Nie ukrywam, że partia założona przez Ryszarda Petru, a obecnie kierowana przez Katarzynę Lubnauer nigdy nie budziła mojej sympatii. Jednak jej obecny rozkład jest dla mnie wspaniałą wiadomością nie tylko z tego powodu. Oznacza on bowiem fiasko pewnej koncepcji, jaka zrodziła się w 2015 roku w środowiskach bliskich, umownie mówiąc, „michnikowszczyznie”.

 

Gdy bowiem w 2015 roku Platforma Obywatelska traciła poparcie i widmo porażki z Prawem i Sprawiedliwością w jesiennych wyborach coraz silniej zaglądało w oczy działaczom partii Ewy Kopacz, w środowiskach im sojuszniczych pojawił się następujący koncept. Otóż należało stworzyć nową partię, oficjalnie niezależną od Platformy Obywatelskiej, ale o podobnym programie, która przyciągnie uciekający elektorat wizją lepszej jakości rządzenia. Stwierdzono, poniekąd słusznie, że osoby, które przestały popierać dotychczasową władzę nie tyle zapałały miłością do partii Jarosława Kaczyńskiego, co po prostu straciły zaufanie do włodarzy Platformy. Nowoczesna miała więc przechwycić ten odpływający elektorat i zmobilizować ludzi, którzy odwracali się od PO na skutek jej demoralizacji, do pójścia raz jeszcze na wybory i zagłosowania przeciwko PiS. Na ile ten pomysł wypalił w 2015 roku – nie wiem. Możliwe, że nawet w jakimś stopniu odniósł sukces. Niestety (a właściwie na szczęście) to, co potem wyrabiali politycy Nowoczesnej, z jej charyzmatycznym inaczej liderem, szybko zniweczyło szanse tej partii na powtórzenie choćby względnie dobrego wyniku wyborczego.

 

Obecnie Nowoczesna jest w rozsypce. Sondaże wskazują, że startując samodzielnie, nie miałaby szans na wejście do Sejmu. Jej posłowie dezerterują do PO, która na powrót staje się niekwestionowanym liderem liberalno-lewicowego anty-PiSu. Wszystko wskazuje na to, że na żaden sukces nie może liczyć również najnowsza partia byłego lidera Nowoczesnej – Teraz!

 

Ta sytuacja budzi moją nadzieję, że wyborcy ugrupowań, które weszły ostatnio w skład Koalicji Obywatelskiej, zrozumieli, że wszelkie nowe partie, próbujące udawać lepszą PO, są w istocie wydmuszkami, stworzonymi tylko po to, by przechwycić uciekający elektorat tego ugrupowania. Jest to sytuacja bardzo pozytywna, dlatego, że dowodzi słynnego twierdzenia Abrahama Lincolna, że „można oszukiwać wszystkich ludzi przez pewien czas, a część ludzi przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas”. A więc wszelkie wpadki, kompromitacje i grzeszki Platformy idą, mam nadzieję, już na konto całej „totalnej opozycji”. I żadne utworzenie nowej partii nie zwiększy już sumarycznego poparcia dla faworytów redakcji z ulicy Czerskiej.

Liczę, że zmiana ta jest trwała, i żadne „polityczne projekty”, jakie być może zostaną przez „totalnych” odpalone przed przyszłorocznymi wyborami nie przyciągną im zauważalnej ilości nowych wyborców. A ponadto mam nadzieję, że żadne potencjalne nowe partie lewicowo-liberalne, czy to Roberta Biedronia, czy to Władysława Frasyniuka, nie odbiorą Platformie Obywatelskiej palmy pierwszeństwa w szeregach „totalnej opozycji”. Lepszy bowiem wróg znany, niż nieznany.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Wikimedia Commons

 

Przy okazji ostatniego Marszu Niepodległości, odbywającego się w stulecie odzyskania przez Polskę, po 123 latach niewoli, wolności, pojawiły się gdzieniegdzie głosy, że powinien być to „marsz wszystkich Polaków”. Śmiem jednakowoż twierdzić, że Marsz Niepodległości nigdy nie był i nie będzie dla wszystkich. I bardzo dobrze!

 

Już sama nazwa wskazuje, że ów marsz, jest formą uczczenia niezależności naszego państwa. Jest sposobem zarówno na pokazanie dumy z naszych przodków, którzy o nią walczyli, radości z tego, że żyjemy w niepodległym narodowym państwie, oraz troski o tejże niepodległości zachowanie. 

 

A więc, wręcz z definicji, na Marsz nie powinni czuć się zaproszeni zwolennicy Unii Europejskiej w formie federacji państw o bardzo okrojonej suwerenności. Czyli, krócej mówiąc, tzw. „federaści”. Zwłaszcza ci biegający na skargi na własny kraj do różnych zagranicznych instytucji. Nie wspominam już nawet o bardziej „odjechanych” ruchach, chcących politycznej unifikacji świata czy uzależnienia na przykład od Rosji.

 

Jednak troska o niepodległość naszej Ojczyzny, to także, siłą rzeczy, dążenie do tego, by działo się w niej jak najlepiej. Na Marsz Niepodległości nie powinni się więc czuć zaproszeni zwolennicy gospodarczej czy medialnej zależności od innych państw, na przykład Niemiec. A tym bardziej osoby za taką zależność odpowiedzialne, zwłaszcza politycy, którzy w tej materii podejmowali niekorzystne dla Polski decyzje.

 

Wreszcie na Marszu Niepodległości nie ma miejsca na promocję ideologii szkodliwych dla naszej (prawdziwej) europejskiej cywilizacji. Nie ma miejsca na promowanie się środowisk LGBT, nie ma miejsca na szerzenie tzw. ideologii gender i agresywnego feminizmu, nie ma miejsca na antyklerykalną propagandę, wreszcie nie ma miejsca na otwarte popieranie legalności aborcji. Nie wspominając już o zakazanych prawnie ideologiach: nazizmie i komunizmie.

 

No i oczywiście nie ma na Marszu Niepodległości miejsca dla prowokatorów. Ludzi, którzy przychodzą nań tylko po to, by skompromitować to piękne wydarzenie. Czy to poprzez spowodowanie burdy, czy poprzez prezentację niestosownych, na przykład rasistowskich, haseł. Osoby takie powinny być jak najszybciej przechwytywane i usuwane ze zgromadzenia.

 

Tak więc, raz jeszcze, Marsz Niepodległości nie jest dla wszystkich. Jest dla osób ceniących naszą, jako narodu, suwerenność. Jest dla osób dumnych z historii naszego kraju. Jest dla osób kochających swoją Ojczyznę. Jest dla osób szanujących naszą kulturę, ze wszystkimi jej elementami, w tym z dziedzictwem wiary chrześcijańskiej. A przede wszystkim jest dla osób, które niezależnie od tego która tradycja: sanacyjna, endecka czy jeszcze inna, jest im najbliższa, chcą manifestować swoje przywiązanie do wartości narodowych w sposób pokojowy.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Pixabay

 

Znany prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz wyraził w jednym ze swoich felietonów nadzieję, że uda się kiedyś zjednoczyć siły polityczne „na prawo od PiS” i to one przejmą władzę, lub chociaż staną się ważnym graczem na polskiej scenie politycznej. Niestety z czasem, mam wrażenie, oddalamy się od urzeczywistnienia tej wizji, zamiast do niego przybliżać.

 

Oczywistą bezpośrednią przyczyną tego stanu rzeczy jest brak jedności omawianych środowisk prawicowych. Jednak warto się zastanowić co się za nią kryje, jakie cechy działaczy, a przede wszystkim liderów, powodują organiczną wręcz niemożność stworzenia porozumienia tzw. „Piwonii” (prawicowcy, wolnościowcy, narodowcy, antysystemowcy). Problem na pewno jest złożony, ale skupię się w tym artykule na opisie, moim zdaniem, najistotniejszej cechy, która ową niemożność powoduje.

 

Jest nią tzw. „mentalność sekciarska”. Na czym ona polega? W największym uproszczeniu sprowadza się ona do przekoniania, że tylko ściśle określona („najmojsza”) linia programowa danego ugrupowania czy osoby jest jedynie słuszną i jakiekolwiek, najmniejsze nawet, od niej odstępstwo jest „zdradą interesów narodowych” „zdradą Polski” itp. Prowadzi to nieuchronnie do ciągłych podziałów, które rozsadzają niemal każdą inicjatywę prawicową. Tak było z Konwentem Świętej Katarzyny, kolejnymi tworami Janusza Korwin-Mikkego, tak było z Ruchem Narodowym, teraz widzimy to w Kukiz’15. Towarzyszy temu istny „wysyp liderów”, z których każdy wie najlepiej jak naprawić Polskę i nie dopuszcza żadnych ustępstw na rzecz potencjalnych środowisk sojuszniczych. By nie być gołosłownym podam chociażby przykład Janusza Korwin-Mikkego, który przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku pokłócił się z Pawłem Kukizem w temacie JOW-ów, co uniemożliwiło koalicję ugrupowań przez nich reprezentowanych.

 

Warto też zastanowić się na ile owe podziały wynikają tylko z owej sekciarskiej mentalności liderów, a na ile z tejże mentalności u ich potencjalnych wyborców. Niestety, jako osoba obracająca się już od około pięciu lat w środowiskach tradycyjnych, wolnościowych i patriotycznych, muszę stwierdzić, że po części winni całej sytuacji są również ich zwolennicy. I to pomimo faktu, że prawie wszyscy zgadzają się co do tego, że zjednoczenie jest potrzebne. Niejednokroć widziałem jak niewielka, nawet mało znacząca zmiana retoryki u jakiegoś polityka, lub chociażby wypowiedź w temacie, w którym dotąd się on nie wypowiadał, skutkowała natychmiastowym posądzaniem go o agenturalność, złą wolę itp. Ciężko w takich warunkach budować koalicje, gdy jakakolwiek chęć ustępstwa, nawet niewielkiego i nie zmieniającego istoty programu, grozi natychmiastowym uznaniem za „obcego agenta” przez dużą część dotychczasowych zwolenników.

 

W tym miejscu pozostaje mi jedynie apelować o rozsądek. O ocenianie polityków po tym, czego realnie dokonują, a nie po pojedyńczych wypowiedziach. I o zrozumienie, że nie da się zbudować koalicji bez pewnych ustępstw. Niestety. Dopóki przedstawiciele prawicy, tej „na prawo od PiS”, tego nie zrozumieją, sami skazują się na polityczny niebyt. Na tworzenie „planktonu” partyjek mających poparcie na poziomie dziesiątych procenta, w porywach może kilku procent. A naszym krajem wciąż rządzić będą populiści, którzy w walce o dostęp do koryta utracili już wierność jakimkolwiek wyższym wartościom.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Flickr

 

 

Zwykle, gdy mowa o chemii ludzie uważają, że jest to przedmiot trudny, ścisły i dla niektórych „czarna magia”. Niewielu jednak wie, że wiele wybitnych chemików miało wprost nieziemski wkład w historię naszego kraju, a ich odkrycia rozsławiły imię Polski na świcie. Oto oni chemicy-patrioci.

 

Maria Skłodowska-Curie (1867-1934)

Pierwsza na świecie kobieta, która otrzymała tytuł profesora Sorbony i aktywnie angażowała się w działanie emancypantek, walcząc o prawa kobiet. Wraz ze swoim mężem Piotrem Curie prowadziła badania nad promieniotwórczością. Otrzymała dwie nagrody Nobla: w 1903 – z fizyki i w 1911 – z chemii. Badania, które prowadziła z mężem pozwoliły na odkrycie dwóch nowych pierwiastków: radu oraz polonu, który nazwę otrzymał od „Polski” oraz promieniotwórczości, która pomogła lekarzom podczas I wojny światowej w prześwietleniach i leczeniu rannych żołnierzy. Maria Skłodowska utrzymywała ciągły kontakt z Ojczyzną.

 

Jędrzej Śniadecki (1768-1838)

Polski chemik, lekarz i publicysta, częsty gość króla Stanisława Augusta Poniatowskiego na obiadach czwartkowych. Promotor higieny, dietetyki i wychowania fizycznego w Polsce. Autor pierwszego polskiego podręcznika chemii. To on wprowadził polską nazwę tego pierwiastka – „kwasoród” od łacińskiego „oxygenium, czyli rodzić kwas. Jego badania pozwoliły również na odkrycie rutenu.

Angażował się politycznie podczas schyłkowych lat I Rzeczpospolitej oraz później podczas epoki napoleońskiej. Nazwę „kwasoród” w latach 90. XIXw. polscy chemicy zastąpili słowem „tlen” od polskiego słowa „tlić”.

 

Ignacy Mościcki (1867-1946)

Naukowiec, chemik, działacz sanacyjny, trzeci i ostatni Prezydent II Rzeczpospolitej. Prowadził niezwykle ważne badania, które pozwoliły mu na opracowanie przemysłowej metody otrzymywania kwasu azotowego (V) z tlenków azotu z powietrza. HNO3 to ważny surowiec m.in. W produkcji dynamitu, przemyśle spożywczym oraz nawozowym. Po agresji Niemiec i ZSRR internowany w Rumuni osiadł na stałe w Szwajcarii. Autor wielu prac badawczych.  Z dorobku prezydenta korzystają dziś koncerny azotowe m.in. Zakłady Azotowe w Mościcach, obecnie Grupa Azoty. Jego odkrycie pozwoliło na uniezależnienie od dostaw kwasu azotowego z III Rzeszy.

 

Ignacy Łukasiewicz (1822-1882)

Polski chemik i lekarz, aktywny działacz polityczny. Prowadził badania nad ropą naftową, poddając jej próbki destylacji frakcjonowanej, dzięki czemu uzyskał jej ciekły destylat. Wielki konstruktor lampy, w której paliwem stała się odkryta ropa, Jego przełomowe odkrycie i wynalazek pozwoliło oświetlić wiele miejsc, a pierwsze lampy zawisły w jego szpitalu. Ojciec polskiego przemysłu naftowego. Aktywny działacz Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, wspierał Obozy Emigracji Polskiej, a także prowadził zbiórki pieniędzy dla rodzin powstańców styczniowych i listopadowych. Z jego odkryć korzystają koncerny naftowe w tym m.in. PKN Orlen.

 

Karol Olszewski (1846-1915)

Polski chemik i fizyk, profesor UJ. Prowadził badania nad destylacją składników powietrza. Wraz z Zygmuntem Wróblewskim w 1883 roku w wyniku destylacji skroplili tlen i azot z powietrza. Po śmierci wróblewskiego nadal kontynuował badania.

 

Wróblewski Zygmunt Florenty (1845-1888)

Polski fizyk i badacz, profesor UJ. Za udział w powstaniu styczniowym 1863-1864 został zesłany na Sybir. Po powrocie rozpoczął badania wspólnie z Karolem Olszewskim, dokonując przełomowego odkrycia. Przed śmiercią próbował skroplić również wodór.

 

Kazimierz Funk (1884-1967)

Biochemik, twórca nauki o witaminach. Wprowadził pojęcie „witaminy” od łacińskiego słowa „vita, vitae”, które oznacza „życie”. Jako pierwszy odkrył i wyodrębnił witaminę B1 z otrąb ryżowych. Zajmował się leczeniem chorych na awitaminozy, m.in. na pelagrę, krzywicę i szkorbut. Odkrył, że do prawidłowego funkcjonowania organizmu wymagane są odpowiednie ilości danych witamin. Dzięki wsparciu posłów Endecji wrócił do kraju, gdzie tworzył Państwowy Zakład Higieny w Warszawie, gdzie przeprowadzał badania nad ludzkimi hormonami m.in. nad insuliną.

 

 

Dominik Maj- działacz Młodej Endecji, student chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

 

 

Fot.: Flickr

 

 

Jeden z bardziej cenionych przeze mnie publicystów ukuł kiedyś bardzo ciekawe sformułowanie „porozumienia pod podziałami”. Idea jest prosta. Chodzi o to, że są pewne sprawy, w których mimo ogromnych podziałów jakie występują w naszym społeczeństwie, zgadza się ogromna większość ludzi. Z jakichś jednak powodów aktualny stan prawny w naszym państwie jest w tych kwestiach często niezgodny z wolą tej większości. Przykłady można mnożyć. Nie tak dawno chociażby głośno było o próbach umożliwienia czasowego wyrejestrowania nieużywanego pojazdu. Oczywiście sprawa póki co nie znalazła szczęśliwego finału.

 

Do innych przykładów można zaliczyć: uproszczenie systemu podatkowego, zmniejszenie biurokracji i likwidację wielu bezsensownych przepisów. Z jakichś przyczyn takie zmiany, choć pożądane są przez większość społeczeństwa, nie następują. Dlaczego? Moim zdaniem przyczyn jest kilka.

 

Po pierwsze alienacja i demoralizacja klasy politycznej. Niestety do polityki idą często osoby o, łagodnie mówiąc, niezbyt twardym kręgosłupie moralnym. Gdy obejmą władzę, szybko alienują się względem wyborców i przyjmują myślenie w stylu „no wiadomo, że fajnie by było coś ludziom uprościć, ale budżet się musi dopiąć, biurokraci wyżywić, itd.”.  Łatwo ulegają lobbingowi oraz naciskowi różnych, czasem niewielkich grup, których interesy są sprzeczne z interesem większości Polaków.

 

Po drugie niska świadomość polityczna samych wyborców. Ludzie, nie znając mechanizmów sprawowania władzy, łatwo dają sobie wmówić, że czegoś „się nie da zrobić”, lub zwyczajnie nie zastanawiają się nad tym jak wiele rzeczy w ich życiu można by uprościć, gdyby była tylko ku temu dobra wola polityków. Zamiast tego często dają się „kupić” pustymi obietnicami wyborczymi lub obietnicami tego, co będzie finansowane za jeszcze większe pieniądze z ich własnych kieszeni.

 

Po trzecie wreszcie, stan debaty politycznej, który w Polsce przyjął formę istnej walki plemiennej. Dwie największe polskie partie polityczne (wraz ze swoimi przybudówkami) zwarły się w bezsensownej wojnie, która uniemożliwia jakąkolwiek rzeczową debatę o naprawie naszego państwa. Obie te partie, wytworzyły w swoim elektoracie grupy fanatycznych wyznawców, które – mimo iż nie stanowią łącznie ani połowy społeczeństwa – skutecznie zawłaszczyły sobie główny dyskurs polskiej „debaty”. Nie liczą się w niej konstruktywne propozycje, tylko „kto komu mocniej przywali”.

 

I tym sposobem, mimo niemal powszechnej zgody w narodzie w pewnych kwestiach, przeprowadzanie często bardzo korzystnych uproszczeń w polskim prawie, staje się syzyfową pracą. I tu też jedno z ważnych zadań dla nas – endeków – jest właśnie takie, by ten stan rzeczy zmieniać.

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.:Pixabay

 

Od śmierci Pawła Chruszcza minęły ponad trzy miesiące. Teraz jednak w tej sprawie, na światło dzienne wychodzą kolejne niejasności dotyczące ostatnich chwil życia radnego z Głogowa. Są wyniki badań toksykologicznych, a dziennikarzom z Dziennika Gazety Prawnej udało dotrzeć się do osoby, która widziała endeckiego działacza prawdopodobnie jako ostatnia ze znajomych, na niewiele czasu przed śmiercią. Tajemniczych kwestii jest jeszcze więcej.

 

Radny z Głogowa był społecznie mocno zaangażowanym działaczem. Interesował się sprawami lokalnych mieszkańców oraz tropił afery dotyczące sporych przekrętów i znacznych sum pieniężnych. Zajmował się między innymi problemem stężenia arsenu w powietrzu nad miastem, sprawą „Zielonego Przedszkola”, w którym oprócz stosowania przemocy miały miejsce też inne podejrzane sytuacje, mogące mieć podłoże korupcyjne, a także śledził niejasne przepływy pieniężne i inwestycje w spółce KGHM. Samorządowiec został znaleziony martwy, powieszony na słupie energetycznym na terenie jeden z gmin nieopodal Głogowa. Było to na kilka dni przed umówionym spotkaniem z byłym wiceszefem CBA Maciejem Wąsikiem. Paweł Chruszcz miał mu przekazać dokumenty dotyczące jednej z badanych przez niego afer, najprawdopodobniej chodziło o sprawę „Zielonego Przedszkola”.

 

Wraz z początkiem sierpnia rodzina zmarłego złożyła wniosek o przeniesienie sprawy z prokuratury legnickiej do poznańskiej. Sporo wątpliwości budzą bowiem powiązania legnickich prokuratorów z władzami miasta Głogowa i tamtejszymi urzędnikami, a także sposób prowadzenia działań przez prokuraturę w Legnicy. Wobec tego wniosku nie była jednak przychylna Prokuratura Krajowa i śledztwo dalej prowadzone jest przez Prokuraturę Okręgową w Legnicy. Teraz najbliżsi Pawła Chruszcza są po raz kolejny zbulwersowani faktem, że o nowych informacjach w sprawie tej tragedii dowiadują się oni z mediów. O sprawie poinformowała portal dziennik.pl.

 

– Po raz kolejny o faktach dotyczących sprawy śmierci brata dowiaduję się z mediów. Nie dostałem informacji ani o wynikach badań krwi, ani o tym, że nie ma zgody na przeniesienie śledztwa do Poznania. Czekamy na uzasadnienie tej decyzji – powiedział dla Dziennika poseł Sylwester Chruszcz (brat tragicznie zmarłego samorządowca).

 

Rodzina i przyjaciele Pawła Chruszcza obawiają się, że prokuratura zmierza do umorzenia śledztwa w tak podejrzanej i dramatycznej sprawie. Wśród kwestii, które ich niepokoją jest m.in. to jak zabezpieczono niedopałki papierosów znajdujące się w miejscu, gdzie znaleziono ciało. Zostały wzięte bowiem do analizy tylko niektóre przypadkowe niedopałki, a nie przebadano ich wszystkich oraz nie sprawdzono na nich obecności DNA różnych osób.

 

Jak podała Gazeta Wrocławska, według ujawnionych ustaleń, wyniki badań toksykologicznych wskazują na brak substancji psychoaktywnych w organizmie zmarłego. Wykryto natomiast obecność promila alkoholu. Zdaniem prokuratury legnickiej wiąże się to z faktem, że znaleziona miała zostać w samochodzie lidera dolnośląskiej Endecji butelka Whiskey, a nagrania z monitoringu miały dowodzić, że zakupił on dzień wcześniej w jednym ze sklepów alkohol.

 

Pojawiają się jednak kolejne pytania i wątpliwości, a jak wskazują bliscy Pawła Chruszcza, nowe ustalenia pogłębiają poziom skomplikowania całej sprawy. Dziennik Gazeta Prawna dotarł nawet do osoby, która jak się okazuje mogła jako ostatnia widzieć radnego przed śmiercią. Co skandaliczne w tej sytuacji, człowiek ten nie został nawet przesłuchany przez prokuraturę.

 

Mowa tu o znajomym Pawła Chruszcza z koła wędkarskiego, który był z nim dzień przed tragedią na łódkach. Co warte przypomnienia, przed rozegraniem się całego dramatu, Chruszcz zapraszał swoich kolegów, aby również w dniu kiedy doszło do tragedii pojechali z nim na łódki, jak również wysyłał mapki z lokalizacją skąd mają go odebrać. Jak się okazało, w tej właśnie okolicy odnaleziono później jego ciało.

 

Dziennik Gazeta Prawna zdołał nawet porozmawiać z tym właśnie kolegą Pawła Chruszcza, który rzeczywiście 30 maja był wraz z nim na łódkach.

 

– Nie wierzę w to samobójstwo do dziś. Paweł był pełen życia i optymizmu. Wszyscy, którzy znali Pawła wiedzą, że nie był samobójcą – wyraził swoją opinię ten właśnie znajomy.

 

Jak zaznacza mężczyzna, dzień przed zaginięciem głogowskiego samorządowca, nic nie wskazywało na zbliżającą się tragedię. Obydwaj panowie umawiali się nawet na kolejny wypad nad wodę.

 

– Wiemy, jak człowiek się zachowuje, gdy coś go gryzie. Ucieka od ludzi, zamyka się w sobie. A Paweł taki nie był. Byliśmy nawet umówieni na następny wypad wędkarski. A tu szok! – Powiedział.

 

Jednak nie tylko kolega z koła wędkarskiego zaliczy się do grona osób, które powinny zostać przesłuchane przez prokuraturę, ale do tego jednak nie doszło.

 

– Nie rozumiem powodów, dla których odmówiono przeniesienia śledztwa do Poznania. Sprawa jest w legnickiej prokuraturze, choć mimo upływu trzech miesięcy nie rozwiano tylu niejasności. Nie przesłuchano wielu osób. W tym tej, z którą Paweł Chruszcz dzień przed śmiercią był na łódce – skomentował taki stan rzeczy Andrzej Radomski, będący przyjacielem zmarłego, a także byłym skarbnikiem powiatu głogowskiego. Również on nie został przesłuchany.

 

Wiele osób od dawna zadaje również pytania dotyczące samej akcji poszukiwawczej prowadzonej po zgłoszeniu przez żonę radnego jego zaginięcia. Została ona bowiem przerwana nocą, a jako oficjalny powód takiej decyzji podano rzekome złe warunki atmosferyczny. Ludzie obserwujący całą sprawę często zwracają jednak uwagę, że w tamtym czasie pogoda nie była zła. Poszukiwania wznowiono rano, jednak ostatecznie ciało zostało znalezione nie przez służby, a kibiców klubu Chrobry Głogów, którego zagorzałym fanem był również sam Paweł Chruszcz.

 

Kolejne pytania rodzi fakt, że w momencie odnalezienia zwłok, zmarły miał założone okulary, które zakładał on jednak głównie do czytania, a na rękach widać było ślady obrażeń. Wątpliwości dotyczą również noża lub nawet dwóch noży, o których mówi się, że zostały znalezione w okolicy słupa, na którym wisiało ciało Pawła Chruszcza. Rany na rękach zmarłego mogły powstać przy użyciu takiego właśnie ostrego narzędzia. Niektórzy tłumaczą, że mogło dojść do próby podcięcia żył za pomocą noża.

 

Kolejną tajemniczą kwestią jest temat samochodu. Najpierw auto miało być bowiem widziane w miejscowości Jerzmanowa. Tam właśnie podjęto początkowo poszukiwania. Później jednak pojazd miał zostać odnaleziony… w innym miejscu, a dokładniej w gminie Pęcław. Tam właśnie znaleziono ciało zaangażowanego społecznie endeka.

 

Przy tak wielu znakach zapytania i tajemnicach, prokuratura stoi na stanowisku, że wciąż prowadzi czynności i stara się wszystkie doniesienia analizować. Oprócz badań toksykologicznych, podjęto też takie kroki jak np. sprawdzenie zapisów monitoringu z trasy, którą prawdopodobnie przemieszczał się przed śmiercią radny.

 

– Czynności te nie dostarczyły dowodów mających tak istotne znaczenie dla śledztwa, że mogłyby przyczynić się „przełomu” – stwierdził prokurator Harasimiuk.

 

Co również niepokojące, pomimo upływu kolejnych miesięcy nadal nie została ustalona konkretna godzina zgonu. Przyczynić się do określenia jej dokładnie mają uzyskane informacje na temat warunków atmosferycznych w dniu, w którym doszło do tragedii.

 

Przesłuchiwani są kolejni w tej sprawie świadkowie. Również były wiceszef CBA Maciej Wąsik, z którym Paweł Chruszcz miał umówione w Sejmie spotkanie został przesłuchany. Fakt jednak, że nie przesłuchano jeszcze m.in. osoby, która mogła widzieć zmarłego jako ostatnia ze znajomych, budzi poważne wątpliwości co do działań prokuratury w tak poważnej sprawie.

 

 

Źródło: Gazeta Wrocławska ; Dziennik Gazeta Prawna ; dziennik.pl

 

 

W każdym społeczeństwie naturalnie występują, jesli chodzi o zaangażowanie w działalność społeczną czy polityczną, upraszczając, dwie grupy ludzi. Oczywiście są to: zaangażowani oraz niezaangażowani. Część ludzi, czy to ze względu na odpowiednie cechy swego charakteru, czy ze względu na poczucie misji, czy wreszcie czasem ze względu na własne korzyści angażuje się w różnorakie projekty polityczne, organizacje społeczne, ruchy, stowarzyszenia i tak dalej. Jednak chyba w każdym, w tym na pewno w polskim, społeczeństwie ludzie ci stanowią mniejszość. Ba, może maksymalnie kilka procent ogółu. Większość stanowią (i absolutnie nie stawiam tego jako jakiś zarzut) ludzie, którzy po prostu nie czują potrzeby takiego zaangażowania. Ich udział w polityce ogranicza się do oddania raz na kilka lat głosu na wybraną partię czy kandydata oraz, ewentualnie, do wzięcia raz na kilka miesięcy udziału w jakimś marszu czy demonstracji. Obszar zainteresowań takich osób omija zazwyczaj politykę, a jeśli już, to tylko delikatnie o nią zahacza.

 

Jednak – jak się już rzekło – to ci ludzie (choć też niestety nie wszyscy) raz na kilka lat wybierają swoją reprezentację, która w ich imieniu sprawuje w kraju władzę. I tu nasuwa się główne pytanie: co my, jako endecy, czy szerzej, ludzie o poglądach prawicowych i patriotycznych, powinniśmy robić, by te wybory były słuszne. By rządzący dbali o interesy państwa oraz, przede wszystkim, czuli na sobie baczny wzrok świadomego społeczeństwa.

 

Tytułowe pytanie brzmi: racjonalna argumentacja czy marketingowe sztuczki? Od razu pragnę zaznaczyć, że nie wprowadzam tym pytaniem tezy, że jedno całkowicie wyklucza drugie. Chodzi mi bardziej o pewne podejście, które powinniśmy przyjąć, mając do wyboru dwie skrajne koncepcje, które poniżej opiszę.

 

W pierwszej przyjmujemy, że społeczeństwo jest zbiorem racjonalnie rozumujących i patrzących „chłodnym okiem” obywateli. Przy takim założeniu problemem jest tylko niedoinformowanie społeczeństwa. Jeśli jasno wyartykułujemy nasze postulaty i poglądy oraz sensownie je wyjaśnimy, to każdy człowiek dobrej woli w mig uświadomi sobie, że tak naprawdę jest endekiem, prawicowcem czy patriotą.

 

W drugiej zakładamy, że przede wszystkim powinniśmy oddziaływać na emocje, gdyż to one w najwiekszej mierze decydują o wyborach niezaangażowanej politycznie większości społeczeństwa. Taką taktykę, z oczywistych względów, przyjęła lewica. I trzeba przyznać, że całkiem skutecznie im to wyszło, zwłaszcza w zachodniej Europie. „Lewicowa wrażliwość” stała się bardzo wyraźna w filmie, muzyce, promowanym stylu życia. Lewicowe hasła, choć często kompletnie bezsensowne, niosą duży ładunek emocjonalny, który jak się okazuje, dobrze „się sprzedaje”.

 

A więc jaki z tego wszystkiego powinniśmy wyciągnąć wniosek? Jaką taktykę zastosować? Co robić? Te pytania pozostawiam otwartymi, jednak pewne jest to, że z jednej strony jako endecy czy prawicowcy nie możemy odejść od racjonalnej argumentacji jako fundamentu szerzenia naszego światopoglądu, z drugiej zaś jeśli całkiem zapomnimy o tym jak działa marketing, że poglądy, tak samo jak towary na rynku, też czasem trzeba „umieć sprzedać”, to nasza praca nad budowaniem społeczeństwa świadomego i, co ważniejsze, troszczącego się o losy swego państwa, najpewniej nie przyniesie odczuwalnych rezultatów.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Pixabay

 

Ostatnio informowaliśmy o zmianach jakie zaszły w strukturach stowarzyszenia Endecja. Prezes tego ugrupowania poseł Sylwester Chruszcz wystosował nawet list do członków i sympatyków Narodowej Demokracji, którego treść można również znaleźć na naszej stronie. Jak jednak widać, także młodzieżowa część endeckiego środowiska aktywnie działa.

 

Jednym ze sztandarowych projektów tej patriotycznej organizacji jest Akademia Młodej Endecji. W jej ramach, młodzi ludzie chcący aspirować do bycia elitą odpowiedzialną na różnych płaszczyznach za rozwój naszego państwa, zjeżdżają się by wspólnie uczestniczyć w wykładach, warsztatach oraz dyskusjach przynoszących im przydatną wiedzę. Poruszane są wówczas tematy z zakresu nie tylko polityki, ale też innych dziedzin, które interesują tych zdeterminowanych do działania dziewczyn i chłopaków. Przedsięwzięcie to określane jest jako „kuźnia elit”.

 

Tym razem młode osoby związane z Narodową Demokracją spotkały się w Krakowie. Ten letni zjazd zorganizowały władze Młodej Endecji na czele z prezesem Michałem Barnasiem. W sobotę zajęcia tej edycji AME poprowadziły tam: dr Marta Cywińska, Sławomir Pszenny oraz Jacek Kamiński. Młoda Endecja obchodziła przy tej okazji 2. urodziny swojego istnienia.

 

Pisarka, dziennikarka, poetka oraz tłumaczka dr Marta Cywińska to osoba od wielu lat zaangażowana w środowisko narodowe. Opowiadała ona młodym ludziom o tym jak sama niegdyś rozpoczynała działalność endecką oraz swoich spostrzeżeniach na temat konieczności zaangażowania zarówno kobiet, jak i mężczyzn w kreowaniu pomyślnej przyszłości dla kolejnych pokoleń. Prelegentka opowiadała również w interesujący sposób o swojej książce „Spory niegdysiejsze, spory dzisiejsze”, w której na różnych przykładach zarówno z czasów obecnych, jak i przeszłych opisuje rolę prawicowej rodziny w społeczeństwie.

 

Młode endeczki i endecy mogli wymienić się spostrzeżeniami z panią doktor, a także na bazie jej doświadczeń dowiedzieć się czym kierować się oraz w jaki sposób angażować się społecznie jako Młoda Endecja. Dr Marta Cywińska zwróciła uwagę na fakt, że niestety prawdziwe polskie elity obecnie są pochowane w często zbiorowych mogiłach, a także zmuszane były do wyemigrowania poza granicę Polski w dawnych czasach. To właśnie powinno być motywujące dla naszej młodzieży, aby nasza Ojczyzna znów miała ludzi mogących odpowiedzialnie kierować polskim państwem, a także samemu rozwijać się w swojej dziedzinie.

 

Po tym spotkaniu, przedstawiciele Młodej Endecji biorący udział w zajęciach wysłuchali oraz porozmawiali z prezesem warmińsko-mazurskich struktur Endecji Sławomirem Pszennym. Jest on radnym Działdowa, zaangażowanym zarówno w sprawy lokalne, jak i też endeckie środowisko.

 

Lider warmińsko-mazurskiej Endecji podzielił się ze swoimi młodszymi koleżankami i kolegami wiedzą na temat tego jak rozwiązywać problemy dotykające mieszkańców w danym regionie oraz angażować się w lokalne sprawy. Omówił on poszczególne metody wpływania na otaczającą nas w naszych małych ojczyznach rzeczywistość.

 

Młoda Endecja jako jeden z celów swojego funkcjonowania stawia sobie zajmowanie się kwestiami oraz kłopotami lokalnych społeczności. Dlatego taka wiedza z pewnością przełoży się na praktykę działań tych młodych patriotów. Sławomir Pszenny życzył słuchaczom wytrwałości oraz pomyślności dalszym życiu osobistym, ale też wytrwałości w dalszej działalności. Zdaniem radnego bowiem, te dwie sprawy tym bardziej przynoszą sukcesy, jeśli obydwie są uporządkowane.

 

W ramach sobotniego zjazdu AME, ze słuchaczami spotkał się również Jacek Kamiński z zarządu głównego Endecji, będącego równocześnie prezesem krakowskich struktur stowarzyszenia. Jest on wieloletnim działaczem środowisk patriotycznych już od czasów komunizmu. Jest także wnukiem żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych.

 

Wraz z Jackiem Kamińskim, uczestnicy letniej szkoły AME omówili plany na kolejne miesiące oraz konieczne zmiany, które muszą nastąpić wewnątrz struktur stow. Endecja, aby móc sprawniej realizować podejmowane działania.

 

Jak mówił Jacek Kamiński, władze Endecji już realizują ambitne plany na kolejne działania, związane m.in. ze 100-leciem odzyskania przez Polskę niepodległości. Zarząd główny ma także duży nacisk kłaść na aktywowanie w działaniu oraz rozwój swoich młodych działaczek i działaczy.

 

Prezes Młodej Endecji Michał Barnaś, również podkreślał to jak ważne jest, aby działalność w Endecji przynosiła młodym ludziom szansę na rozwój samego siebie oraz dobry start w drodze życiowej jaką każda osoba sobie przyjmuje ze względu na swoje pasje oraz kierunek nauczania. Lider ME podkreślał, że aspirując się i czytając popularnych publicystów czy też myślicieli endeckich, należy dbać o to, by to osoby angażujące się w Akademię Młodej Endecji, mogły stawać się elitą w różnych branżach czy dziedzinach.

 

 

 

 

Młoda Endecja zapowiada dalszy rozwój projektu i zachęca kolejne osoby do zaangażowania. Jak podkreśla Michał Barnaś, w strukturach ME każda młoda osoba zgodna z ideami Romana Dmowskiego i Narodowej Demokracji może znaleźć aktywność dla siebie.

 

Jeżeli nowa inicjatywa ma być czymś więcej, niż kolejnym komitetem wyborczym, nie wystarczy zebrać i ogłosić jakiś  zbiór słusznych  haseł. W rzeczywistości wybranych przypadkowo, intuicyjnie uważanych za bardziej właściwe od innych. Taka rzecz jest mała i niegodna, ale jest przejawem typowego skundlenia moralnego składająca hołd tradycji naszego warcholstwa.  Ograniczenie własnej aktywności jedynie do public relations jest zwyczajnym oszukiwaniem siebie, własnego środowiska politycznego, a co gorsza przykładaniem ręki do oszukiwania sympatyków, do trwonienia polskiej  wiary i nadziei, do zabijania instynktu moralnego naszej wspólnoty. Jest to zdrada najgorszego gatunku, jeżeli jedynie dobro własne oraz osobista kariera i umysłowe lenistwo jest zasadniczym kryterium udziału we wspólnym dziele, w kreacji przyszłości.

 

Zamiast retrospekcji historycznej.      

Jeśli ktoś pod tym tytułem spodziewa się typowego manifestu politycznego, to się zawiedzie. Czasy pisania takowych dawno już odeszły do lamusa, a czytanie deklaracji ideowych i programowych nie należy do czynności oczywistych, nawet dla aktywnych uczestników życia politycznego. Jednak,  aby dana organizacja mogła celowo przetwarzać zastaną rzeczywistość powinna umieć  zrozumieć własny moment dziejowy, a z tym jak ukazują ostatnie dziesięciolecia polityki polskiej, nie jest najlepiej.  Nie jest, bo wchodzące na rynek polityczny nowe organizacje również, te wyprowadzające swój rodowód od ruchu narodowego – endecji, nie potrafią  w pełni zaistnieć w polityce polskiej. Dobrym przykładem jest historia kilku ostatnich lat RN-u, który od Marszu Niepodległości – zajęcia pierwszego miejsca pomiędzy środowiskami i organizacjami nazywanymi antysystemowymi przegrywa rywalizację z Pawłem Kukizem, nie wyciągając  z tej i innych porażek właściwych wniosków, poza jednym „więcej tego samego”.  W takim razie co czynić, aby po raz n-ty nie przeżywać  tego samego?

Należy zastanowić się nad celem tworzenia i angażowania się w Narodową Demokrację 2.0, trzeba  uświadomić sobie obecny moment dziejowy – jakie zjawiska i procesy: polityczne, kulturowe, społeczne i ekonomiczne tworzą obecny krajobraz – naszą bardzo niedoskonałą rzeczywistość i czy jest jeszcze miejsce w przyszłości dla Wielkiej Polski, co jest rzeczywistym, a nie jedynie emocjonalnie urojonym celem?

 

Pomiędzy końcem historii a teraźniejszością.

Podmiotem myślenia i pracy większości narodowych demokratów od początków  zdefiniowania się tego nurtu na kartach historii, była republika – Rzeczpospolita. Sama nazwa Narodowa Demokracja wprost do tego nawiązuje, łącząc fundament tożsamości z podmiotowym rozumieniem  dla kogo ma być endecja, a w przyszłości państwo polskie. Dzięki tej kotwicy nie udało się wepchnąć endecji  – ruchu narodowego  i jej następców do polityki totalnej w latach trzydziestych i w PRL-u.[1] Po prostu republika pojmowana jako organizacja narodu wypełniała wszystkie zasadnicze treści i wartości polityki polskiej. Polityka ta w zasadzie była przeciwna kierunkom ustrojowym jakie wówczas ukształtowały ostatecznie II Republikę Polską i powojenną totalitarną Republikę Ludową[2]. III Republika Polska jest tą rzeczywistością z jaką przychodzi się nam zmagać.  Od jej narodzin po współczesną dekadę zmiany jakie zaszły w Polsce oraz w świecie zmuszają do ponownego odnalezienia treści i drogi  w świecie polityki wielkich obszarów. W świecie, w którym jednoznacznie utożsamia się liberalną demokrację z republiką, jako jednym sposobem rozumienia systemu władzy, jaki może w niej istnieć, nadawać jej sens, jest wyjątkowym wyzwaniem. Pogląd ten pomimo tego, że z każdą kolejną kadencją liberalna demokracja, zmienia demokrację w cyrk, a republikę w coraz bardziej teoretyczną formą organizacji państwowej, wciąż wydaje się być żywa. Od niepodległości  1989 roku naszą Polską Republikę trawią  typowo polskie wiekowe zaszłości historyczne, choć walka o ich przełamanie trwa od 1918 roku i nadal  jest ona częścią naszej codziennej udręki, naszych dysfunkcji i zacofania, w dodatku opłaconego milionami ofiar cudzych wojen i emigracji[3]. Dodać do tego rachunku należy żywy spadek państwa postkomunistycznego neokolonialnego, a obecnie mentalnie podbitego przez obce bandery i znaki handlowe. Niestety na tym nie dość, musimy się też  mierzyć w coraz większym stopniu z narastającymi współczesnymi procesami rozkładu świata zachodniego i zjawiskami globalnymi takimi jak np.: postępująca depopulacja nardów na wszystkich kontynentach. Nasz naród zajmuje w tej dziedzinie niechlubną 213 pozycję na 220 badanych  wspólnot na świecie.  Promocja przez część wiodących sił świata zachodniego polityki półprawdy, w tym promocji  polityki przeludnienia i społeczeństwa otwartego ciągle wśród oświeconych znajduje poparcie. Zachodzące procesy  ekonomiczne rodzą  społeczne konsekwencje, między innymi poprzez stosowanie  na masową skalę nowych technologii komunikacyjnych przetwarzających niekorzystnie ludzkie relacje, a badania socjologiczne  dość jednoznacznie wskazują, że koniec naszego świata następuje w szalonym tempie i wywołuje wrażenie, że jest nieuchronny. Przegląd wszystkich podstawowych wskaźników  wskazuje, że od ponad trzech dekad proces ten przyspiesza. Nie dotyczy to jeszcze rynków finansowych, które doświadczyły na miarę dziejów wyjątkowego rozkwitu.   Mamy więc nasz koniec historii, choć inny niż wielu się spodziewało. Zachód umiera, a my z nim, choć jeszcze żyje jego siła ekonomiczna, ale jego  przemysł,  przewaga technologiczna i konkurencyjna  systematycznie znika we wszystkich globalnych procesach. Republikańska kultura polityczna będąca jednym z zasadniczych napędów rozwoju i siły nowożytnych narodów europejskich w coraz większym stopniu staje się bardziej miałka i cudaczna. Zaczyna sama z siebie tworzyć prawa i regulacje antyrepublikańskie. Obecnie przeważająca część liderów świata zachodniego poważnie dyskutuje i przeprowadza projekty społeczne i kulturowe, które jeszcze piętnaście – dwadzieścia lat temu byłyby  zbywane puknięciem się w czoło, a obecnie z całą powagą,  autorytetem instytucji państwa  i „nauki”, wbrew opinii większości są podstępnie przepychane i z całą konsekwencją wprowadzane w życie.  Ustawy o poprawności politycznej są narzędziem cenzury instytucjonalnej i autocenzury społecznej. Dotyczy to zwłaszcza elity i znacznej części klasy średniej. Natomiast dominująca propaganda konsumeryzmu ze strony biznesu i państwa jest owocem powszechnej tyranii polityki wzrostu gospodarczego. Ta pogoń za fałszywym bożkiem wzrostu PKB, zmieniło politykę w postpolitykę, nie skupiając się na rozwiązywaniu realnych problemów, a  jednocześnie uniemożliwia zauważanie  nowych zjawisk gospodarczych i społecznych. Zjawisk nieznanych jeszcze dwie dekady temu, które już przewróciły dotychczas rozpoznawaną ekonomię. Nie powinno więc dziwić, że popularyzacja nauki sprowadza się do „sprzedaży” nowinek, przeważnie zwyczajnych bredni i zabobonów, a wtórny analfabetyzm jest plagą na skalę społeczną, rodząc infantylizm światopoglądowy. Zdziecinnienie stało się  powszechnym zjawiskiem społecznym wykorzeniającym całe pokolenia z kultury narodowej i europejskiej, nie tylko tej przez duże K, ale i tej osobistej: dobre maniery przy stole, umiejętność zachowania się w miejscu publicznym, cmentarzu lub w parlamencie. Trzeba było ponad dziesięciu tysięcy lat rozwoju naszej kultury, aby pięć wieków temu chrześcijański Zachód wytyczył drogę rozwoju Ziemi, zbudował cywilizację, światową kulturę ducha. To również ta sama kultura w imię „wolności” podniosła patologie moralne do normy społecznej, odkrywając otchłań piekła zamierzchłych czasów ludzi pierwotnych w rewolucji francuskiej, a w swej konsekwencji  stworzyła politykę totalną poprzez zwycięstwo rewolucji bolszewickiej i faszystowskiej.  Przy czym nie chodzi zasadniczo o stosy pomordowanych, takich zdarzeń w historii niestety nie brakuje, ale o odrzucenie Boga, tradycji i kontrolę umysłu poprzez promocję „wolności” do antywartości[4], aż do dobrowolnego zaakceptowania zniewolenia jako normy. To wówczas narodziła się antyrepublika.

Obecnie nasza kultura europejska zarówno ta popularna i wysoka jest  wpychana  na powrót  w czasy wydawałby się już dawno przezwyciężone – człowieka cielesnego: zjeść, pochędożyć, wydalić, w nagrodę poleniuchować. Ten stan antykultury w imię praw człowieka reaktywuje kulturę zemsty, prawa siły i  humanistycznego terroru. Moda na tatuaże, talizmany i astrologię, która szerzy się niczym zaraza jest jak najbardziej widocznym znakiem – znakiem biblijnym o powrocie do korzeni, do jaskiń i na drzewa, do lęku przed istnieniem i przed sensem istnienia.  Nie wszyscy się jednak temu procesowi poddają.

 

Ostatnie wybory w USA z całą mocą ukazały skalę zmiany, jaka zaszła w państwie wzorcowej demokracji, w najpotężniejszej i najlepiej postrzeganej  republice świata zachodniego. Obecna  amerykańska praktyka wyborcza to między innymi: pieniądze od obcych państw, zewnętrzna i wewnętrzna agentura wpływu, oszustwa i kłamstwa wyborcze, niespotykana dotąd nagonka na niesłusznego kandydata i polaryzacja postaw wyborców „wszystko albo nic”, ukazuje nam jak rozkłada się amerykański związek republik i jak każda z nich, z osobna ulega entropi[5]. Agonia republiki, jej prawa, obyczaju i kultury politycznej jest wynikiem zmian zachodzących w jej strukturze społecznej, będącą konsekwencją procesów, jakie od dziesięcioleci zachodzą w gospodarce.  Jednym z najbardziej żywych fundamentów, organizacji wspólnoty i kultury  republikańskiej obok wiary, tradycji i zwyczaju,  jest to co socjologowie definiują jako klasę średnią, kastę wojowników, kapłanów i mędrców we wszystkich czasach historycznych, ludzie którzy stanowią republikę nawet w czasach monarchii absolutnych. Do niedawana klasę średnią Zachodu stanowili w przeważającej większości właściciele firm i farm rodzinnych, obecnie są nimi dobrze opłacani najemnicy, menedżerowie korporacji, biurokracji państwowej i samorządowej. Dziś, aby należeć do grona imperatorów, nie trzeba już mieć własnej gigantycznej fortuny, własnej fabryki snów, wojsk najemnych, jak w przypadku Rockefelera, wystarczy zasiadać w radach dyrektorów, zarządach wielkich korporacji, banków i koncernów medialnych, aby mieć wpływ na sprawy krajowe, a zarazem  globalne.  A zatem oligarchia, władza wybranych musi rosnąć w siłę. Dodatkowo  system ten wspiera  profesjonalizacja i komercjalizacja  kampanii medialnych, a zarazem polityki aktu wyborczego. Stosowanie metod nauk społecznych do kampanii politycznych sprowadzają wybory, a tym samym system polityczny do wizerunkowych plebiscytów, jednocześnie wykluczając debatę, fakty i rozsądek,  zastępując je „śledczym komentarzem postprawdy” podążającym za wskazanym celem, aby go skutecznie ochlapać łajnem.

 

Polityka polska i nasza republika jest częścią tego światowego zjawiska. Od dekady w naszym kraju obserwujemy jak karłowata republika jeszcze nie zdążyła dojrzeć, a już zmienia się w postrepublikę, współczesną republikę rzymską, w której jak dobrze wiemy obywatele wymienili swoje realne prawa  i zrezygnowali z wolności na rzecz igrzysk, żyjąc w przekonaniu, że taka transakcja nie miała miejsca. Już w PRL-u tego zjawiska w dużej mierze doświadczyliśmy. Jednak w historii nic dwa razy się nie zdarza. Dziś obserwujemy w Polsce, na Węgrzech w innych krajach europejskich przebudzenie, które wielu prawicowych polityków i ekspertów określa mianem kontrrewolucji. Sadzę, że w tradycyjnym rozumieniu tego słowa nie zachodzi taka zmiana tym bardziej, gdy bliżej przyjrzymy się „nowej” lewicy i prawicy. Należy zauważyć  narastającą polaryzację i coraz częstsze nawoływania do odrzucenia wyników wyborów, jeżeli werdykt jest niesłuszny.  Dzieje się tak poprzez wzbudzanie histerii przez „obiektywne” media i wpływowe ośrodki opiniotwórcze. Organizuje się wręcz działania  dążące do złamania obowiązującego  porządku ustrojowego, zarówno w USA, wcześniej na Węgrzech i u nas w Polsce. W 2017 roku jesteśmy światkami takiej gry o umysły i wolę Francuzów. Co takiego się dzieje, że samozwańczy obrońcy demokracji, odrzucają jej rezultat i prą do politycznej konfrontacji bez oglądania się na konsekwencje? Nawet starzy i doświadczeni politycy muszą nadążać za infantylnymi zwolennikami, aby mieć poczucie wpływu na bieg spraw. Tak właśnie rozpoczyna się również w Polsce agonia III Republiki. Należy uwypuklić zasadniczy wniosek, miałaby ona swoje miejsce, nawet wówczas gdyby III Republika  nie była obarczona grzechem Okrągłego Stołu, a raczej zdradą Lecha Wałęsy, a to oznacza, że nieustanne odwoływanie się do tego wydarzania zasłania nam teraźniejszość i nadchodzącą przyszłość.

 

Republika  upomina się o swoje prawa.

Jednym z kolejnych i ważkich objawów agonii republiki jest stopień agresji politycznej, przemocy medialnej, a w konsekwencji pauperyzacji kultury społecznej  i prawnej – instytucjonalnej,  w wyniku tzw. tyranii praw mniejszość. Tyrania prawa mniejszości czerpie swoją bieżącą siłę z mediów, które w pogoni za sensacją i w wyścigu o przyciąganie uwagi widzów koncentrują się na nieszczęściach jednostek, jednocześnie podsuwając proste recepty na rozwiązywanie ukazywanych patologii lub niesprawiedliwości. Dodatkowo idąc za głosem swoich sponsorów lansują obraz prześladowanych kobiet, dzieci, homoseksualistów, ostatnio ofiar wojen i migracji ekonomicznej, tak jakby nic więcej na świecie się nie działo. Jednocześnie uniemożliwiając podejmowanie racjonalnych decyzji władzom politycznym, aby zapanować nad rozrastającym się nieszczęściem.

Z drugiej strony pozyskiwanie głosów wyborczych wytwarza system tworzenia polityk systemowych mających chronić całe grupy społeczne wobec niewydolności rynku, instytucji prawa i administracji    w zamian za głosy wyborcze na określone komitety. Narastające kryzysy społeczne wywoływane przez rewolucyjną przemianę dotychczasowej industrializacji są skutkiem nieustannego poszukiwania przewagi konkurencyjnej, a więc nieustannej rotacji miejsc pracy i zamieszkania. Wówczas naturalnie pojawia się presja na politykę komplementarności mającą zabezpieczać potrzeby obywateli (gdyż rodzina pokoleniowa się dyslokuje), zwłaszcza kiedy rośnie świadomość, że jesteśmy ofiarami obowiązującego modelu gospodarczego, działającego od wielu dekad zgodnie zasadą „zyski prywatyzujemy, straty nacjonalizujemy”.[6]  Zmiany jakie do tej pory zachodziły w gospodarce  wyrzucały całe rodziny, wsie i miasta poza główny nurt życia. W ostatniej dekadzie w całym zachodnim świecie doczekaliśmy się pokolenia, dla którego „szklany sufit” pojawił się już po skończeniu szkoły, przy jednoczesnej utracie pracy przez osoby 50+ i braku możliwość  podjęcia innej pracy dającej utrzymanie. Prócz presji ekonomicznej – presja światopoglądowa mediów głównego nurtu oraz kampanii marketingowych ukazujących idealnych ludzi w bardzo atrakcyjnych okolicznościach, wsparta wizją dobrobytu bez hamulców moralnych w otoczeniu popkultury propagując tezę, że oczekiwany dobrobyt jest nagrodą w zamian za odrzucenie własnej tożsamości, staje się w istocie  deprawacją  osobistego rozwoju w opozycji do urojonego w rzeczywistości awansu społecznego i materialnego (transformacja ludzi w lemingi). Przeciwstawienie się tej presji przy pomocy tradycyjnych republikańskich środków komunikacji i kontroli, czyli za pomocą wolnych mediów czy kartki wyborczej, w praktyce staje się w coraz większym stopniu fikcją. Doprowadza to do sytuacji, w której agresja jest jedyną czytelną i zauważalną reakcją na tle „tolerancyjnego” bajdurzenia o dostępnym dla większości dobrobycie. Tymczasem kryzys rynków finansowych, ratowanie banksterów i ich banków kosztem podatników – budżetu państwa i ich klientów, obnaża komu służy liberalna demokracja – państwo, a najazd imigrantów ukazuje nie tylko teoretyczność i brak sprawczości republiki, ale w dodatku represjonuje tych, którzy wiedzeni zdrowym instynktem samozachowawczym protestują. W nagrodę za demokratyczny sprzeciw i republikańską postawę są wykluczani z przestrzeni publicznej.

 

Oba te zjawiska zostały wydobyte na powierzchnię przez stadionowe walki  kiboli. Stadionowe burdy, uliczne starcia z policją w wielu krajach Europy od dawna wskazywały na to, że jest inaczej niż saga     o prawdziwym życiu snuta w mediach głównego nurtu. Nie przypadkiem kibole, w miarę upływu czasu swoje zainteresowania przerzucili z klubów na poszukiwanie swej godności i tożsamości wyrażającej się również w formach cywilizowanych i altruistycznych. To kibole, jak pokazała ostatnia dekada, przebili się do mediów i ujawnili  dwa związane ze sobą zjawiska. Walkę o własną tożsamość  i agresję jako odpowiedź na obowiązującą tolerancję, na brak ekonomicznej przestrzeni.  Niestety dopiero  wybuch wojny ukraińsko – rosyjskiej zakwestionował postpolitykę w Zachodnim świecie. Polityka musiała więc wywrócić „politykę ciepłej wody w kranie” i  sukcesu europejskich wartości dobrobytu.

W Polsce pierwszym bardzo widocznym objawem narastającej walki o tożsamość był rosnący od około 2010 roku kult rotmistrza Pileckiego i Żołnierzy Wyklętych (Niezłomnych).  Marsz Niepodległości, który rząd Tuska od pierwszych masowych obchodów usiłował uśmiercić przy pomocy mediów, prowokacji policji i aresztu prewencyjnego nie przyniósł oczekiwanych rezultatów.  Ten „faszystowski” Marsz  zaczął realnie przemieniać świadomość i ponownie odkrywać polską wspólnotę w przestrzeni politycznej. Ostatecznie prezydent Komorowski, w swoim stylu, podjął się  kontrakcji na rzecz ucywilizowania i przechwycenia kultu Żołnierzy Wyklętych i obchodów święta niepodległości, używając do tego celu czekoladowego orła, z którego do dziś śmieje się cała  patriotyczna Polska. Reakcją na tę postrepublikę podobnie jak na Węgrzech, były niejako przypadkiem wygrane wybory prezydenckie Andrzeja Dudy z Prawa i Sprawiedliwości.  O zwycięstwie Zjednoczonej Prawicy w 2015 prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego, zdecydował narastający sprzeciw wobec abdykacji państwa, szerzącego się dyletantyzmu ośrodków władzy i obojętność elit politycznych wobec narastających problemów w polityce krajowej. Istotnym czynnikiem była również zasadnicza treść kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości, która w głównym swym nurcie była endecka.

 

Równocześnie  zwycięstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku stało się katalizatorem mobilizującym środowiska polityczne, społeczne i celebryckie reprezentujące tzw. stronnictwo „białej flagi”. Przyjęło ono strategię wywrócenia nowego  rządu i zatrzymanie realizacji jego programu pod hasłami konieczności naprawy błędu wyborczego – swoistej pomyłki, która może zniweczyć osiągnięcia obozu demokracji i postępu – obozu nihilizmu moralnego i państwowego. Momentem najbardziej krytycznym jak do pory był „ciamajdan”, powiązany za międzynarodową akcją w unijnych strukturach realizowany od 16 grudnia 2016 roku w naszym parlamencie. Celem było wyłącznie Sejmu z systemu władzy, aby doprowadzić do przedterminowych  wyborów. Na szczęście, ta żałosna kampania okazała się nieudana. Jednak uświadomiła wszystkim uczestnikom życia politycznego, że okupacja Sejmu przez jakąś mniejszość przy poparciu zagranicy i relatywnie wysokim poparciu  w kraju, może być skuteczną drogą do zakwestionowania wyniku wyborczego, ale też może prowadzić do przejęcia władzy bez procedury wyborczej. Jest tylko kwestią czasu i okoliczności, kiedy ten scenariusz ponownie  zostanie uruchomiony.  

 

W wyniku wymiany pokoleniowej i narastających konsekwencji budowy społeczeństwa otwartego, powoli zanika podział, postkomuniści kontra Solidarność. Rodzi się nowy: między Europejczykami – czyli oświeconą, wykształconą, demokratyczną i tolerancyjną opinią publiczną z dużych miast a typowym ciemnym tubylczym ludem, niewykształconym, ksenofobicznym, leniwym i katolickim zaściankiem. Ten kwantyfikator jest tak długo prawdziwy jak długo lemingi są poddane dominującemu ciśnieniu medialnemu. W tym miejscu dotykamy kwestii procesu rodzenia się nowego  podziału ideowego.  Nie powstaje on w wyniku świadomego wyboru dokonywanego przez  tzw. słoiki, w wyniku przekonania ich  do nowych  idei,  ale dokonuje się poprzez odcięcie się  przyszłych lemingów od swych korzeni, od rodzinnych domów i tradycji, z których pochodzą. Wystarczy przekonać młodych, aby zrezygnowali z niedzielnych Mszy św. To wystarczy, aby w większości wsiedli do pociągu Owsiaka, aby uwierzyli, że należą do nowego lepszego świata i od zawsze są z miasta, z korpo, że są lepsi. Chcąc nie chcąc, tym sposobem  sami stają się ofiarami, a zarazem zwolennikami antyrepubliki i gejfaszyzmu.

 

Jedną z zasadniczych konsekwencji tej przemiany jest objawiająca się w coraz większym stopniu  dezintegracja wspólnego kodu kulturowego, która jest konsekwencją odrzucenia Boga jako centralnego punktu odniesienia i patriotyzmu jako nieuzasadnionego ograniczenia, kiedy Europa ofiaruje dobrobyt i status. W ten sposób rodzi się wiara, że „polskość da się oderwać od katolicyzmu..”[7] i nic się nie stanie, bo w ich subiektywnym odczuciu tak właśnie jest. Czym zatem ma być Polska bez katolicyzmu, bez patriotyzmu, a zarazem bez komunizmu?

 

W coraz mniejszym stopniu umiemy się komunikować między sobą. Więzi między pokoleniami nie umiała do końca zerwać komuna, choć prowadziła przez całe dziesięciolecia  konsekwentną politykę wynaradawiania. Niestety wbrew wielu opiniom poczyniła wielkie postępy. Dlatego nowe idee, zwłaszcza liberalizm przyniesiony zza oceanu wraz z powiewem wolności,  tak szybko mógł się rozwinąć do roli idei wiodącej. Najjaskrawszym publicznym przykładem obcości polskiego kodu kulturowego są publiczne wypowiedzi polityków Nowoczesnej, często PO. Symptomatyczne jest dla nich powoływanie się na bycie w Europie, w  Unii i traktowanie instytucji międzynarodowych jak własnych, krajowych, wyrażające się między innymi w nawoływaniu rządu RP do przyjmowania międzynarodowych deklaracji przez aklamację[8]. Innym przykładem co jakiś czas są wypowiedzi, na tematy dotyczące historii Polski lub funkcjonowania państwa. Okazuje się, że znajomość elementarnych faktów z  historii i kultury polskiej na poziomie szkoły podstawowej jest dla wielu zbyt trudna. Również  niewiele mają do powiedzenia na konkretne tematy, szczególnie w dziedzinach, w których należy podjąć się obrony istotnych interesów państwa, czy postawienia się wobec zakusów państw naszej bliskiej zagranicy. Negatywne skutki społeczne, kulturowe i ekonomiczne globalizacji są przez nich traktowane jako uzasadnione koszty rozwoju i postępu. Na kontrargumenty odpowiadają epitetami, emocjami i agresją przy jednoczesnym opowiadaniu piramidalnych bzdur powołując się na tzw. prawa rynku.[9] Emocja zamiast merytorycznego argumentu.                                        Zamyka to drogę do rzeczowej debaty, nikt nikogo nie słucha, nawet prywatnie. Rodzi to agresję i histerię napędzaną przez media i Internet. W ten sposób spór polityczny przeradza się w nieustającą burdę uliczną. Walczą ze sobą już nie obozy polityczne, a dwa „plemiona”. Jedno mówiące językiem polskim, drugie raczej  narzeczem polskim. Tym samym sens wspólnoty narodowej i państwowej jest poddany procesowi erozji i rozmyciu. Walka o umiędzynarodowienie Polaków (w Europie dotyczy to wszystkich nacji) ma również krytyczny wpływ na reinterpretowanie systemu republikańskiego, nie chodzi tylko o to, że obóz europejski przegrał wybory przez pomyłkę, w wyniku błędu, ale przede wszystkim o to, że nie ma zgody na rzeczowy język, na konkurencyjny program, na inną wizję Polski, niż ta, która jest w rzeczywistości surogatem samej siebie. Jest państwem teoretycznym, jest antyrepubliką, a na to zgody być nie może.

 

Suwerenność, a republikańska  podmiotowość.

Niewątpliwie III RP jest państwem niepodległym z własnym rządem, pochodzącym z wewnętrznego procesu politycznego. Natomiast architektura finansowa – gospodarcza nie jest w pełni polska. W praktyce oznacza to działanie systemu, który nie można zgodnie z tradycyjną miarą dziewiętnastowieczną określić jako w pełni suwerenny. Poprzez ustrój ekonomiczny władza publiczna – rząd, parlament i sądy podlegają rozlicznym ograniczeniom i koniecznościom mających swe źródła poza granicami republiki. Drugim elementem wywierającym stały wpływ na bieg spraw ma obecnie obowiązujący ustrój republiki zbudowany na zasadzie autonomiczności instytucji organizacji państwowej. Pierwszym i najbardziej dobitnym przykładem jest zasada organizacji działania rządu, który składa się z niezależnych ministerstw, na ogół realizujących samodzielne polityki sektorowe.  Głośnym przykładem z ostatnich lat są zagraniczne zakupy technologii i systemów militarnych czy informatycznych, kosztem krajowej gospodarki i nauki. Przy czym bardzo wielu ekspertów i polityków uważa taki stan rzeczy za pożądany, choć nie wszyscy są gotowi przyznać to publicznie. Dzieje się tak za sprawą najsilniejszych grup interesów – niekoniecznie zagranicznych. W dużej mierze odpowiedzialność za ten stan jest wynikiem przyjętej dość powszechnie filozofii rządzenia – pojmowania sensu sprawczości polityki państwa, tzw. państwa minimum. Każda jednostka organizacyjna państwa realizuje własną politykę skupioną na zabezpieczeniu swojego budżetu i zakresu władzy, względem innych instytucji bez oglądania się na ważny interes publiczny.          Dynamiczna rzeczywistość polegająca na permanentnej zmianie domaga się polityk specjalistycznych – sektorowych, ale pojmowanych w sposób komplementarny w ścisłym powiązaniu z innymi politykami sektorowymi oraz elastycznego podejścia. Inaczej instytucje nie mogą działać dla dobra wspólnego, a państwo jako organizacja zatraca własny sens.  Przyjęte rozwiązania ustrojowe, jak i szczegółowe, są wynikiem przestarzałego systemu myślenia. Są konsekwencją braku naturalnej strategii rozwoju i projekcji siły sprawczej. Naturalna rynkowa  strategia rozwoju czerpie swój napęd  i kierunek z sumy decyzji biznesowych, które między innymi pochodzą z ograniczeń historycznych, kapitałowych, technologicznych, prawnych, społecznych, a przede wszystkim warunków konkurencji na rodzimym, międzynarodowym rynku i państwowej polityki wsparcia – kierunku rozwoju. Te ograniczenia wyznaczają tempo i bieżący horyzont zmiany. Aby polityka państwa stała się komplementarną wyznaczającą świadomy kierunek  rozwoju, system polityki wewnętrznej musi wynikać z procesu ucierania się decyzji pomiędzy wszystkimi grupami interesu republiki. Ten proces, jeżeli ma w naszych warunkach doprowadzać do efektu synergii, potrzebuje kompetentnej i spójnej polityki gospodarczej rządu, świadomości celu. Podmiotem prawa gospodarczego w Polsce są firmy krajowe i zagraniczne zarejestrowane w Polsce oraz rezydenci. W związku z tym w zależności od łańcucha powiązań biznesowych, np. kupujący – sprzedający oraz konkurencji pomiędzy branżami artykułowane są rozmaite interesy. Część z nich służy zagranicznym inwestorom, część rodzimemu kapitałowi. Zatem, jeżeli istotna część polskiego biznesu jest uzależniona od obcego kapitału, technologii, zbytu lub zakupu inaczej postrzega suwerenną politykę państwa, od tych firm, których biznes jest wyłącznie krajowy. Uwzględniając dodatkowo konieczności finansowe budżetu państwa, gwarancje bezpieczeństwa finansowego gospodarki, wojskowego i energetycznego, dostępu do zagranicznych rynków zbytu, oczywistym staje się przymus respektowania obcych interesów w wewnętrznym systemie republiki. Unia Europejska jest jedną z tych instytucji międzynarodowych regulacji, bez których nie może funkcjonować polityka polska, ani tym bardziej jej organizacja – państwo na obecnym poziomie, gdyż około 55% środków koniecznych do utrzymania płynności finansowej pochodzi od kapitałów transgranicznych.  Oznacza to, że o ile państwo mamy niepodległe, to już polityka wewnętrzna ani zagraniczna, nie mogą być w pełni suwerenne w starym sensie tego słowa. Ten paradygmat jest obecnie typowy również dla państw od nas silniejszych i większych. Bez wątpienia jest to konsekwencja amerykańskiej polityki wielkich obszarów, bardzo dobrze to widać w Republice Francuskiej, Republice Federalnej, Federacji Rosyjskiej, a nawet w Stanach Zjednoczonych czy Chinach. W związku z tym jesteśmy postawieni wobec wyzwania, jak w państwie  o ograniczonej suwerenności  ma się realizować  podmiotowa polityka,  jak odzyskać republikę?

 

Jeżeli instytucje państwa, jego system prawny podlegają rozlicznym ograniczeniom, a niepodległość jest między innymi kwestią międzynarodowego konsensusu i rozwój gospodarczy w dużej mierze oparty jest na zagranicznych inwestycjach oraz technologiach, to polityka polska jest pozbawiona swoich naturalnych sił napędowych i podmiotowych źródeł decyzji. Wykorzystując jednak w sposób świadomy swoje zasoby i dotychczasowe osiągnięcia należy wyodrębnić te miejsca i obszary, w których istnieje naturalna suwerenność i należy ją rozwinąć – przekształcić w silę poprzez zmianę przede wszystkim jakościową. Podstawą żywotności każdej zakorzenionej wspólnoty jest chęć  poszukiwania lepszego życia. Przy czym nie należy tej kategorii utożsamiać jedynie z ekonomią i materialnym dobrobytem, bo ekonomiczny sukces można indywidualnie osiągnąć i pod obcą banderą. Siła tkwi w duchowym dziedzictwie pokoleń[10] , w nieustanym dojrzałym odnajdywaniu swej tożsamości osobistej i zbiorowej. W poczuciu sensu życia i bezpieczeństwa.  Identyfikacja jest jedyną drogą do budzenia potrzeb duchowych, które wyprowadzają nas poza bieżące konieczności egzystencji, poza sferę osobistego egoizmu i konformizmu na rzecz pełnego życia[11]. U ludzi i środowisk, które tego doświadczają widać wyraźnie, że nasze „ja” bardzo szybko przeradza się w nasze „my”. Jednym z dobrych przykładów w ostatnich latach jest ilość nowych lokalnych i krajowych stowarzyszeń, których liczba i żywotność  wciąż rośnie, a ich wpływ na sprawy społeczne i państwowe jest coraz większy. Wystarczy przypomnieć takie inicjatywy jak wywalczenie krajowych obchodów święta Trzech Króli, Marsz Niepodległości, słynne sześciolatki, frankowicze itd. Ilość stowarzyszeń lokalnych o różnym charakterze rośnie równie dynamicznie i w dużej mierze są one autonomiczne. Najmniej korzystnie te zjawiska przedstawiają się w środowisku krajowych przedsiębiorców, które w zdecydowanej większości jeszcze nie potrafi dostrzec dla siebie korzyści w tych formach działania, a przecież jest wiele przykładów wskazujących na sukcesy takich inicjatyw. O ile nie przezwyciężmy egoistycznego lęku, nie podejmiemy się współdziałania, o tyle polska polityka wielkich obszarów zostanie jedynie iluzją.

 

Aby upodmiotowić republikę należałoby tak zmienić system polityczny – ustrojowy, który umiałby wykorzystać tę energię i zapał do pracy dla dobra wspólnego na poziomie samorządu i polityki krajowej. Państwo potrzebuje w sferze ekonomicznej większego zaangażowania przedsiębiorców do łączenia zasobów i kompetencji w spółki prawa handlowego, niż pracy opartej na  egoizmie i strachu przed oszustwem. Słabość tego paradygmatu ma istotny wpływ na wydajność, która jest zdecydowanie niższa w przeliczeniu na jednego mieszkańca w porównaniu nawet do naszych mniejszych sąsiadów[12]. Podniesienie wydajności biznesu nie jest możliwe bez poprawy w tej dziedzinie na wszystkich poziomach organizacji państwa. Jeżeli interes firmy, branży – organizacji, będzie stał powyżej naturalnej kooperacji z innymi, a obywatel, menedżer, przedsiębiorca i polityk będą petentami zgodnie ze wschodnim i pruskim modelem kultury urzędniczej, która obecnie  bardzo dobrze przeniknęła do lewicowo-liberalnej mentalności, to wciąż będziemy rozwiązywać abstrakcyjne problemy. Obecnie państwo polskie posiada wszystkie typowe agendy istniejące i działające w państwach nowoczesnych. Jednak gdy zaczniemy analizować, która z dziedzin jest sprawna i efektywna w swej misji, okazuje się, że w większości  mamy do czynienia ze standardowym lub pozorowanym działaniem z jednej strony, a mnożeniem przeszkód z drugiej.  Zmiana ustroju liberalnej republiki na rzecz republiki narodowo-demokratycznej rozumianej, jako republika rzeczywista, a nie teoretyczna jest warunkiem koniecznym, aby rozwój był dostępny dla wszystkich obywateli. Do tego konieczne jest przełamanie monopolu w mediach i ośrodkach opiniotwórczych. Bez wygrania wojny ideowej w mediach, wyparcia antywartości z głównego przekazu, każda zmiana będzie powierzchowna i przejściowa. Patologia zachowań społecznych rodzi się z grzechu, a więc naturalnie i nieustanie odradza się, gdy tylko presja znika.

 

Media eksplorują grzech jako swój podstawowy zasób, a zarazem atut w walce o uwagę odbiorców. Są z natury rzeczy zainteresowane pokazywaniem, a przez to tworzeniem takiej rzeczywistości, w której relatywizm norm jest jedyną normą. Do niedawna dyktatura czwartej władzy miała przemożny wpływ na tłumaczenie, że zjawiska patologiczne są standardem bogatego i postępowego świata, że są naturalne i oczekiwane. Dlatego  jednym z najważniejszych  zadań jakie ma przed sobą Narodowa Demokracja 2.0, jest dążenie do wytworzenia własnego ogólnokrajowego  ośrodka opinii.

 

Demografia i rewolucja 4.0 rzuca wyzwanie republice.   

Najważniejszym dziś wyzwaniem przed jakim stoi od tysiąca lat Rzeczpospolita jest jej demografia. Współczynnik zastępowalności pokoleń na poziomie 1,3 skazuje nas na wymarcie jeszcze w tym stuleciu. Opisywanie  trendów  w demografii nie podlega twórczej ewaluacji. Tu fakty są twarde. Jeżeli w ciągu obecnej i następnej dekady nie uda się tego odwrócić, realizacja reszty zadań jest bezcelowa. W latach 2013-2015 ONZ przeprowadziła kolejne badania i symulacje zmian demograficznych jakie dokonają się na świecie do końca obecnego stulecia. Przeprowadzono 600 tys. symulacji przy zmiennych założeniach, aby uzyskać miarodajny wynik. Dla Polski i jej regionu ujętego wraz z Rosją, Niemcami oraz Rumunią i Bułgarią wyniki są mało optymistyczne. „Projekcja dla Europy Wschodniej pokazuje najbardziej dramatyczne spadki. O ile Rosja do 2100 roku straci jedynie 18,1% mieszkańców, o tyle Ukraina 41,1%, a Polska 42,3%. Mimo tych trudnych do wyobrażenia sobie wskaźników, Ukraina i Polska nie będą liderami spadków, gdyż największą część populacji stracą Mołdawia(-54,4%),Bułgaria(-52,4%) i Rumunia(-45,2%). Żaden kraj nie ma odnotować wzrostu ludności a jedynie w przypadku Czech spadek będzie mniejszy niż w Rosji (-16,6%).”[13] Natomiast zmniejszenie populacji w Republice Federalnej osiągnie 21,6%. Wioski nasuwają się same szczególnie kiedy uwzględnimy zmiany wśród populacji w wieku produkcyjnym, a tu nasz ubytek jest najbardziej dramatyczny na tle regionu sięgający 56,5%.[14] Jeżeli taki san rzeczy się utrzyma nasze państwo będzie tak słabe, że może nie być już mowy o suwerenności, a jedynie o  szerszej lub węższej autonomii. Przedstawione badania dotyczące naszego kraju nie uwzględniły nowej polityki prorodzinnej, a potraktowanie tego wyzwania ze śmiertelną powagą daje szansę na odwrócenie się trendu, choć potrwa to dość długo. Niestety wśród wielu środowisk endecko – narodowych, za wyjątkiem Prawicy Rzeczypospolitej, zagadnienie to wciąż jest marginalne, a komentarze na różnych forach dyskusyjnych są bardzo podobne do tych w środowiskach lewackich i liberalnych. Bredzenie, że jakaś polityka podatkowa jest w stanie zmienić dotychczasowy trend demograficzny jest wyrazem ignorancji i zwykłej głupoty wynikającej miedzy innymi z powszechnego zjawiska infantylizacji życia publicznego oraz zamykania oczu na niechcianą rzeczywistość. Polityka demograficzna – prorodzinna wymaga szerszego, a zarazem głębszego rozpoznania zjawisk jakie je tworzą, tym bardziej kiedy uświadomimy sobie wzajemne związki pomiędzy innymi politykami. Aby szukać rozwiązań mogących wesprzeć obecny program rządu 500+, należy wyjaśnić jaki wpływ na dzietność i stabilność rodziny ma polityka senioralna, w tym system emerytalny. Jak na te polityki wpływa polityka podatkowa, socjalna, model rozwoju gospodarczego, czy presja międzynarodowych regulatorów w polityce wielkich obszarów. Jeżeli na tym wyzwaniu nie skupimy energii i zasobów, skutki tej katastrofy dotkną już obecnych dwudziestolatków.

 

Zagadnienie demografii ukazuje nam jeszcze jedno zjawisko. Dynamikę zmian społecznych, która przetwarza wartości i dotychczasowy ład życia zbiorowego, w tempie do tej pory w historii zauważalnym tylko w przypadku katastrof – znikania cywilizacji z mapy historii. Wystarczyły trzy pokolenia, aby populacja narodu zaczęła dosłownie znikać, jednocześnie zmieniając własną strukturę na coraz słabszą społecznie. My na co dzień żyjemy tak, jakby ta sprawa nas nie dotyczyła, jej w naszej świadomości trudno szukać.[15]  Dlatego inne wyzwania przed jakimi stoi nasza wspólnota i państwo muszą być podporządkowane pod rozwiązanie tego dziejowego zagadnienia. Rozwój gospodarczy może być realizowany różnymi metodami i dla różnych celów. Od czasu trzeciej niepodległości gospodarkę pod przemożnym wpływem liberalnej dogmatyki tzw. praw rynku przedstawia się  jako zjawisko apolityczne z mocną tezą, że czym mniej państwa, tym lepiej. W tym samym czasie najważniejsi kreatorzy ekonomiczni na świecie realizowali z pełną determinacją ekonomię polityczną przy aktywnym wsparciu rządów. Każda polityka ekonomiczna,  a zwłaszcza ta określana mianem wolnego rynku zawsze była polityką interwencjonizmu państwa, była – jest ekonomią polityczną. Obecna reakcja Donalda Trumpa na obowiązujący model polityki wielkich obszarów, model stworzony przez Stany Zjednoczone  jest wynikiem oceny efektów drugiego etapu globalizacji. Stąd już decyzje nowej administracji o nieratyfikowaniu wszystkich nowych umów o wolnym handlu, gdyż w ocenie wielu ekspertów i biznesmenów amerykańska gospodarka nieustanie słabnie[16], a jednym ze skutków globalizacji jest spostrzeżenie, że amerykańska  republika się chwieje w swych fundamentach.[17]  Tym razem wybór dalszej ścieżki rozwoju  Ameryki nie będzie wynikiem diagnoz  ekonomicznych szarlatanów z tytułami naukowymi i nagrodami Nobla, opłacanymi przez rynki finansowe, ale politycznej kalkulacji wynikającej z dotychczasowych osiągnieć np. w wymianie handlowej z Chinami lub Republiką Federalną. Zmiana jakiej chce dokonać nowa administracja, aby nabrała trwałego charakteru, potrzebuje zasadniczo rewolty w kulturze.

 

Podobnie jest w Europie i u nas. Jeżeli jesteśmy zainteresowani zwrotem w kierunku endeckim – podmiotowym,  potrzebujemy kontrrewolucji idei. Bez polskiej polityki kulturalnej, która wydobywa najbardziej wartościowe jej pierwiastki, bez jej świadomego skomercjalizowania, polski biznes wciąż będzie walczył o uznanie polskiej marki, jako marki zaufanej,  a anglosaska popkultura, bez przeszkód będzie szerzyć spustoszenia w naszych głowach, jednocześnie nieustanie pozyskując dla idei społeczeństwa otwartego nowe rzesze zwolenników. Ta dziedzina jest drugim obok demografii polem, na którym rozstrzygnie  się czy wygrają Polacy czy polactwo. Bez świadomej komercjalizacji polskiej kultury popularnej  i wysokiej w kraju i poza granicami Polska polityka wielkich obszarów nie będzie możliwa na skalę naszego potencjału. Bez niej nie ma silnego państwa.

 

Trzecim zagadnieniem, które ma bardzo istotny wpływ na stworzenie fundamentów podmiotowości państwa polskiego jest polityka bezpieczeństwa. Zwłaszcza energetycznego i szeroko rozumianego wojskowego[18]. Uzyskanie w tych dziedzinach realnej samodzielności zmieni pozycję naszego państwa z przedmiotu gry międzynarodowej na jeden z ważnych podmiotów,  pod warunkiem, że w kraju nastąpi zmiana trendu demograficznego na rosnący. Jeżeli w ciągu nadchodzącej dekady  większość zapowiadanych zmian zostanie wdrożona, to staniemy się państwem odpornym na większość szantaży i nacisków naszych dużych sąsiadów lub międzynarodowych ośrodków regulacyjnych. Te polityki bezpieczeństwa są również warunkiem udziału w nadchodzącym skoku technologicznym świata. Naszą  ukrytą szansą w tych dziedzinach jest wprowadzenie krajowej nauki i gospodarki do rewolucji 4.0. Nastąpi ona bez względu na to czy nasze państwo, jego elity będą miały w tym względzie poglądy dojrzałe czy niedorzeczne. Rewolucja 4.0 niesie ze sobą wiele nowych możliwości i nie nastąpi ona w dalekiej przyszłości, gdyż już się rozpoczęła.  Laser zamiast fal radiowych, drukarki 3 D, cyfryzacja organizacji państwa, czy autonomiczne roboty i inteligentne sieci informacji. Te i bardzo wiele innych dziedzin ulegnie przeobrażeniu teraz, a nie za dwie trzy dekady, o ile w gospodarkę światową nie uderzy ekonomiczne tsunami. Zjawisko zastępowania ludzi przez elektronikę i automatykę nawet w usługach na masową skalę będzie redukowało miejsca pracy i jednocześnie bazę podatkową.  Skutki tych zmian dla struktury społecznej porażonej  w coraz większym stopniu patologiami GLTB, depopulacją  oraz atomizacją społeczną, nałożą się na siebie, tworząc masę rewolucyjną lub nihilistyczną, której ewentualny wybuch byłby porównywalny do rewolucji jakobińskiej. Obojętnie, który ze scenariuszy będzie miał miejsce, republika i wspólnota narodowa są zagrożone, choć dziś podobnie jak w przypadku demografii trudno uznać to za konkretne, a także rzeczywiste zagrożenie, gdyż na co dzień towarzyszy nam złudzenie ładu i wolności. Nie mniej jednak, bez względu na naszą osobistą opinię, te procesy dzieją się wokół nas. Powstrzymanie – ograniczenie lub wyzyskanie skutków społecznych i politycznych nadchodzącej Rewolucji 4.0 jest domeną polityki i organizacji państwowej. Jeżeli tak, jak do niedawna, elita polityczna i uniwersytecka, nie będzie zainteresowana tym, aby państwo w sposób świadomy przyjęło na siebie skutki niekorzystnych zmian społecznych, a zarazem zmusiło zwłaszcza duży transgraniczny  biznes do „prywatyzacji” części skutków swojej działalności, to Polska w dłuższej perspektywie może tej zmiany nie przetrwać. Zostanie zmajoryzowana przez Niemcy i Francję.  Wszystkie tu wymienione zasadnicze wyzwania jakie stoją przed Republiką Polską stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie, ale jednocześnie szansę na miarę jej dziejów.  Gdyby kontrrewolucja idei rozwinięta przez ND miała stać się jedną z głównych alternatyw w przyszłości, to już dziś musi pozyskać szerokie kręgi zwolenników, zwłaszcza wśród tych, którzy chcą aspirować do elity państwa.

 

Obecny moment dziejowy narzuca nam konieczność widzenia polityki dalej, niż następne kampanie wyborcze. Trzeba podobnie jak: Stanisław Piasecki, Adam Doboszyński, Wiesław Chrzanowski, Wojciech Wasiutyński, Stefan Wyszyński i Jan Paweł II dostrzec najgłębszy wymiar toczącej się walki. Nie możemy stracić z oczu perspektywy z jakiej Roman Dmowski widział politykę w „Myślach nowoczesnego Polska” oraz w „Kościele, Nardzie i Państwie”. Kardynał Hlond jako pierwszy zdefiniował ją jako wojnę ludzi cywilizowanych z cywilizacją śmierci. W miarę oddalania się od czasów PRL-u, ucieka nam dostrzeganie właśnie tego podłoża dokonujących się zmian. Prawie już zapomnieliśmy czym jest polityka totalna, a w nadchodzącym czasie ku temu właśnie zmierza nowa rewolucja lewacko-liberalna, do fasadowej i kosmopolitycznej republiki realizującej totalną politykę w praktyce.  Podmiotowość republiki jako ustroju nie jest możliwa bez podmiotowości narodu. Ona jest możliwa jedynie wówczas, kiedy tradycyjne struktury społeczne, a więc rodzina oraz wartości Bóg –Honor – Ojczyzna są żywą treścią życia zdecydowanej większości. Utracenie tego co jeszcze dziś nie do końca zatracone, lecz żywe poprzez porzucenie tego w imię osobistych interesów i wąskiego zakompleksionego horyzontu myśli politycznej, jest zbrodnią równą zdradzie stanu. Dlatego  upatrywanie swej szansy jedynie w pracy nad wygraniem w kolejnych wyborach mandatu politycznego, będzie zamykać endecji drogi do wpływania na bieg spraw publicznych i państwowych innymi środkami.  Najnowsza historia daje nam dowody, że nawet nie mając decydującego wpływu na bieg spraw politycznych można w istotny sposób wpływać na kształt polityki polskiej. Za sprawą LND (1957-60) myśl endecka wchodzi z cienia pomimo sprzeciwu aparatu politycznego PRL-u i sekowania jej przez twz. lewicę laicką i katolicką oraz tzw. liberałów, a do publicznej debaty drugiego obiegu za sprawą Wiesława Chrzanowskiego i Ruchu Młodej Polski[19]. Konsekwencją tego jest między innymi statut Solidarności i pozbycie się doradców z KOR, z pierwszego jej zarządu.[20]  Ustawa o Ochronie życia nienarodzonych – choć niedoskonała, zniszczyła podstawy cywilizacji śmierci, wyrwała zęby lewicy i w konsekwencji rozpoczęła proces przesuwania się kolejnych pokoleń na prawo.[21]  Ustanowienie ministerstwa ds. polityki morskiej przez LPR wydobyło naszą gospodarkę morską z niebytu, Stowarzyszanie Marsz Niepodległości bezpośrednio wpłynęło na odradzanie się tożsamości i wspólnoty narodowej w znacznej mierze przyczyniając się do obecnego zwrotu na prawo i powstrzymaniu marszu LGBT i lewactwa. Podane tu przykłady świadczą jednoznacznie, że można wywierać realny wpływ na politykę polską, być jej współgospodarzem.

 

Nie wskazałem tu innych ważnych wątków, które miały pośredni lub bezpośredni wpływ na bieg zasadniczych spraw publicznych, to jednak bez tych działań, choć czas za każdym razem był niewłaściwy i brak było sprawczej większości, można było uzyskać imponujące rezultaty.  Dobrym tego przykładem jest historia obowiązującej (w obecnej konstytucji) definicji rodziny, ten zapis jest kolejną osobistą zasługą Wiesława Chrzanowskiego, choć w tym czasie nie pełnił on wpływowych funkcji państwowych. Gdyby nie jego determinacja już od dawna bylibyśmy kolejnym państwem gejowskim. Czekanie na idealne warunki jest zwyczajną głupotą, jest zdradą endeckiej drogi. Zmianę wykuwa się tu i teraz.

 

Tekst pochodzi z 38. numeru kwartalnika „Myśl.pl”.

 

Piotr Zych- zastępca redaktora naczelnego „Myśl.pl”, przedsiębiorca. Od 1979r. w środowisku ILO Ruchu Młodej Polski. Założyciel  Ruchu Harcerzy Polskich 1981, w latach 1985-89 współtwórca  poznańskiego środowiska Młodzieży Wszechpolskiej, represjonowany w stanie wojennym, członek założyciel ZCHN, obecnie w  Stowarzyszeniu  Nowoczesnego Patriotyzmu i stowarzyszeniu Endecja.           

 

 

[1] Oczywiście istniała endokomuna – PAX, jednak wiodące środowiska endeckie – katolicko – narodowe były jednoznacznie antykomunistyczne.  

[2] Wiesław Chrzanowski Historia-Polityka-Idee” Piotr Miercki „Kilka uwag o postrzeganiu najnowszej historii Polski …..” s87

[3] Jest to nieustanne źródło naszej słabości, wciąż dalekie do przezwyciężenia, ale przez większą część elity politycznej i intelektualnej  już zapomniane. 

[4] Benito Mussolini. „Doktryna faszyzmu”. 1935

[5] Myśl.pl nr 37(1/2017) „Kontrrewolucja” Trumpa- amerykańskie wybory 2016”

[6] Jest to oczywiście uproszczenie, gdyż nieodpowiedzialność biznesu jest konsekwencją tego, że polityka  i państwo nie nadążają za tempem zmian,  jest to skutkiem perspektywy kadencyjnej polityki – te państwa, w których jakiś obóz polityczny rządzący więcej niż dwie kadencje ma szansę realizować politykę z większym sensem i zmieniającymi się potrzebami – RFN, USA są najlepszym tego przykładem, choć niedoskonałym. 

[7] Odwrócenie znanego cytatu Romana Dmowskiego z „Kościół Naród Państwo” 1926

[8] Wystąpienie posła Schetyny w radiu TOK FM w przeddzień Sześćdziesięciolecia obchodów utworzenia UE

[9] Sztandarowym przykładem jest np. pan Żakowski, ale i paru telewizyjnych profesorów.  

[10] Np. „Czwarte Pokolenie” Wojciech Wasiutyński

[11] Kościół, Naród, Państwo R. Dmowski 1926 

[12] Nie jest to jedyny powód niskiej wydajności, ale w nim tkwi niskie tempo rozwoju organizacyjnego i technologicznego. 

[13] Mateusz Łakomy Polityka Polska nr 1-2(21-22) Styczeń- Luty 2017 „Bezpieczeństwo demograficzne Europy w XXI wieku”.s.59

[14] ibidem

[15] Gdyby nie program 500+ medialni eksperci i komentatorzy nie poruszaliby tego zagadnienia tak jak miało to miejsce do rozpoczęcia kampanii wyborczej 2015 roku. 

[16] „Polityka wielkich obszarów, czy nastąpi trzecia globalizacja.” Polityka Polska nr 7-8(15-16)2016 s. 48

[17] „Kontrrewolucja” Trumpa-amerykańskie wybory 2016 Myśl.pl nr 37(1/2017)s.28

[18] Polityka obronna i bezpieczeństwa wymaga szerszego i oddzielnego omówienia ze względu na jej specjalistyczny charakter – Myśl.pl nr34(2/2015) s.22

[19] T. Sikorski „O kształt polityki polskiej. Oblicze ideowo-polityczne i działalność Ruchu Młodej Polski (1979-1989)”   

[20] „Wiesław Chrzanowski Historia – Polityka- Idee”. Henryk Klata „Autorytet ponad podziałami” s. 77

[21] Jak wiemy w Europie Zachodniej prawica już raczej nie jest prawicowa a jedynie kapitulancka bądź libertyńska np. FN itp.