Oficjalnie ogłoszono zakończenie wojny trwającej już od 20 lat. Przywódcy obydwu państw będących stronami w przypadku tego konfliktu złożyli swoje podpisy formalnie rozpoczynające czas pokoju. Te wydarzenia określane są jako szansa na przełom przynoszące dobre owoce w tamtym regionie świata.

 

Zwaśnionymi krajami przez ostatnie 20 lat były Etiopia oraz Erytrea. Ta antypatia przekładała się też jednak na sytuacje na terytorium innych państw Afryki.  Przykładowo podczas wojny jaka miała miejsce w Somalii, Etiopia wspierała tamtejszy rząd, który mógł liczyć na pomoc również z zachodu, w tym od Stanów Zjednoczonych. Erytrea wówczas udzielała wsparcia grupom islamistów, próbujących obalić władze w Somalii.

 

– Państwa były w stanie „bez wojny, bez pokoju” od 2000 roku. To wtedy podpisano pakt pokojowy w Badme, w którym oskarżono Erytreę o wywołanie konfliktu. Jej przywódcy nie chcieli jednak zgodzić się z takim postawieniem sprawy – skomentowała telewizja BBC, opisując sytuację panującą w ostatnich latach między Erytreą a Etiopią.

 

Chociaż konflikt nie obfitował w ostatnim czasie w wybuchy i ofiary, to jednak przez lata mieszkańcy Erytrei żyli w strachu przed wojną. Narodowy werbunek do wojska prowadzony był nawet wśród młodych chłopców. To też powodowało, że wiele osób emigrowało z kraju.

 

Teraz w ramach aktu pokoju wznowione zostaną relacje dyplomatyczne oraz handlowe pomiędzy zwaśnionymi dotychczas państwami. Swoje podpisy Isajas Afewerki, będący prezydentem Erytrei oraz premier Etiopii Abiy Ahmed złożyli swoje podpisy kończące konflikt podczas szczytu w Asmarze. To spotkanie w stolicy Erytrei było pierwszym, podczas którego przywódcy tych dwóch krajów przebywali w jednym pomieszczeniu.

 

Zważywszy na fakt jakie oddziaływanie na rejon miał konflikt pomiędzy tymi afrykańskimi państwami, wielu w ostatnich wydarzeniach widzi szansę na rozpoczęcie etapu pozytywnych zmian w tamtej części Afryki.

 

 

„Ponieważ żyli prawem wilka historia o nich głucho milczy” – tak rozpoczyna się wiersz Zbigniewa Herberta „Wilki”, utwór kultowy dla wszystkich, którym bliska jest tradycja polskiego podziemia niepodległościowego. Komunistyczni kaci zrobili niemal wszystko, aby żołnierze niezłomni zostali zapomniani. Bezskutecznie. O bohaterskich ofiarach totalitarnego terroru przypomniała sobie wolna Polska, ustanawiając ku ich czci święto państwowe. „Wyklęci” mieli stać się częścią mitu o narodzinach wolnej Polski, obok walczących o godność robotników, dziedzictwa „Solidarności” i wpływu Jana Pawła II na obalenie komunizmu. Niestety dzisiaj środowiska, które jeszcze niedawno nie miały wątpliwości, co do oceny antykomunistycznego podziemia, w atmosferze wyniszczającego konfliktu politycznego, coraz głośniej kwestionują zaliczanie żołnierzy niezłomnych do panteonu narodowych bohaterów.

Warto w tym miejscu przypomnieć w jakiej atmosferze ustanowiono Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Za ustawą głosował niemal cały Sejm (406 głosów za przy ośmiu przeciw i trzech wstrzymujących się). Co warte podkreślenia, klub Sojuszu Lewicy Demokratycznej, czyli spadkobiercy dziedzictwa PPR/PZPR poparł ustawę prawie jednogłośnie (31 głosów za przy jednym przeciw i trzech wstrzymujących się). Wynik tego głosowania obrazuje ponadpartyjny konsensus w kwestii właściwego uhonorowania tradycji żołnierzy niezłomnych. Dzisiaj niestety niewiele po nim zostało.

W sposób najbardziej jaskrawy zmianę optyki na działanie zbrojnego podziemia antykomunistycznego obrazuje chyba postawa Bronisława Komorowskiego. Gdy był prezydentem, przynajmniej deklaratywnie, wspierał inicjatywy na rzecz przywracania pamięci o „wyklętych”. „Ta uroczystość powinna się zacząć na placu marszałka Piłsudskiego, przed Grobem Nieznanego Żołnierza, bo przecież oni byli do pewnego stopnia zbiorowym nieznanym żołnierzem, którego trzeba było odnaleźć, nazwać i którego trzeba będzie przywracać zbiorowej pamięci narodowej” – tak mówił Komorowski jeszcze w 2014 r. o potrzebie odprawienia państwowego pogrzebu dla kolejnych ofiar zidentyfikowanych przez IPN na Cmentarzu Powązkowskim.

W tym tygodniu w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” wypowiedział tezy, których można byłoby się spodziewać może od gen. Jaruzelskiego czy Kiszczaka, osób aktywnie zwalczających polski opór przeciwko sowieckiemu zniewoleniu. Komorowski próbował przekonywać, że żołnierze niezłomni nie nadają się jako wzór do naśladowania, ponieważ charakteryzowali się wysokim poziomem demoralizacji, a w Polsce po wojnie toczyła się…walka bratobójcza (sic!) pomiędzy polskimi antykomunistami i polskimi komunistami.

Czy Komorowski rzeczywiście tak radykalnie zmógł zmienić swoją ocenę „żołnierzy wyklętych”? Wydaje się to mało prawdopodobne. A więc o co chodzi? Pewnie po raz kolejny o stanięcie w kontrze wobec znienawidzonej partii rządzącej, która kwestię upamiętniania polskiego podziemia antykomunistycznego traktuje priorytetowo. Były prezydent zresztą w tym wywiadzie między wierszami zdradził się ze swoimi prawdziwymi intencjami.

Komorowski nie jest jedynym politykiem, który znacznie krytyczniej zaczął oceniać dziedzictwo „żołnierzy wyklętych”. W tej sytuacji uprawniona jest teza, że podważanie zasług niezłomnych jest kolejnym elementem walki z rządem, a to jest wyjątkowo niegodziwe. Wykorzystywanie ofiar komunistycznego terroru do swoich rozgrywek politycznych wystawia jak najgorsze moralne świadectwo tym, którzy to robią.