Niedawno wystartowała w Polsce nowa partia polityczna – Wiosna Roberta Biedronia. Silnie promowana w mediach głównego nurtu od razu zaczęła notować stosunkowo wysokie, jak na nowy twór polityczny, wyniki w sondażach – w okolicach 10 procent poparcia. Warto jednak zastanowić się co daje Wiośnie tak dużą popularność.

 

Pozwolę sobie już na wstępie dać odpowiedź, którą w dalszej części artykułu uzasadnię. Brzmi ona: przewaga medialna. I nie chodzi tu nawet o przewagę medialną konkretnie samego Biedronia, co bardziej swoistego środowiska politycznego, które reprezentuje. Środowisko to mógłbym określić jako „lewacki antypis”. Jest to swoisty niepisany sojusz różnych partii politycznych i innych organizacji społecznych o mniej lub bardziej lewicowym charakterze, których aktualnie najważniejszym celem jest odsunięcie PiS od władzy.

 

Środowisko to niestety dysponuje zdecydowanie największym zasięgiem medialnym. Trafia ze swoim przekazem, w przeciwieństwie do mediów o charakterze prawicowym i konserwatywnym, nie tylko do osób o bardzo wyrazistych poglądach, ale także do tzw. „zwykłego Kowalskiego”. „Zwykły Kowalski” nie interesuje się polityką, nie bardzo ma chęć wnikać w szczegóły toczących się aktualnie spraw. Czasem tylko przeglądnie nagłówki w największych portalach internetowych, oglądnie któryś z popularniejszych telewizyjnych serwisów informacyjnych bądź posłucha którejś z bardziej znanych rozgłośni radiowych.

 

I siłą rzeczy zazwyczaj natrafi na przekaz „głównego nurtu”. Przekaz redagowany przez dziennikarzy Gazety Wyborczej, TVN, Polityki i tym podobnych mediów, o bardzo sprecyzowanych sympatiach politycznych. I dlatego „zwykłemu Kowalskiemu” może wydawać się, że Robert Biedroń to postać w polityce świeża, bardzo sprawny samorządowiec, osoba wręcz nieposzlakowana, w dodatku bardzo sympatyczna.

 

Prawda jest jednak zgoła inna. Robert Biedroń już w latach 90-tych zapisał się do Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Następnie działał w SLD, z którego ramienia w 2005 roku startował, bez powodzenia, w wyborach parlamentarnych. W latach 2011-2014 był posłem Ruchu Palikota (przemianowanego w 2013 roku na Twój Ruch) – partii która w kolejnych wyborach parlamentarnych nie zdobyła mandatów.

 

W 2014 roku został wybrany prezydentem Słupska i najprawdopodobniej dzięki temu uniknął popadnięcia w polityczny niebyt, jaki dosięgnął innych działaczy Twojego Ruchu po 2015 roku. W trakcie pełnienia tej funkcji nie zrealizował wielu przedwyborczych zapowiedzi. Nie obniżył cen komunikacji miejskiej, nie wprowadził Karty Słupszczanina, nie zbudował miejskiego aquaparku… nie będę przynudzał dalszym wymienianiem niespełnionych obietnic Biedronia, ale zainteresowanych zachęcam do „wygooglania” sobie jego „osiągnięć”.

 

I teraz ta osoba jest nam przedstawiana jako nowa jakość w polskiej polityce, uroczy gej, który kocha wszystkich i sprawny samorządowiec. Wyobraźmy sobie co te same media, które teraz promują partię Roberta Biedronia, mówiłyby gdyby podobne „sukcesy” miał na koncie któryś z liderów na prawicy. I jakie miałaby jego świeża inicjatywa poparcie w sondażach.

 

Widać jak potężną siłę mają wielkie media i jak wiele jeszcze jest do zrobienia, by dominujący w naszym kraju przekaz medialny był tworzony przez ludzi prawdziwie zatroskanych o dobro ojczyzny.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: YouTube/PRESS.WARSZAWA

 

W niniejszym artykule, chcę przedstawić koncepcję racjonalnego, opartego na przesłankach naukowych wyznaczania granic miast i wsi. Takiego ich ustalania, by były one zgodne z, nazwijmy to, urbanistyczną rzeczywistością.

 

Zacząć muszę od tego, że obecne zasady ustalania granic miejscowości opierają się na pewnym błędnym, moim zdaniem, założeniu, iż każdy skrawek powierzchni państwa musi być przypisany administracyjnie do jakiejś konkretnej miejscowości – miasta lub wsi. Prowadzi to do takich absurdów jak na przykład fakt, iż najwyższym punktem Zakopanego jest Świnica – szczyt na granicy ze Słowacją, o wysokości 2301 m n.p.m. Każdy, kto był na Świnicy wie, jaki to absurd. Ze Świnicy do faktycznego Zakopanego daleka droga. Tak więc pierwszym punktem nowej koncepcji zasad delimitacji miejscowości jest rezygnacja z założenia, iż każdy fragment lądu musi być przypisany pod konkretną miejscowość.

 

No dobrze – może ktoś powiedzieć – ale przecież to tylko granice administracyjne. Wiadomo, że granice stref zabudowy, stref zurbanizowanych są inne. No właśnie tak, i dlatego – po co sobie utrudniać życie, sztucznie rozdzielając te dwie rzeczy? Jeśli wprowadzimy granice administracyjne, powiedzmy, mniej więcej zgodne z rzeczywistymi granicami obszarów zurbanizowanych (miasta) lub terenów o zabudowie wiejskiej (wsie), uzyskamy ważne korzyści. Pierwszą, choć może najmniej niektórych przekonującą, jest po prostu życie w prawdzie. Odtąd statystyki, badania pokazujące liczebność i powierzchnię miast i wsi będą faktycznym odzwierciedleniem rzeczywistości. Jaki odsetek ludności kraju prowadzi miejski tryb życia, jak wyglądają trendy jeśli chodzi o migracje na linii miasto-wieś itd. Drugą, ale o tym szerzej nieco później, jest możliwość bardziej skutecznej ochrony środowiska naturalnego.

 

W związku z rezygnacją z zasady, że każdy fragment lądu musi być przypisany pod konkretną miejscowość, należy wprowadzić na poziomie administracyjnym podział na tereny zamieszkane (ekumena) i niezamieszkane (anekumena), względnie można jeszcze wprowadzić kategorię subekumeny, jako rejonu o bardzo niskim zasiedleniu lub intensywnie użytkowanego, ale nie zamieszkanego przez ludzi. W najprostszej koncepcji zarówno ekumeny (czyli miejscowości), jak i anekumeny byłyby zarządzane na poziomie gminy (tutaj oczywiście można dyskutować – celowo nie rozstrzygam tego tematu). Przykładowo: Obecnie małopolska gmina Trzebinia składa się z następujących jednostek:
– miasto Trzebinia
– Bolęcin
– Czyżówka
– Dulowa
– Karniowce
– Lgota
– Młoszowa
– Myślachowice
– Piła Kościelecka
– Płoki
– Psary.
Po proponowanej zmianie składałaby się z dokładnie tych samych jednostek plus, nazwijmy to roboczo, „anekumeny gminy Trzebinia”, zarządzanej przez władze gminy. Anekumena byłaby stworzona poprzez wykrojenie z terenu obecnych sołectw i miasta Trzebinia terenów de facto niezamieszkanych.

 

Kolejnym nasuwającym się tu pytaniem jest: jak więc wyznaczyć te granice? Okazuje się, że odpowiedź stworzyło już państwowe norweskie biuro statystyk Statistisk sentralbyrå. Owa definicja brzmi następująco: zwarty teren zabudowany jest to obszar, gdzie odległości miedzy budynkami wynoszą do 50 m, nie licząc odległości tworzonych przez obiekty infrastruktury miejskiej, takie jak parki czy tereny przemysłowe, a także rzeki; skupiska budynków oddalone do 400 m od zwartego terenu zabudowanego również są wliczane w teren danego obszaru zabudowanego. Ja osobiście dodałbym jeszcze adnotację, że teren do 200 m od granic zabudowy trakuje się jako teren danej miejscowości. W przypadku gdy tereny zabudowy dwóch miejscowości do siebie przylegają (jak np. w rzeczonej gminie Trzebinia miasto Trzebinia i wieś Młoszowa) jest kwestią decyzji lokalnych władz, najlepiej po odpowiednich konsultacjach społecznych lub referendum, czy miejscowości te administracyjnie łączyć, czy nie.

 

Teraz wrócę do kwestii ochrony środowiska. Otóż tereny anekumeny z automatu zostałyby objęte jakąś (nie chcę tu precyzować jak ścisłą) formą ochrony przyrody czy ochrony krajobrazu. Pozwoliłoby to ukrócić możliwość łatwego stawiania budynków na terenach naturalnych. Odpowiednie prawo powinno zachęcać do budowania na terenach przyległych do istniejących już terenów zabudowanych, a zniechęcać, czy wręcz uniemożliwiać, jeśli nie ma ku temu obiektywnych, poważnych powodów, stawianie budynków na terenach dotąd, mniej lub bardziej, dziewiczych. Dzięki temu łatwiej byłoby chronić tereny naturalne przed destrukcyjną ekspansją ludzkiej zabudowy.

 

Teraz przejdźmy do praktyki w wyznaczaniu granic miejscowości. Za przykład wezmę Kraków – miasto w którym mieszkam, więc znam dość dobrze jego fizjonomię.

 

Obecne granice administracyjne Krakowa przedstawiają się w poniższy sposób:

 

Widać, że administracyjne granice miasta nie są (choć i tak w przypadku Krakowa nie jest w tej kwestii najgorzej) spójne z faktycznym obszarem zurbanizowanym. Poniżej przedstawię więc jak powinny, w przybliżeniu, wyglądać prawidłowo poprowadzone granice Krakowa:

 

Powyższa grafika została stworzona „na szybko”. Nie pokazuje ona dokładnie rzeczywistych granic Krakowa, jednak ukazuje ideę, według której powinny być wyznaczane granice miast. Jak widać, nie tylko odcięta została od miasta pewna część terenów zielonych, ale dołączona do Krakowa została np. Wieliczka – miasto, które de facto przestało być już samodzielnym bytem miejskim i stanowi dzielnicę Krakowa, oraz Balice, które przylegając do Krakowa, dzięki lotnisku de facto uzyskały charakter miejski.

 

Dużo gorzej ta sytuacja wygląda w przypadku na przykład Zielonej Góry, gdzie administracyjne granice miasta są kilkukrotnie szersze niż faktyczny teren zurbanizowany. Podobnie w wielu innych miastach i wsiach. Istnieją też na świecie sytuacje odwrotne. Paryż chociażby od wielu lat sztucznie jest utrzymywany w granicach administracyjnych o wiele węższych niż jego faktyczny rozmiar.

 

Chciałbym się teraz zająć tematem problemów i komplikacji, jakie mogą wyniknąć z wprowadzenia opisywanego rozwiązania. Nie będę skupiał się na samym problemie organizacyjnym wyznaczenia i dostosowania nowych granic administracyjnych do faktycznego charakteru terenów. Wiadomo – w pierwszej chwili byłoby pewne zamieszanie, ale niemal co roku modyfikowane są w Polsce granice różnych miejscowości i jakoś nie powoduje to katastrofy.

 

Kolejną rzeczą, która może wzbudzać wątpliwości, jest kwestia możliwego zablokowania rozwoju miast na skutek zbyt radykalnego ograniczenia ich powierzchni. Na ten zarzut mam kilka odpowiedzi.

 

Po pierwsze wokół miast można by, na podstawie stosownego prawa, tworzyć specjalne strefy rozwojowe, gdzie w zrównoważony, racjonalny sposób trwałaby budowa ważnej na przykład z ekonomicznego punktu widzenia infrastruktury, która z istotnych powodów nie mogłaby być postawiona w dotychczasowych granicach miasta. Następnie granice miasta byłyby poszerzane, na przykład z dniem 1. stycznia kolejnego roku, o „dobudowane” tereny. Jako osoba pochodząca z Rzeszowa, którego władze w ostatnich latach często przeprowadzały poszerzenia granic miasta, wiem że nie jest to zadanie ekstremalnie trudne.

 

Po drugie duże miasta mogłyby tworzyć wespół z otaczającymi je wsiami i miastami satelickimi specjalne związki aglomeracyjne, sprzyjające, na podstawie stosownych uchwał czy rozporządzeń, komunikacji i wspólnemu rozwojowi.

 

Po trzecie: przykład z życia. Paryż, który pomimo bezsensownego zduszenia w bardzo wąskich granicach administracyjnych, rozwinął się niesamowicie – weźmy choćby przykład podparyskiej, a de facto paryskiej, dzielnicy La Défense.

 

Podsumowując, za niezbędną uważam zmianę podejścia do kwestii delimitacji miejscowości – rezygnację z założenia, że nie może być terenów nieobjętych granicami jakiegoś miasta lub wsi. W kwestii konkretnych na tym polu rozwiązań daleki jestem od stanowczego wypowiadania się, natomiast jestem przekonany, że zmiana granic miast i wsi w myśl idei, którą przedstawiłem, przyniosła by wiele korzyści. Z pewnością z początku nastąpiło by pewne zamieszanie – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Jednak ostatecznie doprowadzilibyśmy do sytuacji, w której po pierwsze zwyczajnie granice administracyjne pokryłyby się, przynajmniej w przybliżeniu, z rzeczywistymi granicami miast i wsi, a po drugie sprawniejsza stałaby się ochrona terenów naturalnych przed szkodliwą ekspansją zabudowy. Powstałe „administracyjne anekumeny” stanowiłyby najprostszą, najbardziej podstawową i najpowszechniejszą formę ochrony przyrody.

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

[Uwaga]:

Źródłem grafik przedstawiających zdjęcia satelitarne miasta Krakowa jest serwis Google Maps.

Druga grafika jest zmodyfikowaną przez autora artykułu wersją obrazu pochodzącego z serwisu Google Maps.

 

Fot.: Wikimedia Commons ; Google Maps

Nie ukrywam, że partia założona przez Ryszarda Petru, a obecnie kierowana przez Katarzynę Lubnauer nigdy nie budziła mojej sympatii. Jednak jej obecny rozkład jest dla mnie wspaniałą wiadomością nie tylko z tego powodu. Oznacza on bowiem fiasko pewnej koncepcji, jaka zrodziła się w 2015 roku w środowiskach bliskich, umownie mówiąc, „michnikowszczyznie”.

 

Gdy bowiem w 2015 roku Platforma Obywatelska traciła poparcie i widmo porażki z Prawem i Sprawiedliwością w jesiennych wyborach coraz silniej zaglądało w oczy działaczom partii Ewy Kopacz, w środowiskach im sojuszniczych pojawił się następujący koncept. Otóż należało stworzyć nową partię, oficjalnie niezależną od Platformy Obywatelskiej, ale o podobnym programie, która przyciągnie uciekający elektorat wizją lepszej jakości rządzenia. Stwierdzono, poniekąd słusznie, że osoby, które przestały popierać dotychczasową władzę nie tyle zapałały miłością do partii Jarosława Kaczyńskiego, co po prostu straciły zaufanie do włodarzy Platformy. Nowoczesna miała więc przechwycić ten odpływający elektorat i zmobilizować ludzi, którzy odwracali się od PO na skutek jej demoralizacji, do pójścia raz jeszcze na wybory i zagłosowania przeciwko PiS. Na ile ten pomysł wypalił w 2015 roku – nie wiem. Możliwe, że nawet w jakimś stopniu odniósł sukces. Niestety (a właściwie na szczęście) to, co potem wyrabiali politycy Nowoczesnej, z jej charyzmatycznym inaczej liderem, szybko zniweczyło szanse tej partii na powtórzenie choćby względnie dobrego wyniku wyborczego.

 

Obecnie Nowoczesna jest w rozsypce. Sondaże wskazują, że startując samodzielnie, nie miałaby szans na wejście do Sejmu. Jej posłowie dezerterują do PO, która na powrót staje się niekwestionowanym liderem liberalno-lewicowego anty-PiSu. Wszystko wskazuje na to, że na żaden sukces nie może liczyć również najnowsza partia byłego lidera Nowoczesnej – Teraz!

 

Ta sytuacja budzi moją nadzieję, że wyborcy ugrupowań, które weszły ostatnio w skład Koalicji Obywatelskiej, zrozumieli, że wszelkie nowe partie, próbujące udawać lepszą PO, są w istocie wydmuszkami, stworzonymi tylko po to, by przechwycić uciekający elektorat tego ugrupowania. Jest to sytuacja bardzo pozytywna, dlatego, że dowodzi słynnego twierdzenia Abrahama Lincolna, że „można oszukiwać wszystkich ludzi przez pewien czas, a część ludzi przez cały czas, ale nie da się oszukiwać wszystkich przez cały czas”. A więc wszelkie wpadki, kompromitacje i grzeszki Platformy idą, mam nadzieję, już na konto całej „totalnej opozycji”. I żadne utworzenie nowej partii nie zwiększy już sumarycznego poparcia dla faworytów redakcji z ulicy Czerskiej.

Liczę, że zmiana ta jest trwała, i żadne „polityczne projekty”, jakie być może zostaną przez „totalnych” odpalone przed przyszłorocznymi wyborami nie przyciągną im zauważalnej ilości nowych wyborców. A ponadto mam nadzieję, że żadne potencjalne nowe partie lewicowo-liberalne, czy to Roberta Biedronia, czy to Władysława Frasyniuka, nie odbiorą Platformie Obywatelskiej palmy pierwszeństwa w szeregach „totalnej opozycji”. Lepszy bowiem wróg znany, niż nieznany.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Wikimedia Commons

 

Przy okazji ostatniego Marszu Niepodległości, odbywającego się w stulecie odzyskania przez Polskę, po 123 latach niewoli, wolności, pojawiły się gdzieniegdzie głosy, że powinien być to „marsz wszystkich Polaków”. Śmiem jednakowoż twierdzić, że Marsz Niepodległości nigdy nie był i nie będzie dla wszystkich. I bardzo dobrze!

 

Już sama nazwa wskazuje, że ów marsz, jest formą uczczenia niezależności naszego państwa. Jest sposobem zarówno na pokazanie dumy z naszych przodków, którzy o nią walczyli, radości z tego, że żyjemy w niepodległym narodowym państwie, oraz troski o tejże niepodległości zachowanie. 

 

A więc, wręcz z definicji, na Marsz nie powinni czuć się zaproszeni zwolennicy Unii Europejskiej w formie federacji państw o bardzo okrojonej suwerenności. Czyli, krócej mówiąc, tzw. „federaści”. Zwłaszcza ci biegający na skargi na własny kraj do różnych zagranicznych instytucji. Nie wspominam już nawet o bardziej „odjechanych” ruchach, chcących politycznej unifikacji świata czy uzależnienia na przykład od Rosji.

 

Jednak troska o niepodległość naszej Ojczyzny, to także, siłą rzeczy, dążenie do tego, by działo się w niej jak najlepiej. Na Marsz Niepodległości nie powinni się więc czuć zaproszeni zwolennicy gospodarczej czy medialnej zależności od innych państw, na przykład Niemiec. A tym bardziej osoby za taką zależność odpowiedzialne, zwłaszcza politycy, którzy w tej materii podejmowali niekorzystne dla Polski decyzje.

 

Wreszcie na Marszu Niepodległości nie ma miejsca na promocję ideologii szkodliwych dla naszej (prawdziwej) europejskiej cywilizacji. Nie ma miejsca na promowanie się środowisk LGBT, nie ma miejsca na szerzenie tzw. ideologii gender i agresywnego feminizmu, nie ma miejsca na antyklerykalną propagandę, wreszcie nie ma miejsca na otwarte popieranie legalności aborcji. Nie wspominając już o zakazanych prawnie ideologiach: nazizmie i komunizmie.

 

No i oczywiście nie ma na Marszu Niepodległości miejsca dla prowokatorów. Ludzi, którzy przychodzą nań tylko po to, by skompromitować to piękne wydarzenie. Czy to poprzez spowodowanie burdy, czy poprzez prezentację niestosownych, na przykład rasistowskich, haseł. Osoby takie powinny być jak najszybciej przechwytywane i usuwane ze zgromadzenia.

 

Tak więc, raz jeszcze, Marsz Niepodległości nie jest dla wszystkich. Jest dla osób ceniących naszą, jako narodu, suwerenność. Jest dla osób dumnych z historii naszego kraju. Jest dla osób kochających swoją Ojczyznę. Jest dla osób szanujących naszą kulturę, ze wszystkimi jej elementami, w tym z dziedzictwem wiary chrześcijańskiej. A przede wszystkim jest dla osób, które niezależnie od tego która tradycja: sanacyjna, endecka czy jeszcze inna, jest im najbliższa, chcą manifestować swoje przywiązanie do wartości narodowych w sposób pokojowy.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Pixabay

 

Znany prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz wyraził w jednym ze swoich felietonów nadzieję, że uda się kiedyś zjednoczyć siły polityczne „na prawo od PiS” i to one przejmą władzę, lub chociaż staną się ważnym graczem na polskiej scenie politycznej. Niestety z czasem, mam wrażenie, oddalamy się od urzeczywistnienia tej wizji, zamiast do niego przybliżać.

 

Oczywistą bezpośrednią przyczyną tego stanu rzeczy jest brak jedności omawianych środowisk prawicowych. Jednak warto się zastanowić co się za nią kryje, jakie cechy działaczy, a przede wszystkim liderów, powodują organiczną wręcz niemożność stworzenia porozumienia tzw. „Piwonii” (prawicowcy, wolnościowcy, narodowcy, antysystemowcy). Problem na pewno jest złożony, ale skupię się w tym artykule na opisie, moim zdaniem, najistotniejszej cechy, która ową niemożność powoduje.

 

Jest nią tzw. „mentalność sekciarska”. Na czym ona polega? W największym uproszczeniu sprowadza się ona do przekoniania, że tylko ściśle określona („najmojsza”) linia programowa danego ugrupowania czy osoby jest jedynie słuszną i jakiekolwiek, najmniejsze nawet, od niej odstępstwo jest „zdradą interesów narodowych” „zdradą Polski” itp. Prowadzi to nieuchronnie do ciągłych podziałów, które rozsadzają niemal każdą inicjatywę prawicową. Tak było z Konwentem Świętej Katarzyny, kolejnymi tworami Janusza Korwin-Mikkego, tak było z Ruchem Narodowym, teraz widzimy to w Kukiz’15. Towarzyszy temu istny „wysyp liderów”, z których każdy wie najlepiej jak naprawić Polskę i nie dopuszcza żadnych ustępstw na rzecz potencjalnych środowisk sojuszniczych. By nie być gołosłownym podam chociażby przykład Janusza Korwin-Mikkego, który przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku pokłócił się z Pawłem Kukizem w temacie JOW-ów, co uniemożliwiło koalicję ugrupowań przez nich reprezentowanych.

 

Warto też zastanowić się na ile owe podziały wynikają tylko z owej sekciarskiej mentalności liderów, a na ile z tejże mentalności u ich potencjalnych wyborców. Niestety, jako osoba obracająca się już od około pięciu lat w środowiskach tradycyjnych, wolnościowych i patriotycznych, muszę stwierdzić, że po części winni całej sytuacji są również ich zwolennicy. I to pomimo faktu, że prawie wszyscy zgadzają się co do tego, że zjednoczenie jest potrzebne. Niejednokroć widziałem jak niewielka, nawet mało znacząca zmiana retoryki u jakiegoś polityka, lub chociażby wypowiedź w temacie, w którym dotąd się on nie wypowiadał, skutkowała natychmiastowym posądzaniem go o agenturalność, złą wolę itp. Ciężko w takich warunkach budować koalicje, gdy jakakolwiek chęć ustępstwa, nawet niewielkiego i nie zmieniającego istoty programu, grozi natychmiastowym uznaniem za „obcego agenta” przez dużą część dotychczasowych zwolenników.

 

W tym miejscu pozostaje mi jedynie apelować o rozsądek. O ocenianie polityków po tym, czego realnie dokonują, a nie po pojedyńczych wypowiedziach. I o zrozumienie, że nie da się zbudować koalicji bez pewnych ustępstw. Niestety. Dopóki przedstawiciele prawicy, tej „na prawo od PiS”, tego nie zrozumieją, sami skazują się na polityczny niebyt. Na tworzenie „planktonu” partyjek mających poparcie na poziomie dziesiątych procenta, w porywach może kilku procent. A naszym krajem wciąż rządzić będą populiści, którzy w walce o dostęp do koryta utracili już wierność jakimkolwiek wyższym wartościom.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Flickr

 

 

Zwykle, gdy mowa o chemii ludzie uważają, że jest to przedmiot trudny, ścisły i dla niektórych „czarna magia”. Niewielu jednak wie, że wiele wybitnych chemików miało wprost nieziemski wkład w historię naszego kraju, a ich odkrycia rozsławiły imię Polski na świcie. Oto oni chemicy-patrioci.

 

Maria Skłodowska-Curie (1867-1934)

Pierwsza na świecie kobieta, która otrzymała tytuł profesora Sorbony i aktywnie angażowała się w działanie emancypantek, walcząc o prawa kobiet. Wraz ze swoim mężem Piotrem Curie prowadziła badania nad promieniotwórczością. Otrzymała dwie nagrody Nobla: w 1903 – z fizyki i w 1911 – z chemii. Badania, które prowadziła z mężem pozwoliły na odkrycie dwóch nowych pierwiastków: radu oraz polonu, który nazwę otrzymał od „Polski” oraz promieniotwórczości, która pomogła lekarzom podczas I wojny światowej w prześwietleniach i leczeniu rannych żołnierzy. Maria Skłodowska utrzymywała ciągły kontakt z Ojczyzną.

 

Jędrzej Śniadecki (1768-1838)

Polski chemik, lekarz i publicysta, częsty gość króla Stanisława Augusta Poniatowskiego na obiadach czwartkowych. Promotor higieny, dietetyki i wychowania fizycznego w Polsce. Autor pierwszego polskiego podręcznika chemii. To on wprowadził polską nazwę tego pierwiastka – „kwasoród” od łacińskiego „oxygenium, czyli rodzić kwas. Jego badania pozwoliły również na odkrycie rutenu.

Angażował się politycznie podczas schyłkowych lat I Rzeczpospolitej oraz później podczas epoki napoleońskiej. Nazwę „kwasoród” w latach 90. XIXw. polscy chemicy zastąpili słowem „tlen” od polskiego słowa „tlić”.

 

Ignacy Mościcki (1867-1946)

Naukowiec, chemik, działacz sanacyjny, trzeci i ostatni Prezydent II Rzeczpospolitej. Prowadził niezwykle ważne badania, które pozwoliły mu na opracowanie przemysłowej metody otrzymywania kwasu azotowego (V) z tlenków azotu z powietrza. HNO3 to ważny surowiec m.in. W produkcji dynamitu, przemyśle spożywczym oraz nawozowym. Po agresji Niemiec i ZSRR internowany w Rumuni osiadł na stałe w Szwajcarii. Autor wielu prac badawczych.  Z dorobku prezydenta korzystają dziś koncerny azotowe m.in. Zakłady Azotowe w Mościcach, obecnie Grupa Azoty. Jego odkrycie pozwoliło na uniezależnienie od dostaw kwasu azotowego z III Rzeszy.

 

Ignacy Łukasiewicz (1822-1882)

Polski chemik i lekarz, aktywny działacz polityczny. Prowadził badania nad ropą naftową, poddając jej próbki destylacji frakcjonowanej, dzięki czemu uzyskał jej ciekły destylat. Wielki konstruktor lampy, w której paliwem stała się odkryta ropa, Jego przełomowe odkrycie i wynalazek pozwoliło oświetlić wiele miejsc, a pierwsze lampy zawisły w jego szpitalu. Ojciec polskiego przemysłu naftowego. Aktywny działacz Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, wspierał Obozy Emigracji Polskiej, a także prowadził zbiórki pieniędzy dla rodzin powstańców styczniowych i listopadowych. Z jego odkryć korzystają koncerny naftowe w tym m.in. PKN Orlen.

 

Karol Olszewski (1846-1915)

Polski chemik i fizyk, profesor UJ. Prowadził badania nad destylacją składników powietrza. Wraz z Zygmuntem Wróblewskim w 1883 roku w wyniku destylacji skroplili tlen i azot z powietrza. Po śmierci wróblewskiego nadal kontynuował badania.

 

Wróblewski Zygmunt Florenty (1845-1888)

Polski fizyk i badacz, profesor UJ. Za udział w powstaniu styczniowym 1863-1864 został zesłany na Sybir. Po powrocie rozpoczął badania wspólnie z Karolem Olszewskim, dokonując przełomowego odkrycia. Przed śmiercią próbował skroplić również wodór.

 

Kazimierz Funk (1884-1967)

Biochemik, twórca nauki o witaminach. Wprowadził pojęcie „witaminy” od łacińskiego słowa „vita, vitae”, które oznacza „życie”. Jako pierwszy odkrył i wyodrębnił witaminę B1 z otrąb ryżowych. Zajmował się leczeniem chorych na awitaminozy, m.in. na pelagrę, krzywicę i szkorbut. Odkrył, że do prawidłowego funkcjonowania organizmu wymagane są odpowiednie ilości danych witamin. Dzięki wsparciu posłów Endecji wrócił do kraju, gdzie tworzył Państwowy Zakład Higieny w Warszawie, gdzie przeprowadzał badania nad ludzkimi hormonami m.in. nad insuliną.

 

 

Dominik Maj- działacz Młodej Endecji, student chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

 

 

Fot.: Flickr

 

 

Jeden z bardziej cenionych przeze mnie publicystów ukuł kiedyś bardzo ciekawe sformułowanie „porozumienia pod podziałami”. Idea jest prosta. Chodzi o to, że są pewne sprawy, w których mimo ogromnych podziałów jakie występują w naszym społeczeństwie, zgadza się ogromna większość ludzi. Z jakichś jednak powodów aktualny stan prawny w naszym państwie jest w tych kwestiach często niezgodny z wolą tej większości. Przykłady można mnożyć. Nie tak dawno chociażby głośno było o próbach umożliwienia czasowego wyrejestrowania nieużywanego pojazdu. Oczywiście sprawa póki co nie znalazła szczęśliwego finału.

 

Do innych przykładów można zaliczyć: uproszczenie systemu podatkowego, zmniejszenie biurokracji i likwidację wielu bezsensownych przepisów. Z jakichś przyczyn takie zmiany, choć pożądane są przez większość społeczeństwa, nie następują. Dlaczego? Moim zdaniem przyczyn jest kilka.

 

Po pierwsze alienacja i demoralizacja klasy politycznej. Niestety do polityki idą często osoby o, łagodnie mówiąc, niezbyt twardym kręgosłupie moralnym. Gdy obejmą władzę, szybko alienują się względem wyborców i przyjmują myślenie w stylu „no wiadomo, że fajnie by było coś ludziom uprościć, ale budżet się musi dopiąć, biurokraci wyżywić, itd.”.  Łatwo ulegają lobbingowi oraz naciskowi różnych, czasem niewielkich grup, których interesy są sprzeczne z interesem większości Polaków.

 

Po drugie niska świadomość polityczna samych wyborców. Ludzie, nie znając mechanizmów sprawowania władzy, łatwo dają sobie wmówić, że czegoś „się nie da zrobić”, lub zwyczajnie nie zastanawiają się nad tym jak wiele rzeczy w ich życiu można by uprościć, gdyby była tylko ku temu dobra wola polityków. Zamiast tego często dają się „kupić” pustymi obietnicami wyborczymi lub obietnicami tego, co będzie finansowane za jeszcze większe pieniądze z ich własnych kieszeni.

 

Po trzecie wreszcie, stan debaty politycznej, który w Polsce przyjął formę istnej walki plemiennej. Dwie największe polskie partie polityczne (wraz ze swoimi przybudówkami) zwarły się w bezsensownej wojnie, która uniemożliwia jakąkolwiek rzeczową debatę o naprawie naszego państwa. Obie te partie, wytworzyły w swoim elektoracie grupy fanatycznych wyznawców, które – mimo iż nie stanowią łącznie ani połowy społeczeństwa – skutecznie zawłaszczyły sobie główny dyskurs polskiej „debaty”. Nie liczą się w niej konstruktywne propozycje, tylko „kto komu mocniej przywali”.

 

I tym sposobem, mimo niemal powszechnej zgody w narodzie w pewnych kwestiach, przeprowadzanie często bardzo korzystnych uproszczeń w polskim prawie, staje się syzyfową pracą. I tu też jedno z ważnych zadań dla nas – endeków – jest właśnie takie, by ten stan rzeczy zmieniać.

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.:Pixabay

 

Od śmierci Pawła Chruszcza minęły ponad trzy miesiące. Teraz jednak w tej sprawie, na światło dzienne wychodzą kolejne niejasności dotyczące ostatnich chwil życia radnego z Głogowa. Są wyniki badań toksykologicznych, a dziennikarzom z Dziennika Gazety Prawnej udało dotrzeć się do osoby, która widziała endeckiego działacza prawdopodobnie jako ostatnia ze znajomych, na niewiele czasu przed śmiercią. Tajemniczych kwestii jest jeszcze więcej.

 

Radny z Głogowa był społecznie mocno zaangażowanym działaczem. Interesował się sprawami lokalnych mieszkańców oraz tropił afery dotyczące sporych przekrętów i znacznych sum pieniężnych. Zajmował się między innymi problemem stężenia arsenu w powietrzu nad miastem, sprawą „Zielonego Przedszkola”, w którym oprócz stosowania przemocy miały miejsce też inne podejrzane sytuacje, mogące mieć podłoże korupcyjne, a także śledził niejasne przepływy pieniężne i inwestycje w spółce KGHM. Samorządowiec został znaleziony martwy, powieszony na słupie energetycznym na terenie jeden z gmin nieopodal Głogowa. Było to na kilka dni przed umówionym spotkaniem z byłym wiceszefem CBA Maciejem Wąsikiem. Paweł Chruszcz miał mu przekazać dokumenty dotyczące jednej z badanych przez niego afer, najprawdopodobniej chodziło o sprawę „Zielonego Przedszkola”.

 

Wraz z początkiem sierpnia rodzina zmarłego złożyła wniosek o przeniesienie sprawy z prokuratury legnickiej do poznańskiej. Sporo wątpliwości budzą bowiem powiązania legnickich prokuratorów z władzami miasta Głogowa i tamtejszymi urzędnikami, a także sposób prowadzenia działań przez prokuraturę w Legnicy. Wobec tego wniosku nie była jednak przychylna Prokuratura Krajowa i śledztwo dalej prowadzone jest przez Prokuraturę Okręgową w Legnicy. Teraz najbliżsi Pawła Chruszcza są po raz kolejny zbulwersowani faktem, że o nowych informacjach w sprawie tej tragedii dowiadują się oni z mediów. O sprawie poinformowała portal dziennik.pl.

 

– Po raz kolejny o faktach dotyczących sprawy śmierci brata dowiaduję się z mediów. Nie dostałem informacji ani o wynikach badań krwi, ani o tym, że nie ma zgody na przeniesienie śledztwa do Poznania. Czekamy na uzasadnienie tej decyzji – powiedział dla Dziennika poseł Sylwester Chruszcz (brat tragicznie zmarłego samorządowca).

 

Rodzina i przyjaciele Pawła Chruszcza obawiają się, że prokuratura zmierza do umorzenia śledztwa w tak podejrzanej i dramatycznej sprawie. Wśród kwestii, które ich niepokoją jest m.in. to jak zabezpieczono niedopałki papierosów znajdujące się w miejscu, gdzie znaleziono ciało. Zostały wzięte bowiem do analizy tylko niektóre przypadkowe niedopałki, a nie przebadano ich wszystkich oraz nie sprawdzono na nich obecności DNA różnych osób.

 

Jak podała Gazeta Wrocławska, według ujawnionych ustaleń, wyniki badań toksykologicznych wskazują na brak substancji psychoaktywnych w organizmie zmarłego. Wykryto natomiast obecność promila alkoholu. Zdaniem prokuratury legnickiej wiąże się to z faktem, że znaleziona miała zostać w samochodzie lidera dolnośląskiej Endecji butelka Whiskey, a nagrania z monitoringu miały dowodzić, że zakupił on dzień wcześniej w jednym ze sklepów alkohol.

 

Pojawiają się jednak kolejne pytania i wątpliwości, a jak wskazują bliscy Pawła Chruszcza, nowe ustalenia pogłębiają poziom skomplikowania całej sprawy. Dziennik Gazeta Prawna dotarł nawet do osoby, która jak się okazuje mogła jako ostatnia widzieć radnego przed śmiercią. Co skandaliczne w tej sytuacji, człowiek ten nie został nawet przesłuchany przez prokuraturę.

 

Mowa tu o znajomym Pawła Chruszcza z koła wędkarskiego, który był z nim dzień przed tragedią na łódkach. Co warte przypomnienia, przed rozegraniem się całego dramatu, Chruszcz zapraszał swoich kolegów, aby również w dniu kiedy doszło do tragedii pojechali z nim na łódki, jak również wysyłał mapki z lokalizacją skąd mają go odebrać. Jak się okazało, w tej właśnie okolicy odnaleziono później jego ciało.

 

Dziennik Gazeta Prawna zdołał nawet porozmawiać z tym właśnie kolegą Pawła Chruszcza, który rzeczywiście 30 maja był wraz z nim na łódkach.

 

– Nie wierzę w to samobójstwo do dziś. Paweł był pełen życia i optymizmu. Wszyscy, którzy znali Pawła wiedzą, że nie był samobójcą – wyraził swoją opinię ten właśnie znajomy.

 

Jak zaznacza mężczyzna, dzień przed zaginięciem głogowskiego samorządowca, nic nie wskazywało na zbliżającą się tragedię. Obydwaj panowie umawiali się nawet na kolejny wypad nad wodę.

 

– Wiemy, jak człowiek się zachowuje, gdy coś go gryzie. Ucieka od ludzi, zamyka się w sobie. A Paweł taki nie był. Byliśmy nawet umówieni na następny wypad wędkarski. A tu szok! – Powiedział.

 

Jednak nie tylko kolega z koła wędkarskiego zaliczy się do grona osób, które powinny zostać przesłuchane przez prokuraturę, ale do tego jednak nie doszło.

 

– Nie rozumiem powodów, dla których odmówiono przeniesienia śledztwa do Poznania. Sprawa jest w legnickiej prokuraturze, choć mimo upływu trzech miesięcy nie rozwiano tylu niejasności. Nie przesłuchano wielu osób. W tym tej, z którą Paweł Chruszcz dzień przed śmiercią był na łódce – skomentował taki stan rzeczy Andrzej Radomski, będący przyjacielem zmarłego, a także byłym skarbnikiem powiatu głogowskiego. Również on nie został przesłuchany.

 

Wiele osób od dawna zadaje również pytania dotyczące samej akcji poszukiwawczej prowadzonej po zgłoszeniu przez żonę radnego jego zaginięcia. Została ona bowiem przerwana nocą, a jako oficjalny powód takiej decyzji podano rzekome złe warunki atmosferyczny. Ludzie obserwujący całą sprawę często zwracają jednak uwagę, że w tamtym czasie pogoda nie była zła. Poszukiwania wznowiono rano, jednak ostatecznie ciało zostało znalezione nie przez służby, a kibiców klubu Chrobry Głogów, którego zagorzałym fanem był również sam Paweł Chruszcz.

 

Kolejne pytania rodzi fakt, że w momencie odnalezienia zwłok, zmarły miał założone okulary, które zakładał on jednak głównie do czytania, a na rękach widać było ślady obrażeń. Wątpliwości dotyczą również noża lub nawet dwóch noży, o których mówi się, że zostały znalezione w okolicy słupa, na którym wisiało ciało Pawła Chruszcza. Rany na rękach zmarłego mogły powstać przy użyciu takiego właśnie ostrego narzędzia. Niektórzy tłumaczą, że mogło dojść do próby podcięcia żył za pomocą noża.

 

Kolejną tajemniczą kwestią jest temat samochodu. Najpierw auto miało być bowiem widziane w miejscowości Jerzmanowa. Tam właśnie podjęto początkowo poszukiwania. Później jednak pojazd miał zostać odnaleziony… w innym miejscu, a dokładniej w gminie Pęcław. Tam właśnie znaleziono ciało zaangażowanego społecznie endeka.

 

Przy tak wielu znakach zapytania i tajemnicach, prokuratura stoi na stanowisku, że wciąż prowadzi czynności i stara się wszystkie doniesienia analizować. Oprócz badań toksykologicznych, podjęto też takie kroki jak np. sprawdzenie zapisów monitoringu z trasy, którą prawdopodobnie przemieszczał się przed śmiercią radny.

 

– Czynności te nie dostarczyły dowodów mających tak istotne znaczenie dla śledztwa, że mogłyby przyczynić się „przełomu” – stwierdził prokurator Harasimiuk.

 

Co również niepokojące, pomimo upływu kolejnych miesięcy nadal nie została ustalona konkretna godzina zgonu. Przyczynić się do określenia jej dokładnie mają uzyskane informacje na temat warunków atmosferycznych w dniu, w którym doszło do tragedii.

 

Przesłuchiwani są kolejni w tej sprawie świadkowie. Również były wiceszef CBA Maciej Wąsik, z którym Paweł Chruszcz miał umówione w Sejmie spotkanie został przesłuchany. Fakt jednak, że nie przesłuchano jeszcze m.in. osoby, która mogła widzieć zmarłego jako ostatnia ze znajomych, budzi poważne wątpliwości co do działań prokuratury w tak poważnej sprawie.

 

 

Źródło: Gazeta Wrocławska ; Dziennik Gazeta Prawna ; dziennik.pl

 

 

W każdym społeczeństwie naturalnie występują, jesli chodzi o zaangażowanie w działalność społeczną czy polityczną, upraszczając, dwie grupy ludzi. Oczywiście są to: zaangażowani oraz niezaangażowani. Część ludzi, czy to ze względu na odpowiednie cechy swego charakteru, czy ze względu na poczucie misji, czy wreszcie czasem ze względu na własne korzyści angażuje się w różnorakie projekty polityczne, organizacje społeczne, ruchy, stowarzyszenia i tak dalej. Jednak chyba w każdym, w tym na pewno w polskim, społeczeństwie ludzie ci stanowią mniejszość. Ba, może maksymalnie kilka procent ogółu. Większość stanowią (i absolutnie nie stawiam tego jako jakiś zarzut) ludzie, którzy po prostu nie czują potrzeby takiego zaangażowania. Ich udział w polityce ogranicza się do oddania raz na kilka lat głosu na wybraną partię czy kandydata oraz, ewentualnie, do wzięcia raz na kilka miesięcy udziału w jakimś marszu czy demonstracji. Obszar zainteresowań takich osób omija zazwyczaj politykę, a jeśli już, to tylko delikatnie o nią zahacza.

 

Jednak – jak się już rzekło – to ci ludzie (choć też niestety nie wszyscy) raz na kilka lat wybierają swoją reprezentację, która w ich imieniu sprawuje w kraju władzę. I tu nasuwa się główne pytanie: co my, jako endecy, czy szerzej, ludzie o poglądach prawicowych i patriotycznych, powinniśmy robić, by te wybory były słuszne. By rządzący dbali o interesy państwa oraz, przede wszystkim, czuli na sobie baczny wzrok świadomego społeczeństwa.

 

Tytułowe pytanie brzmi: racjonalna argumentacja czy marketingowe sztuczki? Od razu pragnę zaznaczyć, że nie wprowadzam tym pytaniem tezy, że jedno całkowicie wyklucza drugie. Chodzi mi bardziej o pewne podejście, które powinniśmy przyjąć, mając do wyboru dwie skrajne koncepcje, które poniżej opiszę.

 

W pierwszej przyjmujemy, że społeczeństwo jest zbiorem racjonalnie rozumujących i patrzących „chłodnym okiem” obywateli. Przy takim założeniu problemem jest tylko niedoinformowanie społeczeństwa. Jeśli jasno wyartykułujemy nasze postulaty i poglądy oraz sensownie je wyjaśnimy, to każdy człowiek dobrej woli w mig uświadomi sobie, że tak naprawdę jest endekiem, prawicowcem czy patriotą.

 

W drugiej zakładamy, że przede wszystkim powinniśmy oddziaływać na emocje, gdyż to one w najwiekszej mierze decydują o wyborach niezaangażowanej politycznie większości społeczeństwa. Taką taktykę, z oczywistych względów, przyjęła lewica. I trzeba przyznać, że całkiem skutecznie im to wyszło, zwłaszcza w zachodniej Europie. „Lewicowa wrażliwość” stała się bardzo wyraźna w filmie, muzyce, promowanym stylu życia. Lewicowe hasła, choć często kompletnie bezsensowne, niosą duży ładunek emocjonalny, który jak się okazuje, dobrze „się sprzedaje”.

 

A więc jaki z tego wszystkiego powinniśmy wyciągnąć wniosek? Jaką taktykę zastosować? Co robić? Te pytania pozostawiam otwartymi, jednak pewne jest to, że z jednej strony jako endecy czy prawicowcy nie możemy odejść od racjonalnej argumentacji jako fundamentu szerzenia naszego światopoglądu, z drugiej zaś jeśli całkiem zapomnimy o tym jak działa marketing, że poglądy, tak samo jak towary na rynku, też czasem trzeba „umieć sprzedać”, to nasza praca nad budowaniem społeczeństwa świadomego i, co ważniejsze, troszczącego się o losy swego państwa, najpewniej nie przyniesie odczuwalnych rezultatów.

 

 

Fabian Myśliwiec- działacz Młodej Endecji oraz Fundacji Pro-Prawo do Życia, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, jak sam o sobie mówi, jest „propagatorem zdroworozsądkowego myślenia”.

 

 

Fot.: Pixabay