano tylu niejasności. Nie przesłuchano wielu osób. W tym tej, z którą Paweł Chruszcz dzień przed śmiercią był na łódce – skomentował taki stan rzeczy Andrzej Radomski, będący przyjacielem zmarłego, a także byłym skarbnikiem powiatu głogowskiego. Również on nie został przesłuchany.

 

Wiele osób od dawna zadaje również pytania dotyczące samej akcji poszukiwawczej prowadzonej po zgłoszeniu przez żonę radnego jego zaginięcia. Została ona bowiem przerwana nocą, a jako oficjalny powód takiej decyzji podano rzekome złe warunki atmosferyczny. Ludzie obserwujący całą sprawę często zwracają jednak uwagę, że w tamtym czasie pogoda nie była zła. Poszukiwania wznowiono rano, jednak ostatecznie ciało zostało znalezione nie przez służby, a kibiców klubu Chrobry Głogów, którego zagorzałym fanem był również sam Paweł Chruszcz.

 

Kolejne pytania rodzi fakt, że w momencie odnalezienia zwłok, zmarły miał założone okulary, które zakładał on jednak głównie do czytania, a na rękach widać było ślady obrażeń. Wątpliwości dotyczą również noża lub nawet dwóch noży, o których mówi się, że zostały znalezione w okolicy słupa, na którym wisiało ciało Pawła Chruszcza. Rany na rękach zmarłego mogły powstać przy użyciu takiego właśnie ostrego narzędzia. Niektórzy tłumaczą, że mogło dojść do próby podcięcia żył za pomocą noża.

 

Kolejną tajemniczą kwestią jest temat samochodu. Najpierw auto miało być bowiem widziane w miejscowości Jerzmanowa. Tam właśnie podjęto początkowo poszukiwania. Później jednak pojazd miał zostać odnaleziony… w innym miejscu, a dokładniej w gminie Pęcław. Tam właśnie znaleziono ciało zaangażowanego społecznie endeka.

 

Przy tak wielu znakach zapytania i tajemnicach, prokuratura stoi na stanowisku, że wciąż prowadzi czynności i stara się wszystkie doniesienia analizować. Oprócz badań toksykologicznych, podjęto też takie kroki jak np. sprawdzenie zapisów monitoringu z trasy, którą prawdopodobnie przemieszczał się przed śmiercią radny.

 

– Czynności te nie dostarczyły dowodów mających tak istotne znaczenie dla śledztwa, że mogłyby przyczynić się „przełomu” – stwierdził prokurator Harasimiuk.

 

Co również niepokojące, pomimo upływu kolejnych miesięcy nadal nie została ustalona konkretna godzina zgonu. Przyczynić się do określenia jej dokładnie mają uzyskane informacje na temat warunków atmosferycznych w dniu, w którym doszło do tragedii.

 

Przesłuchiwani są kolejni w tej sprawie świadkowie. Również były wiceszef CBA Maciej Wąsik, z którym Paweł Chruszcz miał umówione w Sejmie spotkanie został przesłuchany. Fakt jednak, że nie przesłuchano jeszcze m.in. osoby, która mogła widzieć zmarłego jako ostatnia ze znajomych, budzi poważne wątpliwości co do działań prokuratury w tak poważnej sprawie.

 

 

Źródło: Gazeta Wrocławska ; Dziennik Gazeta Prawna ; dziennik.pl

 

 

Do katastrofy doszło w dniu dzisiejszym. Choć początkowo podawano w medaich informacji o śmierci 17 osób, zaginięciu 2 oraz ocaleniu trzech, to jednak teraz mówi się, że w wyniku dzisiejszej tragedii życie straciło 21 osób. Ocalać miała rzeczywiście jedynie trójka ze znajdujących się na pokładzie samolotu ludzi.

 

Jak podała agencja Associated Press powołując się na władze tego kraju, do katastrofy doszło na terytorium Sudanu Południowego w Afryce. Maszyna miała ulec zniszczeniu wpadając do jeziora.

 

O fakcie, że rozbicie się maszyny przeżyły trzy osoby, poinformowały tamtejsze władze. Wśród ocalałych ma być również Włoch będący lekarzem. Pracuje on dla jednej z pozarządowych organizacji. Niestety jego stan ma być określany jako krytyczny.

 

Innym ocalałym według agencji Associated Press jest również 6-letni chłopczyk.

 

 

Agencja podała informację, że miał „być przeciążony”. Wciąż jednak oficjalnie nie jest znana przyczyna katastrofy w Sudanie Południowym. Samolot leciał ze stolicy kraju- Dżuby. Maszyna zaprojektowana jest na 19 miejsc.

 

 

Źródło: rmf24.pl ; Twitter/@dailynation

Fot.: Pxhere

Śledztwo ws. tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce pod koniec maja na Dolnym Śląsku nadal trwa, a okoliczności śmierci głogowskiego radnego Pawła Chruszcza wciąż budzą wiele pytań. Wyjaśnienia sprawy nie zamierza odpuszczać poseł Sylwester Chruszcz, będący prezesem stowarzyszenia Endecja, którego ważnym działaczem był również jego tragicznie zmarły brat.

 

Paweł Chruszcz był społecznie mocno zaangażowanym działaczem. Interesował się sprawami lokalnych mieszkańców oraz tropił afery dotyczące sporych przekrętów i znacznych sum pieniężnych. Zajmował się między innymi problemem stężenia arsenu w powietrzu nad miastem, sprawą „Zielonego Przedszkola”, w którym oprócz stosowania przemocy miały miejsce też inne podejrzane sytuacje, mogące mieć podłoże korupcyjne, a także śledził niejasne przepływy pieniężne i inwestycje w spółce KGHM.

 

Samorządowiec został znaleziony martwy, powieszony na słupie energetycznym na terenie jednej z gmin położonej nieopodal Głogowa. Było to na kilka dni przed umówionym spotkaniem z byłym wiceszefem CBA Maciejem Wąsikiem. Radny z Głogowa miał mu przekazać dokumenty dotyczące jednej z badanych przez niego afer, najprawdopodobniej chodziło o sprawę „Zielonego Przedszkola”. Niestety w dzień, kiedy do spotkania miało dojść odbywał się już pogrzeb zaangażowanego społecznie endeckiego działacza. Paweł Chruszcz miał szczęśliwą kochającą rodzinę, w tym dwójkę synów, z których jeden choruje na zespół Downa. Lider dolnośląskiej Endecji był również zagorzałym kibicem klubu Chrobry Głogów. To właśnie fani tej drużyny znaleźli jego ciało, co również budziło wątpliwości co do działań służb podczas poszukiwań po zgłoszeniu zaginięcia przez żonę radnego.

 

Prokuratura nadal bada tą dramatyczną sprawę, sprawdzając przy tym trzy wątki. Wszystko jest wyjaśnianie bowiem pod kątem hipotezy o zabójstwie z upozorowaniem samobójstwa, samobójstwie, jak również samobójstwem przy szeroko rozumianym udziale osób trzecich (np. presja, przymus). Nadzór nad wyjaśnianiem tragicznej śmierci Pawła Chruszcza ma prokuratura krajowa, a premier Mateusz Morawiecki zażądał regularnych raportów z toku śledztwa.

 

Nadal nie ma jeszcze wyników z badań przeprowadzonych w ramach sekcji zwłok. Jak podawała w informacji dla mediów prokuratura, można się ich spodziewać w okolicach połowy września.

 

Na początku sierpnia najbliżsi tragicznie zmarłego narodowca, w tym jego brat poseł Sylwester Chruszcz, wystąpili z wnioskiem o przeniesienie śledztwa z Legnicy do Poznania. Zdaniem prezesa Endecji, rodzina nie otrzymała jeszcze odpowiedzi na złożony wniosek.

 

– Nie chcę zbyt dużo mówić, żeby nie przeszkodzić w śledztwie. Sprawa jest w toku. Uważam, że sprawa powinna być przeniesiona do innego województwa – stwierdził poseł Chruszcz, którego wypowiedź przytacza portal gazetawroclawska.pl.

 

Zdaniem Sylwestra Chruszcza, wątpliwości co do rzetelności prowadzonego śledztwa budzą powiązania między prokuraturą w Głogowie i Legnicy. Wiadomym jest bowiem, że jego brat nie miał zbyt dobrych relacji z przedstawicielami władz miasta Głogowa.

 

– Między prokuraturami legnicką a głogowską jest za dużo związków personalnych, co, moim zdaniem, nie wpływa dobrze na śledztwo. Dobrze więc, żeby sprawą zajmowała się prokuratura kompletnie niezwiązana z tym regionem – wyjaśnia lider Narodowej Demokracji.

 

Póki co jednak sprawa w prokuraturze legnickiej prowadzona jest nadal w tym samym tempie, ponieważ decyzja dotycząca przeniesienia śledztwa najprawdopodobniej nie została jeszcze podjęta.

 

– Nie mamy jednak jeszcze do przekazania żadnych nowych informacji na temat sprawy. Przeprowadzane są kolejne czynności procesowe, ale ostatnio zgromadzone dowody nie zmieniają dotychczasowych ustaleń – odniosła się do tego tematu rzecznik prokuratury Lidia Tkaczyszyn w rozmowie z Gazetawroclawska.pl.

 

Poseł Sylwester Chruszcz nie chce publicznie mówić zbyt wiele o postępach w całej sprawie dotyczącej tragedii jaka spotkała jego rodzinę. Deklaruje natomiast, że nie odpuści wyjaśniania okoliczności śmierci jego młodszego brata. Chce on bowiem podobnie jak pozostali bliscy i znajomi prezesa dolnośląskiej Endecji, aby osoby winne jego śmierci ponieśli konsekwencje za swoje działania.

 

 

Źródło: gazetawroclawska.pl