W niniejszym artykule, chcę przedstawić koncepcję racjonalnego, opartego na przesłankach naukowych wyznaczania granic miast i wsi. Takiego ich ustalania, by były one zgodne z, nazwijmy to, urbanistyczną rzeczywistością.

 

Zacząć muszę od tego, że obecne zasady ustalania granic miejscowości opierają się na pewnym błędnym, moim zdaniem, założeniu, iż każdy skrawek powierzchni państwa musi być przypisany administracyjnie do jakiejś konkretnej miejscowości – miasta lub wsi. Prowadzi to do takich absurdów jak na przykład fakt, iż najwyższym punktem Zakopanego jest Świnica – szczyt na granicy ze Słowacją, o wysokości 2301 m n.p.m. Każdy, kto był na Świnicy wie, jaki to absurd. Ze Świnicy do faktycznego Zakopanego daleka droga. Tak więc pierwszym punktem nowej koncepcji zasad delimitacji miejscowości jest rezygnacja z założenia, iż każdy fragment lądu musi być przypisany pod konkretną miejscowość.

 

No dobrze – może ktoś powiedzieć – ale przecież to tylko granice administracyjne. Wiadomo, że granice stref zabudowy, stref zurbanizowanych są inne. No właśnie tak, i dlatego – po co sobie utrudniać życie, sztucznie rozdzielając te dwie rzeczy? Jeśli wprowadzimy granice administracyjne, powiedzmy, mniej więcej zgodne z rzeczywistymi granicami obszarów zurbanizowanych (miasta) lub terenów o zabudowie wiejskiej (wsie), uzyskamy ważne korzyści. Pierwszą, choć może najmniej niektórych przekonującą, jest po prostu życie w prawdzie. Odtąd statystyki, badania pokazujące liczebność i powierzchnię miast i wsi będą faktycznym odzwierciedleniem rzeczywistości. Jaki odsetek ludności kraju prowadzi miejski tryb życia, jak wyglądają trendy jeśli chodzi o migracje na linii miasto-wieś itd. Drugą, ale o tym szerzej nieco później, jest możliwość bardziej skutecznej ochrony środowiska naturalnego.

 

W związku z rezygnacją z zasady, że każdy fragment lądu musi być przypisany pod konkretną miejscowość, należy wprowadzić na poziomie administracyjnym podział na tereny zamieszkane (ekumena) i niezamieszkane (anekumena), względnie można jeszcze wprowadzić kategorię subekumeny, jako rejonu o bardzo niskim zasiedleniu lub intensywnie użytkowanego, ale nie zamieszkanego przez ludzi. W najprostszej koncepcji zarówno ekumeny (czyli miejscowości), jak i anekumeny byłyby zarządzane na poziomie gminy (tutaj oczywiście można dyskutować – celowo nie rozstrzygam tego tematu). Przykładowo: Obecnie małopolska gmina Trzebinia składa się z następujących jednostek:
– miasto Trzebinia
– Bolęcin
– Czyżówka
– Dulowa
– Karniowce
– Lgota
– Młoszowa
– Myślachowice
– Piła Kościelecka
– Płoki
– Psary.
Po proponowanej zmianie składałaby się z dokładnie tych samych jednostek plus, nazwijmy to roboczo, „anekumeny gminy Trzebinia”, zarządzanej przez władze gminy. Anekumena byłaby stworzona poprzez wykrojenie z terenu obecnych sołectw i miasta Trzebinia terenów de facto niezamieszkanych.

 

Kolejnym nasuwającym się tu pytaniem jest: jak więc wyznaczyć te granice? Okazuje się, że odpowiedź stworzyło już państwowe norweskie biuro statystyk Statistisk sentralbyrå. Owa definicja brzmi następująco: zwarty teren zabudowany jest to obszar, gdzie odległości miedzy budynkami wynoszą do 50 m, nie licząc odległości tworzonych przez obiekty infrastruktury miejskiej, takie jak parki czy tereny przemysłowe, a także rzeki; skupiska budynków oddalone do 400 m od zwartego terenu zabudowanego również są wliczane w teren danego obszaru zabudowanego. Ja osobiście dodałbym jeszcze adnotację, że teren do 200 m od granic zabudowy trakuje się jako teren danej miejscowości. W przypadku gdy tereny zabudowy dwóch miejscowości do siebie przylegają (jak np. w rzeczonej gminie Trzebinia miasto Trzebinia i wieś Młoszowa) jest kwestią decyzji lokalnych władz, najlepiej po odpowiednich konsultacjach społecznych lub referendum, czy miejscowości te administracyjnie łączyć, czy nie.

 

Teraz wrócę do kwestii ochrony środowiska. Otóż tereny anekumeny z automatu zostałyby objęte jakąś (nie chcę tu precyzować jak ścisłą) formą ochrony przyrody czy ochrony krajobrazu. Pozwoliłoby to ukrócić możliwość łatwego stawiania budynków na terenach naturalnych. Odpowiednie prawo powinno zachęcać do budowania na terenach przyległych do istniejących już terenów zabudowanych, a zniechęcać, czy wręcz uniemożliwiać, jeśli nie ma ku temu obiektywnych, poważnych powodów, stawianie budynków na terenach dotąd, mniej lub bardziej, dziewiczych. Dzięki temu łatwiej byłoby chronić tereny naturalne przed destrukcyjną ekspansją ludzkiej zabudowy.

 

Teraz przejdźmy do praktyki w wyznaczaniu granic miejscowości. Za przykład wezmę Kraków – miasto w którym mieszkam, więc znam dość dobrze jego fizjonomię.

 

Obecne granice administracyjne Krakowa przedstawiają się w poniższy sposób:

 

Widać, że administracyjne granice miasta nie są (choć i tak w przypadku Krakowa nie jest w tej kwestii najgorzej) spójne z faktycznym obszarem zurbanizowanym. Poniżej przedstawię więc jak powinny, w przybliżeniu, wyglądać prawidłowo poprowadzone granice Krakowa:

 

Powyższa grafika została stworzona „na szybko”. Nie pokazuje ona dokładnie rzeczywistych granic Krakowa, jednak ukazuje ideę, według której powinny być wyznaczane granice miast. Jak widać, nie tylko odcięta została od miasta pewna część terenów zielonych, ale dołączona do Krakowa została np. Wieliczka – miasto, które de facto przestało być już samodzielnym bytem miejskim i stanowi dzielnicę Krakowa, oraz Balice, które przylegając do Krakowa, dzięki lotnisku de facto uzyskały charakter miejski.

 

Dużo gorzej ta sytuacja wygląda w przypadku na przykład Zielonej Góry, gdzie administracyjne granice miasta są kilkukrotnie szersze niż faktyczny teren zurbanizowany. Podobnie w wielu innych miastach i wsiach. Istnieją też na świecie sytuacje odwrotne. Paryż chociażby od wielu lat sztucznie jest utrzymywany w granicach administracyjnych o wiele węższych niż jego faktyczny rozmiar.

 

Chciałbym się teraz zająć tematem problemów i komplikacji, jakie mogą wyniknąć z wprowadzenia opisywanego rozwiązania. Nie będę skupiał się na samym problemie organizacyjnym wyznaczenia i dostosowania nowych granic administracyjnych do faktycznego charakteru terenów. Wiadomo – w pierwszej chwili byłoby pewne zamieszanie, ale niemal co roku modyfikowane są w Polsce granice różnych miejscowości i jakoś nie powoduje to katastrofy.

 

Kolejną rzeczą, która może wzbudzać wątpliwości, jest kwestia możliwego zablokowania rozwoju miast na skutek zbyt radykalnego ograniczenia ich powierzchni. Na ten zarzut mam kilka odpowiedzi.

 

Po pierwsze wokół miast można by, na podstawie stosownego prawa, tworzyć specjalne strefy rozwojowe, gdzie w zrównoważony, racjonalny sposób trwałaby budowa ważnej na przykład z ekonomicznego punktu widzenia infrastruktury, która z istotnych powodów nie mogłaby być postawiona w dotychczasowych granicach miasta. Następnie granice miasta byłyby poszerzane, na przykład z dniem 1. stycznia kolejnego roku, o „dobudowane” tereny. Jako osoba pochodząca z Rzeszowa, którego władze w ostatnich latach często przeprowadzały poszerzenia granic miasta, wiem że nie jest to zadanie ekstremalnie trudne.

 

Po drugie duże miasta mogłyby tworzyć wespół z otaczającymi je wsiami i miastami satelickimi specjalne związki aglomeracyjne, sprzyjające, na podstawie stosownych uchwał czy rozporządzeń, komunikacji i wspólnemu rozwojowi.

 

Po trzecie: przykład z życia. Paryż, który pomimo bezsensownego zduszenia w bardzo wąskich granicach administracyjnych, rozwinął się niesamowicie – weźmy choćby przykład podparyskiej, a de facto paryskiej, dzielnicy La Défense.

 

Podsumowując, za niezbędną uważam zmianę podejścia do kwestii delimitacji miejscowości – rezygnację z założenia, że nie może być terenów nieobjętych granicami jakiegoś miasta lub wsi. W kwestii konkretnych na tym polu rozwiązań daleki jestem od stanowczego wypowiadania się, natomiast jestem przekonany, że zmiana granic miast i wsi w myśl idei, którą przedstawiłem, przyniosła by wiele korzyści. Z pewnością z początku nastąpiło by pewne zamieszanie – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Jednak ostatecznie doprowadzilibyśmy do sytuacji, w której po pierwsze zwyczajnie granice administracyjne pokryłyby się, przynajmniej w przybliżeniu, z rzeczywistymi granicami miast i wsi, a po drugie sprawniejsza stałaby się ochrona terenów naturalnych przed szkodliwą ekspansją zabudowy. Powstałe „administracyjne anekumeny” stanowiłyby najprostszą, najbardziej podstawową i najpowszechniejszą formę ochrony przyrody.

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

[Uwaga]:

Źródłem grafik przedstawiających zdjęcia satelitarne miasta Krakowa jest serwis Google Maps.

Druga grafika jest zmodyfikowaną przez autora artykułu wersją obrazu pochodzącego z serwisu Google Maps.

 

Fot.: Wikimedia Commons ; Google Maps

Wciąż to samo. Polska węglem stoi, ale dbajmy o planetę, bo globalne ocieplenie i topniejące lodowce. Tymczasem najwięcej węgla wydobywają w Europie Niemcy, a ekologiczne wykorzystanie „czarnego złota” jest źródłem ciepła w największych europejskich miastach.

 

Energia zielona jest znacznie droższa aniżeli energia tzw. czarna. Zielona energia jest niewątpliwie przydatna przy likwidacji smogu, ale w skali przemysłowej nie jest w stanie obecnie zaspokoić nawet części potrzeb energetycznych świata. Zresztą węgiel odpowiednio przygotowany może być także wykorzystany w gospodarce komunalnej jako paliwo antysmogowe, mam na myśli tzw. błękitny węgiel. Cały Londyn jest w ten sposób ogrzewany, podobnie jak Walia i Irlandia, gdzie udaje się zwalczać smog – mówił Dominik Kolorz, przewodniczący Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność” w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”.

 

Zresztą, o ile Unia Europejska próbuje dalej handlować emisjami CO2, a jej politycy z lubością wytykają Polsce braki w demokracji, gospodarce i polityce węglowej, należy pamiętać, że w Europie poza np. Jastrzębską Spółką Węglową jest jeszcze kilku innych potentatów, którzy realizują 100 proc. unijnych limitów, a co więcej potrzebują, to kontynuują tam, gdzie dyrektywy UE nie docierają. A co na to świat?

 

– Stany Zjednoczone wycofały się z porozumienia paryskiego, Rosja nie respektuje zasad polityki klimatycznej, natomiast Chiny w ogóle nie przejmują się jakimikolwiek ustaleniami w sprawie redukcji emisji CO2. Australia oraz Kanada nie przestrzegają porozumienia z Kioto – informował Dominik Kolorz.

 

Dr Marian Szołucha przypomina z kolei, że węgiel koksowy (domena podstawowa Jastrzębskiej Spółki Węglowej!) to przecież baza dla hutnictwa. Żelazo i stal powstają głównie dzięki węglowi koksowemu. Zapotrzebowanie na stal w 2017 roku wzrosło w porównaniu z 2016 o blisko 400 tys. ton! Dlatego, że z węgla poza energią wytwarzane jest niemal wszystko, co zawiera żelazo, a Polska gospodarka – na szczęście – potrzebuje go coraz więcej.

 

Co z tego jeszcze wynika? Ano tyle, że bez węgla nie ma… ekologicznych wiatraków i nie mniej ekologicznych rowerów. Po prostu!

 

Wie o tym doskonale JSW, które ostatnimi laty rozwija inwestycyjne skrzydła. W tym samym czasie jej unijnej konkurencji kończą się zapasy (a wiadomo, ich transport kosztuje). Może właśnie dlatego to teraz tak bardzo zagrożony jest polski węgiel i jego rozwój, bo komuś w Europie pali się pod… Mówiąc kolokwialnie, JSW psuje wielu potentatom interesy, a polska opozycja i ekolodzy uwielbiają świadomie bądź nieświadomie wspierać zagraniczny biznes wykańczając własny.

 

Robert Wyrostkiewicz

 

Fot.: Pixabay

 

 

Nie ukrywam, że partia założona przez Ryszarda Petru, a obecnie kierowana przez Katarzynę Lubnauer nigdy nie budziła mojej sympatii. Jednak jej obecny rozkład jest dla mnie wspaniałą wiadomością nie tylko z tego powodu. Oznacza on bowiem fiasko pewnej koncepcji, jaka zrodziła się w 2015 roku w środowiskach bliskich, umownie mówiąc, „michnikowszczyznie”.

 

Gdy bowiem w 2015 roku Platforma Obywatelska traciła poparcie i widmo porażki z Prawem i Sprawiedliwością w jesiennych wyborach coraz silniej zaglądało w oczy działaczom partii Ewy Kopacz, w środowiskach im sojuszniczych pojawił się następujący koncept. Otóż należało stworzyć nową partię, oficjalnie niezależną od Platformy Obywatelskiej, ale o podobnym programie, która przyciągnie uciekający elektorat wizją lepszej jakości rządzenia. Stwierdzono, poniekąd słusznie, że osoby, które przestały popierać dotychczasową władzę nie tyle zapałały miłością do partii Jarosława Kaczyńskiego, co po prostu straciły zaufanie do włodarzy Platformy. Nowoczesna miała więc przechwycić ten odpływający elektorat i zmobilizować ludzi, którzy odwracali się od PO na skutek jej demoralizacji, do pójścia raz jeszcze na wybory i zagłosowania przeciwko PiS. Na ile ten pomysł wypalił w 2015 roku – nie wiem. Możliwe, że nawet w jakimś stopniu odniósł sukces. Niestety (a właściwie na szczęście) to, co potem wyrabiali politycy Nowoczesnej, z jej charyzmatycznym inaczej liderem, szybko zniweczyło szanse tej partii na powtórzenie choćby względnie dobrego wyniku wyborczego.

 

Obecnie Nowoczesna jest w rozsypce. Sondaże wskazują, że startując samodzielnie, nie miałaby szans na wejście do Sejmu. Jej posłowie dezerterują do PO, która na powrót staje się niekwestionowanym liderem liberalno-lewicowego anty-PiSu. Wszystko wskazuje na to, że na żaden sukces nie może liczyć również najnowsza partia byłego lidera Nowoczesnej – Teraz!

 

Ta sytuacja budzi moją nadzieję, że wyborcy ugrupowań, które weszły ostatnio w skład Koalicji Obywatelskiej, zrozumieli, że wszelkie nowe partie, próbujące udawać lepszą PO, są w istocie wydmuszkami, stworzonymi tylko po to, by przechwycić uciekający elektorat tego ugrupowania. Jest to sytuacja bardzo pozytywna, dlatego, że dowodzi słynnego twierdzenia Abrahama Lincolna, że „można oszukiwać wszystkich ludzi przez pewien czas, a część ludzi przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas”. A więc wszelkie wpadki, kompromitacje i grzeszki Platformy idą, mam nadzieję, już na konto całej „totalnej opozycji”. I żadne utworzenie nowej partii nie zwiększy już sumarycznego poparcia dla faworytów redakcji z ulicy Czerskiej.

Liczę, że zmiana ta jest trwała, i żadne „polityczne projekty”, jakie być może zostaną przez „totalnych” odpalone przed przyszłorocznymi wyborami nie przyciągną im zauważalnej ilości nowych wyborców. A ponadto mam nadzieję, że żadne potencjalne nowe partie lewicowo-liberalne, czy to Roberta Biedronia, czy to Władysława Frasyniuka, nie odbiorą Platformie Obywatelskiej palmy pierwszeństwa w szeregach „totalnej opozycji”. Lepszy bowiem wróg znany, niż nieznany.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Wikimedia Commons

 

Znany prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz wyraził w jednym ze swoich felietonów nadzieję, że uda się kiedyś zjednoczyć siły polityczne „na prawo od PiS” i to one przejmą władzę, lub chociaż staną się ważnym graczem na polskiej scenie politycznej. Niestety z czasem, mam wrażenie, oddalamy się od urzeczywistnienia tej wizji, zamiast do niego przybliżać.

 

Oczywistą bezpośrednią przyczyną tego stanu rzeczy jest brak jedności omawianych środowisk prawicowych. Jednak warto się zastanowić co się za nią kryje, jakie cechy działaczy, a przede wszystkim liderów, powodują organiczną wręcz niemożność stworzenia porozumienia tzw. „Piwonii” (prawicowcy, wolnościowcy, narodowcy, antysystemowcy). Problem na pewno jest złożony, ale skupię się w tym artykule na opisie, moim zdaniem, najistotniejszej cechy, która ową niemożność powoduje.

 

Jest nią tzw. „mentalność sekciarska”. Na czym ona polega? W największym uproszczeniu sprowadza się ona do przekoniania, że tylko ściśle określona („najmojsza”) linia programowa danego ugrupowania czy osoby jest jedynie słuszną i jakiekolwiek, najmniejsze nawet, od niej odstępstwo jest „zdradą interesów narodowych” „zdradą Polski” itp. Prowadzi to nieuchronnie do ciągłych podziałów, które rozsadzają niemal każdą inicjatywę prawicową. Tak było z Konwentem Świętej Katarzyny, kolejnymi tworami Janusza Korwin-Mikkego, tak było z Ruchem Narodowym, teraz widzimy to w Kukiz’15. Towarzyszy temu istny „wysyp liderów”, z których każdy wie najlepiej jak naprawić Polskę i nie dopuszcza żadnych ustępstw na rzecz potencjalnych środowisk sojuszniczych. By nie być gołosłownym podam chociażby przykład Janusza Korwin-Mikkego, który przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku pokłócił się z Pawłem Kukizem w temacie JOW-ów, co uniemożliwiło koalicję ugrupowań przez nich reprezentowanych.

 

Warto też zastanowić się na ile owe podziały wynikają tylko z owej sekciarskiej mentalności liderów, a na ile z tejże mentalności u ich potencjalnych wyborców. Niestety, jako osoba obracająca się już od około pięciu lat w środowiskach tradycyjnych, wolnościowych i patriotycznych, muszę stwierdzić, że po części winni całej sytuacji są również ich zwolennicy. I to pomimo faktu, że prawie wszyscy zgadzają się co do tego, że zjednoczenie jest potrzebne. Niejednokroć widziałem jak niewielka, nawet mało znacząca zmiana retoryki u jakiegoś polityka, lub chociażby wypowiedź w temacie, w którym dotąd się on nie wypowiadał, skutkowała natychmiastowym posądzaniem go o agenturalność, złą wolę itp. Ciężko w takich warunkach budować koalicje, gdy jakakolwiek chęć ustępstwa, nawet niewielkiego i nie zmieniającego istoty programu, grozi natychmiastowym uznaniem za „obcego agenta” przez dużą część dotychczasowych zwolenników.

 

W tym miejscu pozostaje mi jedynie apelować o rozsądek. O ocenianie polityków po tym, czego realnie dokonują, a nie po pojedyńczych wypowiedziach. I o zrozumienie, że nie da się zbudować koalicji bez pewnych ustępstw. Niestety. Dopóki przedstawiciele prawicy, tej „na prawo od PiS”, tego nie zrozumieją, sami skazują się na polityczny niebyt. Na tworzenie „planktonu” partyjek mających poparcie na poziomie dziesiątych procenta, w porywach może kilku procent. A naszym krajem wciąż rządzić będą populiści, którzy w walce o dostęp do koryta utracili już wierność jakimkolwiek wyższym wartościom.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Flickr

 

 

Zwykle, gdy mowa o chemii ludzie uważają, że jest to przedmiot trudny, ścisły i dla niektórych „czarna magia”. Niewielu jednak wie, że wiele wybitnych chemików miało wprost nieziemski wkład w historię naszego kraju, a ich odkrycia rozsławiły imię Polski na świcie. Oto oni chemicy-patrioci.

 

Maria Skłodowska-Curie (1867-1934)

Pierwsza na świecie kobieta, która otrzymała tytuł profesora Sorbony i aktywnie angażowała się w działanie emancypantek, walcząc o prawa kobiet. Wraz ze swoim mężem Piotrem Curie prowadziła badania nad promieniotwórczością. Otrzymała dwie nagrody Nobla: w 1903 – z fizyki i w 1911 – z chemii. Badania, które prowadziła z mężem pozwoliły na odkrycie dwóch nowych pierwiastków: radu oraz polonu, który nazwę otrzymał od „Polski” oraz promieniotwórczości, która pomogła lekarzom podczas I wojny światowej w prześwietleniach i leczeniu rannych żołnierzy. Maria Skłodowska utrzymywała ciągły kontakt z Ojczyzną.

 

Jędrzej Śniadecki (1768-1838)

Polski chemik, lekarz i publicysta, częsty gość króla Stanisława Augusta Poniatowskiego na obiadach czwartkowych. Promotor higieny, dietetyki i wychowania fizycznego w Polsce. Autor pierwszego polskiego podręcznika chemii. To on wprowadził polską nazwę tego pierwiastka – „kwasoród” od łacińskiego „oxygenium, czyli rodzić kwas. Jego badania pozwoliły również na odkrycie rutenu.

Angażował się politycznie podczas schyłkowych lat I Rzeczpospolitej oraz później podczas epoki napoleońskiej. Nazwę „kwasoród” w latach 90. XIXw. polscy chemicy zastąpili słowem „tlen” od polskiego słowa „tlić”.

 

Ignacy Mościcki (1867-1946)

Naukowiec, chemik, działacz sanacyjny, trzeci i ostatni Prezydent II Rzeczpospolitej. Prowadził niezwykle ważne badania, które pozwoliły mu na opracowanie przemysłowej metody otrzymywania kwasu azotowego (V) z tlenków azotu z powietrza. HNO3 to ważny surowiec m.in. W produkcji dynamitu, przemyśle spożywczym oraz nawozowym. Po agresji Niemiec i ZSRR internowany w Rumuni osiadł na stałe w Szwajcarii. Autor wielu prac badawczych.  Z dorobku prezydenta korzystają dziś koncerny azotowe m.in. Zakłady Azotowe w Mościcach, obecnie Grupa Azoty. Jego odkrycie pozwoliło na uniezależnienie od dostaw kwasu azotowego z III Rzeszy.

 

Ignacy Łukasiewicz (1822-1882)

Polski chemik i lekarz, aktywny działacz polityczny. Prowadził badania nad ropą naftową, poddając jej próbki destylacji frakcjonowanej, dzięki czemu uzyskał jej ciekły destylat. Wielki konstruktor lampy, w której paliwem stała się odkryta ropa, Jego przełomowe odkrycie i wynalazek pozwoliło oświetlić wiele miejsc, a pierwsze lampy zawisły w jego szpitalu. Ojciec polskiego przemysłu naftowego. Aktywny działacz Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, wspierał Obozy Emigracji Polskiej, a także prowadził zbiórki pieniędzy dla rodzin powstańców styczniowych i listopadowych. Z jego odkryć korzystają koncerny naftowe w tym m.in. PKN Orlen.

 

Karol Olszewski (1846-1915)

Polski chemik i fizyk, profesor UJ. Prowadził badania nad destylacją składników powietrza. Wraz z Zygmuntem Wróblewskim w 1883 roku w wyniku destylacji skroplili tlen i azot z powietrza. Po śmierci wróblewskiego nadal kontynuował badania.

 

Wróblewski Zygmunt Florenty (1845-1888)

Polski fizyk i badacz, profesor UJ. Za udział w powstaniu styczniowym 1863-1864 został zesłany na Sybir. Po powrocie rozpoczął badania wspólnie z Karolem Olszewskim, dokonując przełomowego odkrycia. Przed śmiercią próbował skroplić również wodór.

 

Kazimierz Funk (1884-1967)

Biochemik, twórca nauki o witaminach. Wprowadził pojęcie „witaminy” od łacińskiego słowa „vita, vitae”, które oznacza „życie”. Jako pierwszy odkrył i wyodrębnił witaminę B1 z otrąb ryżowych. Zajmował się leczeniem chorych na awitaminozy, m.in. na pelagrę, krzywicę i szkorbut. Odkrył, że do prawidłowego funkcjonowania organizmu wymagane są odpowiednie ilości danych witamin. Dzięki wsparciu posłów Endecji wrócił do kraju, gdzie tworzył Państwowy Zakład Higieny w Warszawie, gdzie przeprowadzał badania nad ludzkimi hormonami m.in. nad insuliną.

 

 

Dominik Maj- działacz Młodej Endecji, student chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

 

 

Fot.: Flickr

 

 

Jeden z bardziej cenionych przeze mnie publicystów ukuł kiedyś bardzo ciekawe sformułowanie „porozumienia pod podziałami”. Idea jest prosta. Chodzi o to, że są pewne sprawy, w których mimo ogromnych podziałów jakie występują w naszym społeczeństwie, zgadza się ogromna większość ludzi. Z jakichś jednak powodów aktualny stan prawny w naszym państwie jest w tych kwestiach często niezgodny z wolą tej większości. Przykłady można mnożyć. Nie tak dawno chociażby głośno było o próbach umożliwienia czasowego wyrejestrowania nieużywanego pojazdu. Oczywiście sprawa póki co nie znalazła szczęśliwego finału.

 

Do innych przykładów można zaliczyć: uproszczenie systemu podatkowego, zmniejszenie biurokracji i likwidację wielu bezsensownych przepisów. Z jakichś przyczyn takie zmiany, choć pożądane są przez większość społeczeństwa, nie następują. Dlaczego? Moim zdaniem przyczyn jest kilka.

 

Po pierwsze alienacja i demoralizacja klasy politycznej. Niestety do polityki idą często osoby o, łagodnie mówiąc, niezbyt twardym kręgosłupie moralnym. Gdy obejmą władzę, szybko alienują się względem wyborców i przyjmują myślenie w stylu „no wiadomo, że fajnie by było coś ludziom uprościć, ale budżet się musi dopiąć, biurokraci wyżywić, itd.”.  Łatwo ulegają lobbingowi oraz naciskowi różnych, czasem niewielkich grup, których interesy są sprzeczne z interesem większości Polaków.

 

Po drugie niska świadomość polityczna samych wyborców. Ludzie, nie znając mechanizmów sprawowania władzy, łatwo dają sobie wmówić, że czegoś „się nie da zrobić”, lub zwyczajnie nie zastanawiają się nad tym jak wiele rzeczy w ich życiu można by uprościć, gdyby była tylko ku temu dobra wola polityków. Zamiast tego często dają się „kupić” pustymi obietnicami wyborczymi lub obietnicami tego, co będzie finansowane za jeszcze większe pieniądze z ich własnych kieszeni.

 

Po trzecie wreszcie, stan debaty politycznej, który w Polsce przyjął formę istnej walki plemiennej. Dwie największe polskie partie polityczne (wraz ze swoimi przybudówkami) zwarły się w bezsensownej wojnie, która uniemożliwia jakąkolwiek rzeczową debatę o naprawie naszego państwa. Obie te partie, wytworzyły w swoim elektoracie grupy fanatycznych wyznawców, które – mimo iż nie stanowią łącznie ani połowy społeczeństwa – skutecznie zawłaszczyły sobie główny dyskurs polskiej „debaty”. Nie liczą się w niej konstruktywne propozycje, tylko „kto komu mocniej przywali”.

 

I tym sposobem, mimo niemal powszechnej zgody w narodzie w pewnych kwestiach, przeprowadzanie często bardzo korzystnych uproszczeń w polskim prawie, staje się syzyfową pracą. I tu też jedno z ważnych zadań dla nas – endeków – jest właśnie takie, by ten stan rzeczy zmieniać.

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.:Pixabay

 

W wojnie, którą toczy islam z cywilizacją zachodnią zamachy terrorystyczne są akcjami dywersyjnymi, które odwracają uwagę od znacznie poważniejszego zagrożenia: systematycznego zasiedlania Europy przez muzułmanów. Zamachy tak absorbują uwagę nie tylko publiczności, ale też mediów, że proces zasiedlania odbywa się bez poważniejszych sprzeciwów. Islamskie ośrodki w krajach arabskich nie ukrywają, że ich celem jest podbój Europy. Osiedlanie się na naszym, kontynencie milionów muzułmanów ma doprowadzić do ustanowienia tu ich władzy oraz prawa szariatu. Europa ogłosiła wojnę z terroryzmem. W wojnie tej wróg został błędnie zdefiniowany. To nie terroryzm, ale arabski islam w wersji wahabickiej i salafickiej toczy wojnę z Europą. Terroryzm to tylko dywersja.

 

Serce wędruje z miasta do miasta

Zamach terrorystyczny jest spektaklem. Po każdym aktywizują się media. Świadkowie demonstrują emocje, a zaraz potem kto tylko zdoła się dopchać przed kamery lub na  łamy komentuje wydarzenie z wielkim zapałem. Publicyści, specjaliści od terroryzmu, polityczni propagandyści oraz politycy mają kolejną okazję lansowania się. Spece od terroryzmu powtarzają ze smakiem wciąż te same prawdy: celem terrorystów jest zastraszenie, a my się zastraszyć nie damy. Mistrzowie surwiwalu radzą jak się zachowywać podczas ataku: schować się, wycisnąć trochę krwi z leżących w pobliżu zwłok lub z rannego i usmarowawszy się nią udawać trupa. Telewizyjni mędrcy powtarzają zwyczajem mędrców swoje mądrości:  należy walczyć z terroryzmem, a nie z islamem bla bla bla bla, musimy przywyknąć do zamachów bla bla bla, należy oddzielić terrorystów od pokojowo nastawionych muzułmanów bla bla bla, wygramy wojnę z terroryzmem, jeżeli bla bla bla. Donald Tusk powtarza na Twitterze „Moje serce jest w (tu następuje nazwa miasta, w którym odbył się zamach)”. Ostatnio zdobył się na oryginalność i napisał „Cała Europa stoi razem z Barceloną”. Podobnie skonwencjonalizowane i równie oryginalne slogany wygłaszają europejscy politycy i wysocy urzędnicy z Brukseli. Im osobiście ten cały ten terroryzm nie zagraża, bo żyją w bezpiecznych enklawach otoczeni bandami ochroniarzy. Terroryści też dziwnie nie kwapią się do ataków na komisarzy czy ministrów. Przez dwa lub trzy dni media mają używanie, w czwartym dniu publiczność czuje się już znudzona, lans się kończy, media wracają do zwykłej codzienności opowiadając o zawodach sportowych, drogowych wypadkach, życiu uczuciowym i płciowym celebrytów, a co ambitniejszym o tym, co powiedział jeden polityk o drugim polityku, a drugi o trzecim…Aż do następnego zamachu.

 

A do Europy wciąż płyną muzułmanie

Tymczasem bez przerwy, dzień po dniu do Europy wlewają się muzułmanie. Młodzi mężczyźni bez dokumentów, bez wykształcenia i bez chęci do pracy. Nikt na to nie zwraca już uwagi, bo nie ma w tym napływie nic spektakularnego.  Jeszcze parę lat temu ich przybywanie na nasz kontynent było dramatyczne, bo płynęli przez Morze Śródziemne na tandetnych łódkach i pontonach, niekiedy tonących. Ich nieszczęście budziło współczucie. Publika witała ich z otwartymi ramionami, podobnie jak kanclerz Angela Merkel.

Od kiedy jednak arabscy przemytnicy ludzi podzielili się pieniędzmi z europejskimi organizacjami pozarządowymi, muzułmańscy przybysze podróżują wygodnie i bezpiecznie. Publiczność przestała się nimi interesować, politycy też, bo już nic na imigrantach ugrać się nie da.  Przybysze z afrykańskich i azjatyckich krajów muzułmańskich przedzierają się do Europy spontanicznie. Ale jest to spontaniczność organizowana i sterowana przez dwie sunnickie sekty: wahabitów i salafitów.  Wahabici – w krajach arabskich żyje ich około 20 milionów – wyznają proste zasady: obowiązkiem muzułmanina jest nawracanie odstępców, zabijanie niewiernych, szerzenie islamu oraz podporządkowywanie całego świata prawu szariatu. W Arabii Saudyjskiej wahabizm jest religią państwową, a w Katarze wyznawcy stanowią około 47 proc. mieszkańców. Podobne zasady wyznaje odłam muzułmanów zwących się salafitami. Jest ich około 50 milionów. Według ekspertów na uzbrojenie i szkolenie członków islamskich organizacji terrorystycznych oraz na propagandę wyjazdów muzułmanów do Europy wahabici i salafici wydali dotąd około 100 miliardów dolarów.  W meczetach Azji i Afryki mułłowie finansowani przez wahabitów z Arabii Saudyjskiej albo z Kataru, Kuwejtu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich namawiają młodych ludzi do wędrówki ku Europie, zapewniając, że każdemu przybyszowi niewierni dadzą mieszkanie, samochód i pieniądze na życie. Każdy też będzie mógł po osiedleniu się w Europie sprowadzić rodzinę. Rodzina, która tam obejmuje nie tylko bliskich, ale i dalekich krewnych, składa się więc na koszta i wysyła w podróż najbystrzejszego i najenergiczniejszego młodego człowieka, żeby dotarł do Europy, sprowadził krewnych i żeby potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

 

Ani domu nie dali, ani auta

W Europie okazuje się, że niewierni samochodów nie dają, zamiast mieszkań przydzielają łóżka w kilkuosobowych pokojach, a zasiłki – nawet w Niemczech – ledwo wystarczają na życie. Przybysze czują się oszukani. Nie przez mułłów ze swych wiosek oczywiście, bo mułłowie – jak wiadomo – mówią wyłącznie prawdę, ale przez niewiernych. Dodatkowo muzułmańscy osadnicy widzą wokół bogactwo: piękne domy, samochody, kobiety z obnażonymi włosami i nogami, restauracje i sklepy, na które ich nie stać. To pogłębia poczucie krzywdy, bo przecież to bogactwo należy się muzułmanom, a nie niewiernym. Kiedy rozgoryczeni idą do europejskiego meczetu, żeby poskarżyć się Allachowi na tak jawną niesprawiedliwość, europejscy mułłowie – też finansowani przez Arabię Saudyjską albo Katar, Kuwejt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie – mówią im, żeby czekali, bo już niebawem islam zwycięży, a wtedy muzułmanie zabiorą niewiernym domy i samochody, a ich kobiety uczynią niewolnicami. I tym właśnie – czekaniem na zwycięstwo islamu – zajmują się muzułmańscy przybysze. Chcą spokojnie i wygodnie żyć w Europie, jak twierdzi lewicowa propaganda. Ale są też przekonani – to lewicowa propaganda przemilcza – że spokojne i wygodne życie zapewni im tylko szariat. Wysłannicy muzułmańskich rodzin nie są żołnierzami w wojnie, którą islam toczy z zachodem. Są ofiarami tej wojny i zarazem bronią wycelowaną przez mułłów w Europę. Są świadomi swej roli w najeździe na Europę mniej więcej tak samo jak były świadome swojej roli słonie bojowe w armii Hannibala. Wahabicki plan podboju Europy polega na wykorzystaniu europejskiej demokracji: kiedy muzułmanów będzie wystarczająco wielu, opanują rządy i obejmą władzę. Z planu tego nie zdaje sobie sprawy przytłaczająca większość Europejczyków. Znakomicie go za to rozumieją lewicowi politycy, a oni właśnie rządzą Europą, poza Polską, Węgrami i Wielką Brytanią.

 

Wahabici, salafici i piąta kolumna

W wojnie islamu z Europą aktywną rolę pełni europejska piąta kolumna. Lewicowe partie rządzące krajami Europy i lewicowi politycy wspierają podbój, bo ich zdaniem muzułmańscy osadnicy przybliżają realizację socjalistycznej utopii: nowej Europy bez państw, religii, tradycji, kultury i tradycyjnie rozumianego prawa.

Przybyszów z krajów arabskich, z Afryki i z Azji lewicowi politycy i propagandyści nazywają uchodźcami, żeby z góry spacyfikować ewentualny opór przeciw ich przyjmowaniu. Opór jest zresztą niewielki, bo umysły europejczyków sparaliżowane są polityczna poprawnością. Zamachy terrorystyczne lewica wykorzystuje zgodnie z zamiarem ich organizatorów: do odwracania uwagi od najazdu. Inspirowane przez nią jałowe dyskusje o terroryzmie, demonstracje przeciw terrorystom, malowanie kredkami na chodnikach antyterrorystycznych kwiatków oraz tweety o wędrującym sercu – mają zająć i zajmują uwagę Europejczyków. A najważniejsze, że im bardziej Europejczycy boją się radykalnych islamistów, tym łatwiej pokochają pokojowo nastawionych muzułmanów z wdzięczności za to, że ci drudzy nie mordują, choć przecież mogliby. Ten społeczny wariant syndromu sztokholmskiego działa!

 

Kadrowe struktury islamu powstają też w Polsce. Rząd Rzeczpospolitej blokuje najazd muzułmanów argumentując, że wśród nich są zakamuflowani terroryści. To jednak nie zapewnia bezpieczeństwa Polsce i Polakom.  Wahabici nie zrezygnowali z podboju Rzeczypospolitej tylko dlatego, że aktualna władza zablokowała napływ osadników. Władza przecież w końcu się zmieni i osadnicy zaczną napływać. W naszym kraju poza oficjalnie budowanym meczetami, w domach albo mieszkaniach wykupywanych przez prywatne osoby powstają tajne muzułmańskie świątynie, w których nie tylko spotykają się muzułmanie, ale też trwa indoktrynacja Polaków. Według niektórych badaczy islamu w Polsce jest już tych meczetów prawie 600, ale liczba ta nie jest pewna.  Żadne wiarygodne statystyki nie podają liczby muzułmanów mieszkających w Polsce. Jeśli pominąć całkowicie zasymilowanych polskich Tatarów, żyje tu około 30 tysięcy napływowych muzułmanów. Nie można pominąć od 2 do 5 tysięcy Polek, które przeszły na islam pod wpływem arabskich mężczyzn, z którymi się formalnie lub nieformalnie związały. Znacznie mniej jest etnicznych polskich mężczyzn którzy stali się muzułmanami. Obecnie nie napływają wprawdzie masowo osadnicy, ale płyną wahabickie pieniądze. Część tych pieniędzy wypłacana jest jako żołd ludziom, którzy werbują kandydatów na muzułmanów, w tym Polakom, którzy przeszli na islam.  Mułłowie oficjalnie w Polsce działający głośno potępiają terroryzm, ale w ich meczetach zbierają się kadrowe organizacyjne struktury gotowe do wchłonięcia muzułmańskich osadników, kiedy zmieni się koniunktura polityczna i do władzy wróci lewica. Islamscy najeźdźcy ani na chwilę nie zrezygnowali z podboju Polski. Czekają cierpliwie, gotowi na masowy napływ muzułmańskich migrantów, a w rezultacie na objęcie władzy nad Polską.

 

Tekst pochodzi z 38. numeru kwartalnika „Myśl.pl”.

 

Wojciech Jankowskidziennikarz, wolny strzelec. W przeszłości związany z tygodnikiem NSZZ „Solidarność” „Odrodzenie”.  Przez niemal dekadę dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a po odejściu z jej redakcji współpracownik regionalnych dzienników i tygodników na Dolnym Śląsku oraz m.in. „Najwyższego Czasu” i „Opcji na Prawo”.

 

 

Fot.: Wikimedia Commons

 

Coraz bardziej zauważyć można manipulację słowem, czy to w prasie, telewizji czy w internecie. Manipulacja ta nie jest przypadkowa, ponieważ żyjemy w czasach, w których łatwo szufladkować ludzi po tym jak się ubierają, co jedzą, w co wierzą lub co mówią. W tym artykule chcę skupić się na tym ostatnim. Słowa często świadczą o człowieku, to co mówimy i jak mówimy mocno wpływa na postrzeganie nas wśród innych.  Słowo jest potężne, ma ogromną moc, ma duży wpływa na ludzkie życie i może zrobić wiele dobrego lub złego.

 

Wystarczy rzucić jakieś hasło czy tytuł, aby ludzie wyrobili sobie opinię bez przeczytania całości tekstu lub sprawdzenia jego prawdziwości. Zauważyłem, że wystarczy zrobić mema, w którym ktoś napisze nawet zmyślone słowa, doda zdjęcie rzekomo je wypowiadającego i ludzie w to wierzą, nawet patrioci, którzy powinni znać historię bohaterów nieraz łapią się na takiej manipulacji. To bardzo zła oznaka nieumiejętności segregowania wiedzy i sprawdzania jej prawdziwości, co pomaga manipulatorom w ich zadaniach.

 

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ chciałbym, aby ludzie, moi rodacy przestali wierzyć we wszystko co im się przedstawi i zaczęli analizować oraz sprawdzać, wtedy ludziom czy grupom chcącym sterować myśleniem będzie trudniej osiągnąć swój cel.
Telewizja ma ogromną moc ogłupiania ludzi, a jej możliwości do kłamstwa poprzez nie tylko tekst, ale przede wszystkim obraz są ogromne.  Jednak wszędzie, zarówno w prasie, radiu czy telewizji podstawą jest słowo.

 

Za przykład, nieprzypadkowy, podam FASZYZM. Ideologia ta jest jasno określona i aby o niej mówić/pisać trzeba wypełnić kilka czynników. Określenie to jest szczególnie modne, a także często używane, zwłaszcza w polskiej opinii publicznej.  Używa  go głównie lewa strona polityczna, wypaczając to słowo. Jest ono nasiąknięte negatywnymi skojarzeniami i słusznie, ale manipulacja polega na tym, że używa się go przy byle okazji w każdym momencie, gdzie poglądy nie zgadzają się z lewicowym schematem. Tak samo wypaczono pojęcie nacjonalizmu[1] , które według  „elit” znaczy tyle samo co faszyzm, co oczywiście jest bzdurą.

 

Przejdę tu do konkretnych przykładów myśli nacjonalistycznej. Otóż, nacjonalizm w swoim założeniu  nie jest zły. Nadkłada interes narodu nad inne, ale to jest rzeczą od wieków normalną. Każdy dba o swoją społeczność; grupę, rodzinę etc. i chce by mieli jak najlepiej. Nacjonalizm to nic innego jak troska o „swoich”. Przykładem niech będzie DOM, każdy ma swój, ma swoją rodzinę i dla nikogo nie jest dziwne, że każdy z domowników chce dla drugiego jak najlepiej. Wspiera swoją rodzinę, robi wszystko by osiągała sukcesy, dba o jej finanse, dba o zdrowie i bezpieczeństwo, dba o zasady, które w danym domu obowiązują. Tak samo Polska jest takim domem, w którym każdy Polak dba by ten dom był wewnętrznie i zewnętrznie bezpieczny.

 

Jeżeli ktoś atakuje nasz dom to go bronimy i nie ma w  tym nic dziwnego, tak samo jest z Polską. Jeśli nasi współdomownicy mogą osiągnąć sukces wśród sąsiadów to także ich wspieramy.

 

Wyobraźmy sobie, że zapraszamy gości do naszego domu, każdy  nas chce by byli zadowoleni i czuli się dobrze, ale chcemy by szanowali zasady panujące w naszym domu. Kultura wymaga by tak czynić, jesteśmy u kogoś to dostosowujemy się do gospodarza i szanujemy zasady jakie panują np. ściągamy buty, wyrażamy się kulturalnie, nie wchodzimy i nie otwieramy szafek, nie krzyczymy, nie próbujemy wprowadzić swoich zasad. Tak samo jest z Polską, my Polacy słyniemy z gościnności, ale chcemy aby goście w naszym kraju szanowali  zasady tu panujące: religię, kulturę, historię, prawo.

 

Oczywiście musimy w innych krajach robić to samo (a z tym też różnie bywa).
Dlatego hasło Marszu Niepodległości  z 2015 roku o treści : „Polska dla Polaków. Polacy dla Polski ” nie jest hasłem faszystowskim, a nacjonalistycznym w dobrym tego słowa znaczeniu. Jesteśmy gospodarzami w swoim kraju i jedyne na co liczymy to na dostosowanie się do naszych zasad, tak jak my powinniśmy dostosować się będąc u kogoś. Nikt tutaj nie atakuje cudzoziemców dopóki szanują nasze zasady. Mówić o tym głośno to wcale, wbrew opinii niektórych mediów, nie faszyzm, to zdrowy, polski nacjonalizm.

 

Wszystkie skrajne odłamy nacjonalizmu są w Polsce ZAKAZANE i słusznie. Nazizm spowodował wiele zła i każda próba jego manifestacji musi być gaszona w zarodku, w tym również banderyzm, który przecież, również jest nacjonalizmem, ale tym skrajnym szownistycznym, przez który doszło do ludobójstwa naszych rodaków na Wołyniu i nie tylko. Dlatego nie dajcie się nabrać na hasła o faszystowskiej Polsce, bo Polska pierwsza walczyła z nazizmem i faszyzmem oraz stała się ich ofiarą. Pamiętajcie, że znak Polski Walczącej to nie znak faszystowski, a znak sprzeciwu wobec nazizmu!! Prawdziwy polski patriota nigdy nie będzie faszystą, nazistą ani komunistą.

 

„Polska dla Polaków” to przypomnienie, że jesteśmy narodem mającym swój kraj, swoją tradycję, kulturę, naukę, religię, swoje prawo, jak również zasady i chcemy by każdy je szanował, wtedy my będziemy szanować każdego. Endecja wychodzi naprzeciw i ukazuje prawdziwe oblicze polskiego nacjonalizmu, stwierdza za Romanem Dmowskim, że Polakiem może być każdy kto w sposób rzeczywisty dba o interes polskiego narodu, kto dba o Polskę bez względu na kolor skóry. Ten obraz jest dla lewicy prawdziwym problemem bo zaburza ich narrację o „faszyźmie” w Polsce.

 

Emil Osławski- członek krakowskiej Młodej Endecji, absolwent Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.

 

[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Nacjonalizm

 

Fot.: Wikimedia Commons

Od ponad 20 lat konsekwentnie maleją zdolności wytwórcze w polskim systemie elektroenergetycznym. Kolejne ekipy rządzące nie podjęły się przeprowadzenia niezbędnych inwestycji odtworzeniowych. W sierpniu 2015 roku krajowa podaż energii elektrycznej (razem z importem) była niewystarczająca do pokrycia popytu. Odbiorcom przemysłowym ograniczono dostawy energii elektrycznej wprowadzając stopnie zasilania.

 

W kolejnych latach nadal należy spodziewać się deficytu mocy produkcyjnych w sektorze elektroenergetycznym. Według szacunków przytoczonych przez Najwyższą Izbę Kontroli, wartość strat społecznych spowodowanych brakiem wystarczających dostaw energii w latach 2020-2030 może wynieść 70 mld złotych [NIK 2015].

Nieprzerwane dostawy energii ważne są nie tylko w celu zapewnienia komfortu odbiorcom, ale przede wszystkim z punktu widzenia konkurencyjności polskiej gospodarki.

Polityka energetyczna Unii Europejskiej (w szczególności pakiet klimatyczno-energetyczny) nakłada na państwa członkowskie obowiązek redukcji emisji dwutlenku węgla (co w praktyce oznaczałoby likwidację elektrowni konwencjonalnych) oraz pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych.

W debacie publicznej wiodąca jest opinia, iż odnawialne źródła energii (OZE) z powodzeniem mogą zastąpić te konwencjonalne. Jednak doświadczenia Niemiec, które forsują rozwój OZE, wskazują, iż źródła te są niestabilne (ich podaż jest zależna od warunków pogodowych) i wymagają bilansowania źródłami konwencjonalnymi.

Analiza procesu integracji OZE w Niemczech powinna ułatwić odpowiedź na pytanie, czy i w jaki sposób rozwijać OZE w naszym kraju.

 

Zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego Polski

Jednym z głównych wyzwań, jakim Polska musi stawić czoła w najbliższym czasie, jest zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego kraju. Ustawa Prawo energetyczne [Ustawa z 10 kwietnia 1997] definiuje bezpieczeństwo energetyczne jako „stan gospodarki umożliwiający pokrycie bieżącego i perspektywicznego zapotrzebowania odbiorców na paliwa i energię w sposób technicznie i ekonomicznie uzasadniony, przy zachowaniu wymagań ochrony środowiska”. Istotnym jego elementem jest „równoważenie dostaw energii elektrycznej z zapotrzebowaniem na tę energię”. Dlatego w celu zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego niezbędne jest planowanie krajowych zasobów wytwórczych w taki sposób, aby były one w stanie pokryć krajowy popyt na energię elektryczną (do jego pokrycia częściowo może przyczynić się także import). Oznacza to konieczność regularnego sporządzania prognoz krajowego popytu na energię elektryczną oraz dostępnych zasobów po stronie podażowej. Zużyte i wycofywane jednostki wytwórcze powinny być na czas zastępowane nowymi źródłami energii.

Przeprowadzane w ostatnich latach analizy dotyczące równoważenia produkcji energii elektrycznej i jej zapotrzebowania, konsekwentnie wykazywały co najmniej ryzyko zagrożenia bezpieczeństwa jej dostaw, lub nawet wyraźną lukę między popytem a podażą w przyszłości. Analizy przeprowadzane były m.in. przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne S.A., Ministerstwo Gospodarki, Urząd Regulacji Energetyki, Najwyższą Izbę Kontroli.

W sprawozdaniu opracowanym przez Ministerstwo Gospodarki (właściwe do spraw energii przed powołaniem Ministerstwa Energii) zawarta jest analiza możliwości pokrycia krajowego zapotrzebowania na moc szczytową w horyzoncie czasowym do 2030 roku [Ministerstwo Gospodarki 2013]. Analiza wykazała duże ryzyko wystąpienia niedoboru mocy wytwórczych w latach 2015-2018. Według informacji ze sprawozdania, dostępność mocy po stronie podażowej wróci do bezpiecznego poziomu dopiero od 2019 roku w wyniku uruchomienia nowych bloków energetycznych. W sprawozdaniu wymieniono szereg działań zaradczych, które powinny tymczasowo przyczynić się do poprawy bilansu mocy w systemie elektroenergetycznym. Są to: redukcja zapotrzebowania odbiorców na polecenie Operatora Systemu Przesyłowego (OSP), operatorski import energii, optymalizacja terminów remontów istniejących bloków energetycznych, dalsze zwiększenie interwencyjnej rezerwy zimnej. Biorąc pod uwagę możliwy potencjał powyższych środków zaradczych oraz oczekiwaną lukę między podażą a popytem, autorzy sprawozdania ocenili ryzyko wystąpienia niedoborów mocy po wdrożeniu wymienionych działań jako nadal realne.

Raport z kontroli NIK „Zapewnienie mocy wytwórczych w elektroenergetyce konwencjonalnej” [NIK 2015] także identyfikuje problem kurczących się zasobów wytwórczych oraz sygnalizuje ryzyko wystąpienia deficytu mocy w szczytach zapotrzebowania w latach 2015-2018. Przesłanką do podjęcia kontroli były „sygnały o rezygnacji z budowy nowych, konwencjonalnych źródeł mocy przez przedsiębiorstwa wytwarzające energię elektryczną”. Uwadze kontrolerów nie uszedł fakt, że w latach 2010-2014 przedsiębiorstwa energetyczne zrezygnowały z budowy 10 nowych jednostek wytwórczych, jako przyczynę swej decyzji podając zbyt duże ryzyko regulacyjne i cenowe.

Niestety, zgodnie z obawami przedstawionymi w raporcie NIK, niedobory po stronie podaży wystąpiły jeszcze tym samym roku, w którym został on sporządzony. W sierpniu 2015 roku polski system elektroenergetyczny znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, której konsekwencją były ograniczenia dostaw energii elektrycznej dla odbiorców przemysłowych na obszarze całego kraju. Utrzymujące się przez wiele dni wysokie temperatury spowodowały wzrost popytu na energię elektryczną w kraju (włączenie klimatyzacji w budynkach). Jednocześnie, w wyniku fali upałów wystąpiły znaczne ubytki mocy wytwórczych spowodowane pogorszeniem warunków chłodzenia bloków energetycznych (niski poziom wód w rzekach). W obliczu zaistniałej sytuacji OSP zmuszony był sięgnąć po ostateczny środek zaradczy, jakim jest wezwanie odbiorców do ograniczenia poboru energii. Takie prawo przysługuje operatorowi na podstawie art. 11c ust. 2 pkt 2 ustawy Prawo energetyczne. OSP wprowadził ograniczenia 10 sierpnia, a ponieważ warunki pracy systemu elektroenergetycznego nie poprawiały się, ograniczenia zostały przedłużone do 31 sierpnia 2015 roku [Rozporządzenie Rady Ministrów z 11 sierpnia 2015].

Znaczący jest fakt, iż istniejące wówczas elektrownie wiatrowe nie przyczyniły się do poprawy warunków pracy systemu elektroenergetycznego. Pomimo zainstalowanej w owym czasie mocy farm wiatrowych około 5 GW, ich faktyczna produkcja była bliska zeru z powodu braku wiatru. Sytuacja ta unaoczniła wady odnawialnych, niesterowalnych źródeł, które produkują energię niekoniecznie wtedy, gdy jest na nią zapotrzebowanie.

 

Jak to robią Niemcy?

Źródłem wielu doświadczeń w kwestii integracji odnawialnych źródeł energii są Niemcy. Kraj ten, przeprowadzając transformację energetyczną powszechnie określaną jako „Energiewende”, zamierza wyeliminować elektrownie konwencjonalne z miksu energetycznego i zastąpić je źródłami odnawialnymi. Polityka energetyczna Niemiec zakłada osiągnięcie 80% udziału energii odnawialnej w krajowej konsumpcji energii elektrycznej w 2050 roku [BMWi 2010]. Według Niemieckiego Stowarzyszenia Energetyki i Gospodarki Wodnej (BDEW) udział ten wyniósł 31,5% w 2015 roku [BDEW 2016a].

Często popełnianym błędem przy ocenie powodzenia procesu transformacji energetycznej, jest uwzględnienie jedynie osiągniętego udziału OZE. Nie wolno bowiem zapominać m.in. o poniesionych kosztach, problemach, oraz licznych barierach integracji odnawialnych źródeł (np. technicznych, społecznych). Dopiero wnikliwa analliza może ukazać całościową charakterystykę OZE i pomóc w procesie planowania i rozwoju systemu elektroenergetycznego.

Znaczną część środków przeznaczanych na rozwój OZE w Niemczech stanowią subwencje wypłacane ich właścicielom (bez subwencji projekty byłyby nieopłacalne). Do każdej MWh wytworzonej przez odnawialne źródła w 2015 roku dopłacono kwotę 132 euro (jest to wartość średnia, stawki różnią się w zależności od technologii np. 267 euro/MWh dla źródeł fotowoltaicznych, 49 euro/MWh dla elektrowni wodnych) [BDEW 2016c], podczas gdy cena energii elektrycznej na konkurencyjnym rynku wyniosła w tym samym roku niecałe 31 euro/MWh [BDEW 2016b]. Suma wsparcia wypłaconego OZE w 2015 roku to prawie 22 mld euro, a prognozy na kolejne lata wykazują trend wzrostowy [BMWi 2016].

Integracja odnawialnych źródeł energii wymaga także wzmocnienia i rozbudowy sieci elektroenergetycznej. Inwestycje w latach 2008 – 2016 to ponad 10 mld euro na niemiecką sieć przesyłową i ponad 27 mld euro na sieć dystrybucyjną [Bundesnetzagentur 2016b].

Niestety nawet po przeprowadzeniu tak ogromnych inwestycji, niemiecka sieć elektroenergetyczna nadal nie jest w stanie przyjąć całości energii z odnawialnych źródeł. Problem stanowi niestabilność ich podaży, która jest podyktowana warunkami pogodowymi i nie jest dopasowana do krzywej krajowego popytu na energię. Zdarzają się okresy tak dużej generacji energii odnawialnej, że sieć nie jest w stanie jej odebrać i przetransportować do odbiorców. W 2015 roku podaż odnawialnych źródeł energii została zredukowana na polecenie operatorów sieci o 4,7 TWh (z czego 4,1 TWh to farmy wiatrowe), a za niewytworzoną energię wypłacono wytwórcom odszkodowania w wysokości prawie 315 mln euro [Bundesnetzagentur 2016b]. Bywają także okresy, w których źródła odnawialne prawie wcale nie produkują (brak wiatru i promieniowania słonecznego).

Niestabilność odnawialnych źródeł energii jest obecnie największą barierą ich rozwoju. Pomimo że w ostatnich latach intensywnie rozwijają się technologie magazynowania energii, są to urządzenia pozwalające jedynie na magazynowanie małych ilości energii na krótki okres czasu. Biorąc pod uwagę dzisiejszy stan ich zaawansowania technicznego, w dającej się przewidzieć przyszłości nie należy liczyć na pojawienie się urządzeń mogących zmagazynować wolumen energii wystarczający na pokrycie popytu całego kraju przez okres kilku tygodni (w historii występowały kilkutygodniowe okresy bezwietrznej pogody i jednocześnie słabego nasłonecznienia).

Wbrew powszechniej opinii, że transformacja energetyczna w Niemczech polega na zastępowaniu źródeł konwencjonalnych źródłami odnawialnymi, te ostatnie mają charakter jedynie źródeł dodatkowych. W 2015 roku w niemieckim systemie elektroenergetycznym zainstalowane były elektrownie konwencjonalne o mocy 107 GW oraz źródła odnawialne o mocy 98 GW. Biorąc pod uwagę maksymalne krajowe zapotrzebowanie na moc na poziomie 84 GW należy stwierdzić, że niemiecki system elektroenergetyczny jest dwukrotnie przewymiarowany. Zainstalowano w nim dodatkowo źródła odnawialne, nie likwidując konwencjonalnych. Taka konfiguracja sektora wytwórczego pozwala na zmniejszenie podaży elektrowni konwencjonalnych w okresach wysokiej produkcji źródeł odnawialnych. Natomiast w okresach znikomej generacji źródeł odnawialnych, popyt na energię pokrywany jest przez elektrownie konwencjonalne.

Analizując plany rozwoju niemieckiego systemu elektroenergetycznego do roku 2030, należy zwrócić uwagę na przyszłą konfigurację jego zasobów wytwórczych. Moc zainstalowana elektrowni konwencjonalnych w 2030 roku ma wynosić między 75 GW a 81 GW[1] w zależności od przyjętego scenariusza [Bundesnetzagentur 2016a]. Jest to ilość nadal pozwalająca na pokrycie krajowego popytu, przy ewentualnym wsparciu niewielkim importem w dniach o największym zapotrzebowaniu.

Z powyższych faktów nasuwa się wniosek, że niestabilne źródła odnawialne nie stanowią kompleksowego rozwiązania i nie są w stanie w pełni przejąć roli i zastąpić elektrowni konwencjonalnych. Pozwalają jednak na ograniczenie czasu pracy elektrowni konwencjonalnych i dzięki temu na oszczędność zużywanych paliw (węgiel, gaz) oraz zmniejszenie emisji szkodliwych gazów zawartych w spalinach. Niemniej jednak wystarczająca ilość elektrowni konwencjonalnych zapewniających stabilizację systemu elektroenergetycznego jest warunkiem koniecznym integracji źródeł odnawialnych.

 

Wnioski dla Polski

Planując przedsięwzięcia inwestycyjne w sektorze energetycznym nie należy kierować się paradygmatami bogatych krajów Europy Zachodniej, których wizja polityki energetycznej sprowadza się do walki z globalnym ociepleniem, do nadmiernego promowania odnawialnych źródeł energii, czy niskoemisyjności. Polska polityka energetyczna powinna reagować na problemy i wyzwania, przed którymi stoi nasz kraj.

Deficyty energii, takie jak w sierpniu 2015, sprawiają, że Polska może być postrzegana przez inwestorów jako miejsce nieatrakcyjne do prowadzenia działalności gospodarczej. Najważniejsze jest więc zapewnienie niezawodnych dostaw energii elektrycznej dla polskiej gospodarki. Cel ten mogą zrealizować jedynie stabilne bloki energetyczne, które jednocześnie muszą spełniać restrykcyjne normy środowiskowe. Budowa tego typu nowoczesnych bloków właśnie trwa w kilku lokalizacjach w Polsce, jednak ich ilość jest niewystarczająca (moc zużytych, przeznaczonych do likwidacji w najbliższych latach urządzeń jest większa niż aktualnie budowanych).

Jak pokazuje doświadczenie Niemiec, bez wystarczającej ilości źródeł konwencjonalnych, OZE nie byłyby w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwa dostaw energii krajowi. Dlatego w sytuacji deficytu mocy konwencjonalnych w Polsce, nie byłoby rozsądnym działaniem skierowanie dużych środków finansowych na rozwój źródeł odnawialnych. W debacie publicznej zbyt rzadko zauważany jest fakt, że moc zainstalowana źródeł odnawialnych w polskim systemie elektroenergetcznym od lat systematycznie rośnie. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki w roku 2016 osiągnęła ponad 8,2 GW (stan na 30.06.2016) [URE 2016], co w zestawieniu z maksymalnym w historii krajowym popytem 26,2 GW (odnotowanym 9 stycznia 2017) [PSE 2017] jest już znaczącą wartością. Pod koniec grudnia 2016 generacja farm wiatrowych w Polsce była tak duża, że Operator Systemu Przesyłowego musiał podjąć środki zaradcze polegające na redukcji o kilaset megawatów podaży elektrociepłowni [Chojnakcki 2017]. W przypadku kontynuacji rozbudowy niesterowalnych źródeł odnawialnych, z pewnością konieczne będzie ich wyłączanie w okresach nadpodaży i wypłacanie odszkodowań (tak jak to już się dzieje w Niemczech). Dlatego priorytetem powinny być źródła odnawialne oparte o biogaz i biomasę. Źródła te należą bowiem, w przeciwieństwie do farm wiatrowym i paneli fotowoltaicznych, do grupy tzw. źródeł sterowalnych. Ich podaż jest stabilna i niezależna od warunków atmosferycznych.

Oprócz dostępności energii, nie bez znaczenia jest również jej cena. To szczególnie ważny parametr w przypadku polskiej gospodarki, która należy do najbardziej energochłonnych w Unii Europejskiej. Z tego powodu jej konkurencyjność jest mocno uzależniona od ceny energii. Dlatego nieroztropna integracja odnawialnych źródeł energii doprowadzi do wzrostu ceny energii i w konsekwencji do pogorszenia konkurencyjności naszej gospodarki.

Przykładem kolejnego problemu, który wymaga pilnej interwencji, jest jakość powietrza w Polsce. Szczególnie uciążliwe jest zjawisko smogu. Jego źródłem jest tzw. niska emisja, czyli pochodząca z emiterów znajdujących się na wysokości poniżej 40 metrów. Rozsądnym działaniem byłoby skierowanie środków finansowych np. na dotowanie domowych pieców, które są mniej uciążliwe dla środowiska niż stosowane obecnie. Także modernizacja lokalnych ciepłowni, a najlepiej przekształcenie tych obiektów w elektrociepłownie z pewnością przyczyniłoby się do poprawy jakości powietrza. Także w dziedzinie transportu ukryty jest ogromny potencjał i możliwości polepszenia jakości powietrza. Pożądane działania to: rozwój elektromobilności i publicznego transportu zbiorowego oraz ograniczenie importu wyeksploatowanych samochodów z Europy Zachodniej.

Problem zanieczyszczenia powietrza w Polsce jest jednym z wielu przykładów, który pokazuje, że Unia Europejska wprowadzając pakiet klimatyczno-energetyczny nie do końca rozumie problemy państw członkowskich. Pomimo że różne kraje borykają się z różnymi problemami, to wszyscy muszą wdrożyć to samo rozwiązanie: zredukować emisję dwutlenku węgla, instalować odnawialne źródła energii. Podczas gdy smog jest przyczyną wielu chorób a nawet przedwczesnych zgonów, Polska zmuszana jest do zaangażowania się do walki z globalnym ociepleniem.

Również źródła odnawialne nie do końca są odpowiedzią na nasze problemy. Dane z Niemiec wskazują, że panele fotowoltaiczne efektywnie wytwarzają energię elektryczną zaledwie 1000 godzin w roku (czyli 11% czasu w roku). Dlatego lepszą użyteczność i większą korzyść dla środowiska naturalnego osiągniemy przeznaczając środki finansowe bezpośrednio na działania poprawiające jakość powietrza.

 

Wnioski

Prawodawstwo Unii Europejskiej nakazuje zwiększanie udziału odnawialnych źródeł energii nie zbadawszy, jakie są techniczne możliwości takiego przedsięwzięcia. Przyjęto założenie, że źródła odnawialne mogą zastąpić konwencjonalne pod względem wszystkich pełnionych przez nie funkcji. Jednak doświadczenia Niemiec rzucają nowe światło na to zagadnienie. Okazało się bowiem, że odnawialne źródła energii wymagają bilansowania ze strony źródeł konwencjonalnych. Pomimo że przyczyniają sie do ograniczenia zużycia paliw kopalnych, to nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa energetycznego poszczególnych krajów. Dlatego zidentyfikowany w Polsce deficyt mocy po stronie podażowej powinien być jak najszybciej uzupełniony nowoczesnymi źródłami konwencjonalnymi. Zastąpienie wyeksploatowanych elektrowni nowymi, spełniającymi nawet restrykcyjne normy środowiskowe UE, będzie miało pozytywny wpływ na środowisko naturalne. Zapewni także bezpieczeństwo energetyczne kraju.

Aby nie powtórzyć popełnionych w Niemczech błędów, należy najpierw inwestować we wzmocnienie sieci energetycznej, a dopiero potem instalować OZE w miejscach, gdzie sieć się do tego nadaje. Takie działanie pozwoli na uniknięcie wypłat odszkodowań za nieprzyjętą do sieci energię.

Polska powinna skupić się na realizacj własnych celów w dziedzinie energetyki, pomimo że nie zawsze są one zgodne z celami UE. Nasze położenie geograficzne i związane z nim mroźne zimy sprawiają, że większą użyteczność mają inwestycje w sektorze ciepłowniczym niż forsowany przez UE rozwój źródeł odnawialnych. Także problem zanieczyszczenia powietrza w Polsce może być rozwiązany poprzez doraźne działania, na króre zabrankie nam środków finansowych, jeżeli zgodnie z zaleceniami bogatych europejskich krajów skierujemy je na rozwój odnawialnych źródeł energii.

 

Tekst pochodzi z 38. numeru kwartalnika „Myśl.pl”.

 

 

Piotr Grądzik- absolwent Politechniki Warszawskiej, specjalista z zakresu sterowania systemami elektroenergetycznymi i  odnawialnych źródeł energii. Doktorant Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Członek Rady Programowej stowarzyszenia Endecja.

 

 

[1] Spadek mocy zainstalowanej ze 107 GW w 2015 roku do 81 GW w 2030 roku zawiera 11 GW mocy elektrowni atomowych, których likwidacja nastąpi w wyniku decyzji niemieckiego rządu podjętej w 2011 roku.

 

Literatura:

BDEW, 2016, Beitrag und Ziele der Erneuerbaren Energien: Anteil des Stroms aus regenerativen Energiequellen.

https://www.bdew.de/internet.nsf/id/3B56E4ECEB91FAF1C12579F4004A3D96/$file/EE-Anteil%20an%20Brutto-Inlandsstromverbrauch%20Entwicklung%201996_2050_EKonzept_KoA2013_o_online_jaehrlich_Ki_24102016.pdf [dostęp: 28.02.2016]

BDEW, 2016, BDEW-Strompreisanalyse Mai 2016, Berlin. https://www.bdew.de/internet.nsf/res/886756C1635C3399C1257FC500326489/$file/160524_BDEW_Strompreisanalyse_Mai2016.pdf [dostęp: 28.02.2016]

BDEW, 2016, Erneuerbare Energien und das EEG: Zahlen, Fakten, Grafiken (2016), Berlin. https://www.bdew.de/internet.nsf/res/FDFDE1F303A781EBC1257F61005AA43C/$file/160218_Foliensatz%20Energie-Info_Erneuerbare%20Energien%20und%20das%20EEG_2016_final.pdf [dostęp: 28.02.2016]

BMWi, 2010, Energiekonzept für eine umweltschonende, zuverlässige und bezahlbare Energieversorgung 28. September 2010, https://www.bmwi.de/Redaktion/DE/Downloads/E/energiekonzept-2010.pdf;jsessionid=215C751A6AB711EC56A7304708A31D95?__blob=publicationFile&v=3 [dostęp: 28.02.2016]

BMWi, 2016, EEG in Zahlen: Vergütungen, Differenzkosten und EEG-Umlage 2000 bis 2017, https://www.erneuerbare-energien.de/EE/Redaktion/DE/Downloads/eeg-in-zahlen-xls.xlsx?__blob=publicationFile&v=8 [dostęp: 28.02.2016]

Bundesnetzagentur, 2016, Genehmigung des Szenariorahmens für die Netzentwicklungspläne Strom 2017-2030, Bonn, http://data.netzausbau.de/2030/Szenariorahmen_2030_Genehmigung.pdf [dostęp: 28.02.2016]

Bundesnetzagentur, 2016, Monitoringbericht 2016, Bonn, https://www.bundesnetzagentur.de/SharedDocs/Downloads/DE/Sachgebiete/Energie/Unternehmen_Institutionen/DatenaustauschUndMonitoring/Monitoring/Monitoringbericht2016.pdf?__blob=publicationFile&v=2 [dostęp: 28.02.2016]

Chojnacki, I., 2017, Rekord generacji wiatrowej. Co to oznaczało dla KSE?, Wirtualny Nowy Przemysł, 05.01.2017, http://energetyka.wnp.pl/rekord-generacji-wiatrowej-co-to-oznaczalo-dla-kse,289234_1_0_0.html [dostęp: 28.02.2016]

Ministerstwo Gospodarki, 2013, Sprawozdanie z wyników monitorowania bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej za okres od dnia 1 stycznia 2011 r. do dnia 31 grudnia 2012 r., http://bip.me.gov.pl/files/upload/26187/PL_MG_DE_sprawozdanie_2011_2012_20130731_SKAN_w_ost_20160713.pdf [dostęp: 28.02.2016]

Najwyższa Izba Kontroli, 2014, Informacja o wynikach kontroli: Funkcjonowanie i bezpieczeństwo elektroenergetycznych sieci przesyłowych, https://www.nik.gov.pl/plik/id,6632,vp,8426.pdf [dostęp: 28.02.2016]

Najwyższa Izba Kontroli, 2015, Informacja o wynikach kontroli: Zapewnienie mocy wytwórczych w elektroenergetyce konwencjonalnej, https://www.nik.gov.pl/plik/id,8459,vp,10547.pdf [dostęp: 28.02.2016]

Urząd Regulacji Energetyki, 2016, Potencjał krajowy OZE w liczbach, Moc zainstalowana (MW), https://www.ure.gov.pl/pl/rynki-energii/energia-elektryczna/odnawialne-zrodla-ener/potencjal-krajowy-oze/5753,Moc-zainstalowana-MW.html [dostęp: 28.02.2016]

Ustawa z dnia 10 kwietnia 1997 r. Prawo energetyczne, Dz.U. 1997 Nr 54 poz. 348

Polskie Sieci Elektroenergetzcyne S.A., 2017, Rekordowe zapotrzebowanie Krajowego Systemu Elektroenergetycznego na moc!, http://www.pse.pl/index.php?dzid=14&did=3250 [dostęp: 28.02.2016]

Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 11 sierpnia 2015 r. w sprawie wprowadzenia ograniczeń w dostarczaniu i poborze energii elektrycznej, Dz.U. 2015 poz 1136

 

Fot.: Pixabay