Do nietypowej sytuacji doszło na antenie stacji telewizyjnej TVN. W programie „Dzień dobry TVN”, prowadzący zmuszony był to podjęcia próby wybrnięcia z niezręcznej sytuacji podczas rozmowy z dzieckiem.

 

Kiedy program w telewizji transmitowany jest na żywo, wtedy mogą zdarzyć się wpadki, przejęzyczenia czy inne zdarzenia, których wydawcy zdecydowanie woleli by uniknąć. W tym przypadku potwierdziło się, że nieprzewidywalne i ryzykowne dla prezenterów bywają wypowiedzi dzieci.

 

Tym razem, tematem programu prowadzonego przez Dorotę Wellman oraz Marcina Prokopa, były nebulizatory oraz inhalatory. Zaproszony do studia chłopiec, zbił z tropu Prokopa po jego z pozoru prostym pytaniu.

 

Prowadzący zapytał gościa czy ten chciałby zostać w przyszłości lekarzem. W odpowiedzi usłyszał jednak, że chłopiec chciałby być… mordercą. Marcin Prokop próbował wybrnąć z tej trudnej sytuacji, jednak chłopiec konsekwentnie zaprzeczał ewentualnym planom pracy w służbie zdrowia.

 

Za pośrednictwem Twittera, fragmentem tego właśnie programu podzielił się profil „KULTURĄ W PŁOT”.

 

Zobaczcie sami!

 

 

 

Źródło: TVN ; Twitter/@kulturawplot

 

 

MB

 

Syberia nie należy do miejsc z najkorzystniejszymi warunkami do życia. Wędrówki na ten teren stanowią duże niebezpieczeństwo nawet dla osób dorosłych. Pomimo takiego zagrożenia, jedno z 2-letnich dzieci zostało porzucone w zimną syberyjską noc. Jego szanse na przeżycie byłyby niemal zerowe, gdyby nie jeden fakt…

 

Tamtejszej nocy temperatura na Syberii wynosiła -12 stopni Celsjusza.

 

 

Szanse malucha na przetrwanie były niewielkie. Całe szczęście zamarzające dziecko zostało zauważone przez… psa! Widząc małego chłopca w ogromnym niebezpieczeństwie, zwierzątko owinęło się wokół 2-latka i ogrzało go własnym ciałem.

 

 

Czworonóg przez całe 2 dni nie opuszczał chłopca, non stop go ogrzewając. Para w końcu została odnaleziona przez sąsiadów. Dziecko miało hipotermię i otrzymało natychmiastową pomoc medyczną.

 

Matka malucha usłyszała już zarzuty i wkrótce stanie przed sądem. Gdyby nie ten futrzasty bohater, historia skończyłaby się tragicznie.

 

Źródło: kochamyzwierzaki.pl
Fot.: Facebook – Moving Train
EM

Amerykański dwutygodnik „Forbes” przygotował zestawienie najlepiej zarabiających youtuberów w Stanach Zjednoczonych. Wśród nich znalazł się siedmioletni chłopiec, który wraz z rodzicami testuje zabawki. W ciągu roku na jego konto wpłynęło aż 22 miliony dolarów!

 

Jak poinformował „Forbes”, na pięciu pierwszych miejscach znalazły się osoby zajmujące się transmisją gier. Łącznie cała dziesiątka zarobiła 180 milionów złotych.

 

Zaskakującym faktem może być to, że na pierwszym miejscu plasuje się siedmiolatek, którego kanał nazywa się „Ryan ToysReview”. Po przeanalizowaniu danych i rozmowie z ekspertami magazyn oszacował, że Ryan od czerwca 2017 roku do czerwca 2018 roku zarobił 22 miliony dolarów.

 

Kanał siedmiolatka istnieje od 2015 roku i zebrał już ponad 17 milionów subskrybentów. Większość pieniędzy, które udało się zarobić pochodzi głównie od reklam, a tylko nieliczna część od sponsorów. Od niedawna chłopiec jst także dyrektorem kreatywnym swojej własnej linii zabawek i ubrań.

 

Żródło: newsbook.pl
Fot.: YouTube – Ryan ToysReview
EM

Dnia 22 stycznia w jednym z hoteli w Jarosławcu doszło do dramatycznego zdarzenia.

 

Feralnego dnia na hotelowej pływalni odpoczywał wraz z synem funkcjonariusz z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. W pewnym momencie, podczas nurkowania zauważył na dnie basenu ciało dziecka. Gdyby nie błyskawiczna interwencja policjanta, na pomoc mogłoby już być za późno.

 

–  Podczas nurkowania z synem, zauważył na dnie nieruchome ciało dziecka. Szybko podpłynął i z pomocą ratownika, wyciągnął dziecko na brzeg. Było sine, bez tętna i oddechu. Policjant, który pracuje również w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu, poprosił ratownika o przyniesienie torby ratowniczej R1, natomiast sam rozpoczął resuscytację krążeniowo-oddechową – relacjonuje Maciej Święcichowski z wielkopolskiej policji.

 

Minutę po zdarzeniu dziecko zwymiotowało i odzyskało oddech i tętno, jednak wciąż było nieprzytomne. Z przyniesionej przez ratownika torby podano 4-latkowi tlen, nadzorując jego stan, aż do czasu przybycia pogotowia. Gdy na miejsce przybyli ratownicy medyczni, chłopiec był już przytomny. Szybko przetransportowano go do szpitala na badania – całe szczęście okazało się, że z dzieckiem wszystko jest w porządku.

 

Policjant z KWP w Poznaniu od około 10 lat jest ratownikiem medycznym.. Zdobytą wiedzę i doświadczenie niejednokrotnie wykorzystywał do ratowania zdrowia i życia innych. Jest również odpowiedzialny za szkolenia z zakresu pierwszej pomocy dla policjantów i funkcjonariuszy innych służb, w czasie których chętnie dzieli się zdobytą wiedzą i umiejętnościami.

 

Źródło: fakt.pl
Fot.: Wikipedia
EM

Zielonoskórego, karłowatego mistrza Jedi o niezwykle potężnej mocy – Yodę z sagi filmowej „Gwiezdne Wojny” zna większość z nas. Jak się okazało, mały Yoda postanowił zagościć również w Polsce.

 

To pierwszy taki przypadek w kraju, w  którym mały chłopiec otrzymał imię Yoda! Jak się okazało, ojciec dziecka, który zdecydował się nadać takie imię to dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a także „Wysokich Obcasów”.

 

Jak twierdzi mężczyzna, stoczył on z urzędnikami niezłą walkę o zmianę imienia 4-latka. Przy okazji zdradził mediom argumenty, jakimi posłużył się w celu zatwierdzenia jego decyzji. Wśród nich padł wątek dyskryminacji ze względu na kolor skóry, a także… temat Władysława Łokietka.

 

O sprawie poinformował na Facebooku sam ojciec chłopca, Wojciech Staszewski. Takie wyjątkowe imię synek dziennikarza zawdzięcza dzięki zamiłowaniu ojca do „Gwiezdnych Wojen”. Mimo iż warszawscy urzędnicy początkowo nie wyrazili aprobaty dla zmiany imienia dziecka, zdecydowali się jednak zwrócić do Rady Języka Polskiego. Pomimo negatywnej opinii tego organu, który podkreślał, że filmowy bohater jest stworzeniem o zielonej skórze, której wzrost sięga ok. 130 cm, to ostatecznie Urząd wydał zgodę na zmianę imienia chłopca.

 

– Odpisałem długo, jeszcze dłużej niż ten wpis na blogu, że Yoda to mistrz, wielki nauczyciel. Że właściwszym organem do oceniania tej postaci w kulturze masowej byłby Instytut Sztuki Filmowej. Że Władysław Łokietek miał 130-140 cm wzrostu, ale nie dyskwalifikuje to imienia Władysław. Że dyskryminacja ze względu na kolor skóry budzi najgorsze skojarzenia. – chwali się argumentami Staszewski.

 

 

I choć „Yoda” to drugie imię małego Igora, dziennikarz wzbudził spore kontrowersje w sieci.

 

Źródło: niezalezna.pl; Facebook – Wojciech Staszewski
Fot.: flickr.com
EM

 

 

Do wypadku doszło na terenie Oświęcimia w województwie małopolskim. Przez policyjny samochód jadący w kolumnie prezydenta Andrzeja Dudy, potrącony został około 10-letni chłopiec. W zdarzeniu uczestniczyło też drugie dziecko. 

 

Wszystko rozegrało się w godzinach popołudniowych. Chłopiec trafił do szpitala po tym jak wpadł pod policyjny radiowóz, który był jednym z pojazdów poruszających się w kolumnie prezydenta Andrzeja Dudy. Tak wynika ze słów Małgorzaty Jurkowskiej, rzecznik oświęcimskiej policji. Wypadek wydarzył się przy skrzyżowaniu ulic Wyspiańskiego i Słowackiego.

 

Dwóch chłopców w wieku ok. 10 lat przemieszczało się w tamtym miejscu. Jak zrelacjonowała rzecznik prezydenta w rozmowie z TVN 24, kolumna zatrzymała się w momencie, kiedy przez ulicę przebiegało jedno z dzieci. Kiedy zaczęła ruszać dalej, wówczas na pasy wbiegł poruszający się hulajnogą drugi z chłopców. Jednakże rzecznik SOP Anna Gdula-Bomba stwierdziła, że kolumna nie zatrzymywała się, tylko kontynuowała w tamtym czasie jazdę.

 

– Samochód, który poruszał się w kolumnie, potrącił bardzo delikatnie dziecko na pasach – poinformował dziś Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta w rozmowie z TVN 24.

 

Chłopiec trafił do oświęcimskiego szpitala. Kiedy doszło do wypadku, prezydent Andrzej Duda miał natychmiast zareagować i wybiec do potrąconego młodego człowieka.

 

– Prezydent od razu zareagował, zatrzymał kolumnę, wybiegł do dziecka. Jestem cały czas w kontakcie z rodzicami dziecka, byłem w szpitalu i wydaje się, że nic się nie stało – powiedział Błażej Spychalski.

 

Według informacji uzyskanych przez Polską Agencję Prasową, chłopiec doznał niegroźnego stłuczenia nogi oraz otarcia.

 

 Prezydent z całą pewnością odwiedzi jeszcze dziś tego chłopca, który został bardzo delikatnie potrącony – mówił rzecznik prezydenta.

 

Po godzinie 18:15 PAP przekazał nieoficjalne doniesienia, że zgodnie z życzeniem rodziców, chłopiec został z oświęcimskiego szpitala wypisany.

 

 

 

Źródło: Interia.pl ; Facebook/@oswiecim112

 

MB

Sytuacja miała miejsce pod Wrocławiem. Dziecko szukając pomocy mogło nawet stracić życie, ponieważ zdesperowane i zapłakane wbiegło na drogę krajową, wpadając przy tym prawie pod koła nadjeżdżającego samochodu. O sprawie poinformowała Wirtualna Polska.

 

Dramatyczne dla dziecka zdarzenie, rozegrało się 19 sierpnia, przy drodze krajowej nr 8. Są to okolice wsi Kuklice, położonej w województwie dolnośląskim. Mężczyzna postanowił ukarać swoje dziecko w wyjątkowo bezmyślny sposób. Swojego 4-letniego syna, wywiózł on 17 km od domu i porzucił w polu. Matka chłopca miała być w tym czasie w kościele.

 

Jak nieoficjalnie dowiedział się portal wp.pl, chłopca odnaleźć miał pan Robert. Złożył też miał już zeznania w tej sprawie.

 

– Znalazłem to dziecko – powiedział miał mężczyzna, który znalazł 4-latka. Przejeżdżając tamtędy, postanowił zatrzymać się i odwieźć chłopca do dziadka.

 

Sprawą zajmują się policjanci z Wrocławia.

 

– Trafiło do nas takie zgłoszenie. Chłopiec został porzucony na polu kukurydzy. Wyjaśniamy sprawę – powiedział st. sierż Dariusz Rajski z Komendy Miejskiej we Wrocławiu w rozmowie z Wirtualną Polską.

 

W sprawę postanowił zaangażować się również Krzysztof Dymkowski, określany jako „łowca pedofilów”.

 

 Całą noc byłem w kontakcie z policją we Wrocławiu, która zajmuje się sprawą. Ojciec chłopca musi odpowiedzieć za to, co zrobił dziecku. Naraził je na utratę zdrowia i życia – stwierdził w rozmowie z Wirtualną Polską Krzysztof Dymkowski.

 

 

Źródło: wp.pl

Fot.: Wikimedia Commons

 

Wstrząśnięci tą tragedią ludzie przyłączają się do zbiórki pieniężnej w serwisie GoFoundMe. Jak przekazał „The Belfast Telegraph” udało się zebrać już ponad 31 tysięcy euro. Środki przekazane mają zostać rodzinom dwóch ofiar katastrofy, do której doszło w irlandzkim hrabstwie Offaly. Jedną z osób, które straciły w niej życie jest 7-letni Kacper.

 

Pochodzący z Polski chłopiec towarzyszył w niedzielę swojemu tacie na pokładzie samolotu transportującego spadochroniarzy. Maszyna wystartowała z lądowiska Clonbullogue. Była to Cessna 208 Caravan.

 

Niestety samolot runął w godzinach popołudniowych na ziemię nieopodal farmy wiatrowej Mount Lucas, zaraz po tym jak wyskoczyło z niego 16 spadochroniarzy. Wśród nich był ojciec Kacpra. Według relacji świadków, maszyna leciała bardzo nisko podczas powrotu na lotnisko. Doszło do zahaczenia Cessny o drzewo i zniszczenia jej ogona. To doprowadziło do katastrofy, w której oprócz 7-letniego Polaka, zginął również angielski pilot Neil „Billy” Bowditch.

 

– Samolot spadł prosto jak torpeda – opowiada Jimmy Slattery, która widziała to tragiczne zdarzenie.

 

Irlandzka komisja badania wypadków lotniczych prowadzi śledztwo w celu ustalenia szczegółów katastrofy. Miejsce, gdzie do niej doszło stanowią rozległe torfowiska. W związku z tym, wrak częściowo wbił się w podłoże.

 

 

W dniu wczorajszym sąd rodzinny w Manchesterze nie zgodził się na wyjazd małego Alfiego do Włoch, o co wnieśli jego rodzice. Alfie Evans ma poważne uszkodzenie mózgu i zdaniem lekarzy najlepszym rozwiązaniem w tym przypadku jest skazanie go na śmierć. W walkę o ratunek dla chłopca zaangażowanych jest wiele osób na całym świecie. O szansę dla dziecka i możliwość przetransportowania go do Rzymu apeluje sam papież Franciszek.

 

Co wyjątkowo oburzające, sędzia odrzucając we wtorek wniosek rodziców, argumentował swoją decyzję obawą z powodu… zagrożenia dla zdrowia Alfiego. W ten sposób sąd przychylił się do opinii lekarzy, jakoby takie ruchy zagrażały dziecku. Jednak równocześnie odłączyli w szpitalu Alder Hey chłopca od aparatury, która pomagała mu oddychać niemal od narodzin i nie karmią go. W nocy chłopcu miała zostać podana glukoza, jednak odebrano mu dostęp do tlenu.

 

Rodzice po raz kolejny zaapelowali o modlitwę. W dzisiejsze popołudnie odbyć ma się rozprawa apelacyjna. Poza prośbą o zwrócenie się do Boga w sprawie oddychania chłopca, rodzice zaapelowali również o inne wsparcie. Poprosili wpierw o maskę tlenową, a następnie o resuscytacyjną. Mają one być pilnie potrzebne, ponieważ chłopiec ma problemy z oddychaniem. O sprawie poinformował na swoim facebookowym oraz twitterowym profilu Wojciech Cejrowski.

 

W sieci pojawiło się nagranie z przekazania jednej z masek. Nie jest jednak wiadomo, czy obydwie maski trafiły do rodziców i dalej do samego Alfiego. Zdeterminowani rodzice jednak z pewnością wciąż walczą o swoją pociechę i nie tracą ostatnich nadziei.