Jak podaje pap.pl, ONZ informuje o liczbie co najmniej 45 tysięcy osób, które uciekły przed walkami w prowincji Dara w południowo-zachodniej Syrii i zmierza w kierunku granicy z Jordanią.

Bastion rebeliantów, Dara, od tygodnia jest bombardowana przez siły rządowe.

Rzecznik Biura Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) Jens Laerke cytowany przez agencję Reutera uściślił, że w wyniku ostatniego ataku z powietrza zginęli i ranni zostali cywile, w tym dzieci, a jeden ze szpitali przestał działać. Rzecznik nie wyjawił dokładnej liczby ofiar.

„W ciągu ostatnich dni bardzo duża liczba cywilów uciekła z powodu przemocy, bombardowań i walk w tym regionie” – powiedziała inna rzeczniczka OCHA Linda Tom.

Bettina Luescher Przedstawicielka Światowego Programu Żywnościowego powiedziała: „Oczekujemy, że liczba przesiedlonych osób może prawie podwoić się wraz ze wzrostem przemocy”.

Jordańskie władze już w niedziele ostrzegły, że nie będą w stanie przyjąć kolejnej fali syryjskich uchodźców, której wiele osób się spodziewa, ze względu na przygotowywaną przez rząd w Damaszku ofensywę rebeliantom w południowej Syrii graniczącej z królestwem.

Cytując pap.pl: „Według ONZ operacje wojskowe reżimu w Damaszku na południu kraju stwarzają zagrożenie dla 750 tys. syryjskich cywilów.”

ONZ zarejestrowała od wybuchu wojny w Syrii w 2011 roku, która zebrała dotąd ponad 350 tys. zabitych, że w Jordanii schroniło się już ok. 650 tys. syryjskich uchodźców.

Mężczyzna walczący na wojnie w Syrii opowiedział o swojej historii w rozmowie z BBC przy realizacji dokumentu „Syria: The World’s War”. Niektóre opisy zdarzeń, które opowiadział Syryjczyk są wyjątkowo drastyczne.

 

Khaled został wpierw wyszkolony przez pewnego Francuza, a następnie wstąpił w szeregi jednej z grup rebeliantów na wojnie w Syrii, którą było Ahrar al-Sham. Następnie przeszedł do będącego syryjską filią Al-Kaidy Frontu Al-Nusra. Jak powiedział Khaled, w tamtym okresie jeszcze nie traktowano Państwa Islamskiego zbyt poważnie. Do działalności ISIS, inni syryjscy dżihadyści oraz rebelianci podchodzili nawet kpiąco. Państwo Islamskie zyskiwało jednak na sile, tworzyło swój samozwańczy kalifat, a nawet uczyniło Rakkę swoją stolicą. Wprowadziło też własną walutę i kontrolowało wyjątkowo dużym terenem jak na organizację terrorystyczną.

 

Sam bojownik Al-Kaidy opowiedział o tym, że członkowie ISIS terroryzowali mieszkańców stosując wyjątkowo brutalne tortury oraz mordy. Wśród metod stosowane było m.in. ukrzyżowanie.

 

– Jeśli powiedziało się: „Mahomet”, zabijali za bluźnierstwo. Robienie zdjęć, używanie telefonów, za wszystko to była kara. Palenie skutkowało więzieniem. Zabijali, kradli i gwałcili – mówił Khaled o sytuacji, która panowała w Rakkce.

 

– Oskarżyliby niewinną kobietę o zdradę i ukamienowali na oczach dzieci. Ja nie zabiłbym nawet kurczaka w obecności mojego rodzeństwa – stwierdził bojownik Frontu Al-Nusra.

 

Khaled w rozmowie mówił również o tym jak ISIS przekupywało dowódców grup rebeliantów walczących z prezydentem Assadem w Syrii. Również Khaledowi zaproponowano stanowisko „szefa ochrony”. Pełniąc to funkcję miał mieć władzę nad podległymi bojownikami oraz własne biuro. Mając na uwadze, że w przypadku odmowy, członkowie ISIS zabiją go, Khaled przyjął tą ofertę. Jak zaznacza zrobił to jednak za wiedzą przywódcy Al-Nusry- Abu al-Abbasa. W związku z tym, jako człowiek Al-Kaidy przyjął ofertę przejścia w szeregi Państwa Islamskiego i wniknął w ich szeregi.

 

– Pokazywałem IS przyjazną twarz, a w ukryciu porywałem i przesłuchiwałem jego członków, a potem ich zabijałem. Pierwszą osobą, którą porwałem, był Syryjczyk, dowódca obozu treningowego tzw. Państwa Islamskiego – opowiedział Khaled, przyznając iż za pieniądze zabijał zarówno członków ISIS, jak i też tych, których Państwo Islamskie kazało mu mordować.

 

Dla kalifatu ISIS wykonać miał łącznie 16 egzekucji. Khaled, żył w stresie i obawie o to, że jego agenturalność i podwójna gra wyjdą na jaw, dlatego ostatecznie uciekł z Państwa Islamskiego. Wpierw przedostał się samochodem do miasta Deir al-Zour, a następnie do Turcji.

 

Zdaniem Syryjczyka, to czego się dopuścił nie można określać zbrodniami. Pytana o to czy żałuje tego co zrobił tłumaczy, że myślał wówczas „tylko o tym, by uciec i przeżyć”.

 

–  Gdy widzisz kogoś, kto mierzy z broni i bije twojego ojca, zabija twojego brata albo krewnych, to nie możesz siedzieć cicho i żadna siła cię nie powstrzyma. To, co robiłem, to była obrona konieczna. Zabiłem ponad sto osób w walkach przeciwko reżimowi i Państwu Islamskiemu i nie żałuję tego. Jeden Bóg wie, że nie zabiłem nigdy cywila ani niewinnego człowieka – powiedział syryjski dżihadysta.

 

Od kilkunastu dni opinia publiczna na całym świecie żyje sytuacją w Syrii, którą określa się często beczką prochu, przy której o swoje interesy walczą tak naprawdę światowe mocarstwa. W noc z piątku na sobotę Amerykanie przy wsparciu Wielkiej Brytanii oraz Francji zaatakowali rakietami cele na terytorium Syrii. Miała być to odpowiedź na użycie broni chemicznej w mieście Douma, o co zachód oskarżył syryjskie władze w Damaszku.

 

Douma to miasto, które syryjscy żołnierze odbijają z rąk rebeliantów zrzeszonych w organizacji ‚Armia Islamu’. To islamistyczne ugrupowanie jest jednym z aktywnie walczących po stronie opozycji na wojnie w Syrii. Choć uchodzi za umiarkowaną organizację sunnicko, to jednak swego czasu jej struktury współpracowały z syryjską filią Al-Kaidy- Frontem Dżabat Al-Nusra.

 

‚Armia Islamu’ jest wspierana przez Arabię Saudyjską, dzięki czemu w dużej mierze zbudowała swój potencjał militarny i strukturalny. Przy okazji warto zauważyć, że Arabia Saudyjka szybko zadeklarowała wsparcie USA w atakach wymierzonych w Syrię.

 

W internecie pojawiło się nagranie, na którym widzimy kryjówkę bojowników „Armii Islamu”. Została ona odkryta przez przywracające kontrolę nad miastem syryjskie wojsko. Jak się okazuje dobrze zbudowana baza rebeliantów w Doumie znajdowała się pod jednym ze szpitali. Przygotowany układ korytarzy o szerokości ok. 4 metrów oraz wysokich na nawet 6 metrów może zadziwiać oraz sugerować, iż w działalność zbrojnych grup rebeliantów inwestowane są spore sumy pieniędzy zza granicy.

 

 

W nocy z piątku na sobotę doszło do ataku rakietowego ze strony USA przy wsparciu Francji oraz Wielkiej Brytanii na cele w Syrii. Miała być to odpowiedź na atak chemiczny dokonany w Dumie, z której wypierani są przez wojska Assada rebelianci zrzeszeni w organizacji Armia Islamu. O przeprowadzenie ataku chemicznego, USA oraz ich sojusznicy oskarżają syryjskie władze. Ostatniej nocy jednak znów doszło do alarmu oraz uruchomienia systemu obrony przeciwlotniczej.

 

W nocnych godzinach, lokalne media przekazały informacje o rzekomym ataku rakietowym na syryjskie bazy lotnicze. Zasugerowano również, iż ataku tego dokonało lotnictwo należące do armii Izraela. Przed tygodniem, również wskazywano na izraelskie myśliwce, kiedy zaatakowana miała zostać baza sił powietrznych w syryjskiej prowincji Hims.

 

Jak podało dodatkowo Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka, w pobliżu znajdującej się na terenie prowincji Hims bazy lotniczej Szajrat usłyszeć można było silne eksplozje. SANA (syryjska agencja prasowa) poinformowała, że przechwyconych miało zostać wiele rakiet przez obronę przeciwlotniczą. Do sprawy odniosły się również władze w Damaszku określając rzekomy atak „agresją”. Przedstawiciele rządu nie wskazali jednak jednoznacznie kto odpowiadać ma za kolejny atak rakietowy wymierzony w Syrię, choć nieoficjalne informacje wskazywały na izraelskie lotnictwo.

 

– Nic nie wiem o takim zdarzeniu – odpowiedział rzecznik izraelskiej armii.

 

Również przedstawiciel USA zaprzeczył, jakoby amerykańskie wojsko miało dokonać kolejnego ataku na terytorium Syrii.

 

– Stany Zjednoczone nie prowadzą w tej chwili żadnych działań zbrojnych w tym regionie – przekazał rzecznik Pentagonu.

 

Zdaniem niemieckiej agencji dpa, alarm z ostatnich godzin, który w Syrii aktywował system obrony przeciwlotniczej, miał okazać się być tym razem jednak fałszywy. Agencja powołuje się przy tym na syryjskie koła wojskowe. Eksplozje, o których mówiono w relacjach z nocnych wydarzeń w okolicach Damaszku, miały być efektem właśnie uruchomienia systemu obrony przeciwlotniczej, co spowodował fałszywy alarm.

 

Zgodnie z sobotnim oświadczeniem syryjskiego ministerstwa spraw zagranicznych, Syria potępia „barbarzyńską i brutalną agresję” krajów zachodnich.

 

MSZ Syrii zacytowała państwowa agencja SANA – jak oświadczono, naloty maają na celu „utrudnienie śledztwa” Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW).

 

Agencja zacytowała również anonimowe źródło w syryjskim MSZ, które oskarża państwa zachodnie o próbę zakamuflowania „swoich kłamstw”.

 

Jak informuje portal nczas.com, w ramach akcji odwetowej za użycie broni chemicznej podczas nalotu, w którym śmierć poniosło ponad 60 osób, połączono wojska amerykańskie, francuskie i brytyjskie, które dzisiaj nad ranem przeprowadziły ataki w Syrii.

 

Jak napisała w sobotę na Facebooku rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, podczas kiedy Syria „otrzymała szansę na pokojową przyszłość”, stolica tego (jak powiedziała) suwerennego kraju została obrana za cel ostrzału ze strony państw zachodnich.

 

– Stolica suwerennego państwa, która wiele lat próbuje przeżyć w warunkach agresji terrorystycznej, stała się celem uderzenia

– napisała w komentarzu.

 

 

Sprawę skomentowało Polskie Radio 24 na Twitterze:

– Operacja została przeprowadzona precyzyjnie, jednak wybrano drugorzędne cele. Prawdzie cele są pilnowane przez wojska rosyjskie

– napisano.

Jak informuje serwis o2.pl, Stany Zjednoczone grożą atakiem na Syrię. Ma on być odwetem za atak na Dumę, podczas którego użyto broni chemicznej, sarinu i chloru przeciwko rebeliantom. Sarah Sanders, rzeczniczka Białego Domu, uspokaja: – Ciągle nie ma jeszcze gotowego planu ataku na pozycje reżimu.

 

Mimo zapewnień kobiety, wszystko wskazuje na to, że pociski manewrujące BGM-109 Tomahawk zostaną wystrzelone w kierunku Syrii – tak donoszą źródła. Kilka godzin wcześniej prezydent Donald Trump udostępnił tweeta, na którym pisał: „Rosjo, szykuj się, nasze rakiety nadlecą”, jak również zarzucił Moskwie współpracę ze „zwierzęciem zabijającym bronią chemiczną”. Na te słowa odpowiedziała rzeczniczka Sanders, że atak rakietami jest jedynie jedną z możliwości.

 

Jak podaje o2.pl, niedługo po pierwszym wpisie na Twitterze prezydenta Stanów Zjednoczonych, Syria wszczęła alarm. Zostały ewakuowane bazy, a także lotniska. Ponadto, pojawiły się również komunikaty o startujących samolotach transportowych typu Ił-76, które miały latać nad krajem, bądź lecieć w kierunku Iranu. Na morzu pojawiła się także rosyjska flota stacjonująca w syryjskim porcie Tatrus. Wszystko to tłumaczono zaplanowanymi wcześniej ćwiczeniami.

 

Wiadomo również, że przy granicach Syrii wznosi się amerykański samolot wczesnego wykrywania E-3. Z kolei w okolicach wybrzeża lata samolot zwiadu morskiego P-8.

 

Trump rozmawiał w środę z doradcami, sekretarzem obrony Jamesem Mattisem i przewodniczącym kolegium połączonych szefów sztabu gen. Josephem F. Dunfordem o mającym miejsce aktualnie kryzysie. Jak podaje amerykańska prasa, zniszczenia miałyby być większe, niż w zeszłym roku.

W sobotę doszło do ataku chemicznego na jeden ze szpitali znajdujący się we Wschodniej Gucie. Zginąć miało min. 41 osób. Choć Syryjskie Praw Człowieka stwierdziło, iż nie jest w stanie ocenić tych doniesień o użyciu broni chemicznej w Dumie, to jednak organizacja SAMS, Stany Zjednoczone i inne podmioty na świecie oskarżył o sobotni atak syryjskie władze skupione wokół prezydenta Bashara Al-Assada. Damaszek odrzuca jednak te oskarżenia. Dziś rano natomiast miał mieć miejsce atak rakietowy na bazę syryjskich sił powietrznych, zlokalizowaną w prowincji Hims, niedaleko historycznej Palmiry.

 

Jak podała lokalna telewizja, ataku dopuściły się siły USA, zabijając przy tym kilka osób, a kilka raniąc. Nie podano jednak konkretnych liczb. Amerykanie odrzucają jednak te oskarżenia, podtrzymując iż nie mają nic wspólnego z atakiem rakietowym.

 

– W tym czasie Departament Obrony USA nie przeprowadził żadnych nalotów w Syrii. (…) Jednak nadal uważnie obserwujemy sytuację (w tym kraju) i wspieramy wysiłki dyplomatyczne mające na celu pociągnięcie do odpowiedzialności tych, którzy używają broni chemicznej, zarówno w Syrii, jak i poza nią – przekazał rzecznik Pentagonu.

 

Jednakże po sobotnim ataku chemicznym, amerykańskie władze rozpatrywać mają różne scenariusze, w tym także interwencję zbrojną w Syrii. Rok temu bowiem, Donald Trump zadecydował o uderzeniu w lotnisko, z którego wystartować miał samolot użyty do rzekomego innego ataku chemicznego.

 

Jak wnioskują analitycy ds. obrony, w zaatakowanej zdaniem strony syryjskiej dziś rano bazie znajdować mają się wspomagające rząd w Damaszku znaczne siły rosyjskie. Odrzutowce mają z lotniska tego regularnie startować, aby następnie uderzyć w siły rebeliantów na syryjskiej wojnie.

 

Jak natomiast donoszą media w Libanie, nie jest wykluczone iż dzisiejszego ataku rakietowego dopuścił się Izrael. Siły izraelskie podczas trwającego na Bliskim Wschodzie konfliktu, niejednokrotnie uderzały w zlokalizowaną syryjską armię. Uderzano w konwoje czy również wspieranych przez Iran milicji na terenie Syrii. Tą wersje zdarzeń potwierdził później także rosyjski MON podając informacje, jakoby syryjska baza została zaatakowana przez dwa izraelskie myśliwce F-16.

 

 

 

 

Na tereny, gdzie miejsce miała katastrofa skierowano ekipy ratownicze. Helikopter, który uległ wypadkowi to maszyna typu HH-60 Pave Hawk i należał do amerykańskiej armii.

 

Do katastrofy wojskowego śmigłowca doszło w zachodniej części terytorium Iraku, nieopodal granicy z Syrią. W czwartek amerykańska armia przekazała, że nie jest znany los siedmiu ludzi znajdujących się na pokładzie rozbitego helikoptera. Teraz już wiadomo jednak, że wszyscy żołnierze lecący śmigłowcem zginęli.

 

Nie są też znane szczegółowe informacje dotyczące samego przebiegu katastrofy. Jak poinformowały jednak władze USA, nic nie wskazuje na ewentualne zestrzelenie należącego do armii śmigłowca.

 

 

Maszyny typu HH-60 Pave Hawk używane są przez amerykańskie wojsko głównie do realizacji misji poszukiwawczych i ratowniczych.

 

 

 

Samolot rozbił się po tym, jak został ostrzelany pociskami przeciwlotniczymi Syryjczyków.

 

Jak informuje portal o2.pl, maszyna spadła na obszarze Izraela, a piloci się katapultowali. Obywatele Syrii otworzyli ogień przeciwlotniczy. Na terenie północnego Izraela słychać było syreny alarmowe. Z relacji podanych przez świadków zdarzenia wynika, że doszło do wielu wybuchów. Ostrzelanych zostało więcej, niż jeden myśliwiec. Izrael powiadomił jednak tylko o jednym samolocie.

 

– Skończyło się bezpiecznie dla pilotów, którzy przeżyli – powiedział Jonathan Conricus, rzecznik armii w Izraelu.

 

Na Twitterze opublikowano nagranie ukazujące ewakuację pilotów z F16.

 

 

Ostrzał ze trony Syryjczyków był reakcją na operację Izraelczyków, którzy zaatakowali jednąz baz w Syrii – informują źródła.

 

 

– Izraelska agresja była wymierzona w naszą bazę wojskową w centralnej części kraju – poinformowała agencja Sana, która powoływała się na jednego z przywódców armii w Syrii – czytamy na portalu o2.pl.