Niemożliwe? Zobacz jak polski rząd wspiera Springera!

Pod pretekstem walki o wolność słowa, transparentności autoryzacji czy ochrony praw autorskich Unia Europejska od lat montuje dyrektywy ograniczające wolność słowa. Tym razem lepione jest unijne prawo dotyczące praw autorskich w świecie cyfrowym. Zwodowanie czy przynajmniej przyklepanie tego koszmarnego dla polskich mediów tematu ma nastąpić za kilka dni! Zapisy te już przeszły do historii jako wzmocnienie hegemonii niemieckich koncernów medialnych, a obrazuje je nazwa robocza dyrektywy: „Podatek od linków”, czyli haracz dla małych wydawnictw i smycz na mniejsze państwa.

 

Chodzi m.in. o art. 11, który zwiększa prawa wydawców (w praktyce głównie największych, vide: zagranicznych). Pod płaszczykiem ochrony twórców, w art. 11 przyznano tzw. dodatkowe prawa pokrewne wydawcom, co oznacza, że będą oni mogli się domagać licencji/zgody/wynagrodzenia finansowego, jeśli chcielibyśmy zalinkować do publikowanego przez nich artykułu (sic!). Na tym polega podatek od linów.

 

„Jeśli forsowane propozycje przepisów wejdą w życie, pozwolą na blokowanie polskim stronom internetowym, wyszukiwarkom, a nawet blogerom możliwości udostępniania linków oraz wybranych treści, jeśli nie uzyskają oni wcześniej zgody każdego z wydawców na ich publikację” – mówi Klaudia Anioł z Instytutu Ochrony Praw Konsumentów i trudno odmówić jej racji.

 

Z kolei art. 13, który nakazuje nakładanie filtrów na treści niepożądane. Pytanie jak zwykle pozostaje retoryczne, znając logikę liberalnych technokratów, co to są treści niepożądane? Chyba wiemy już, znając politykę tuzów unijnych…

 

„Przedstawiony projekt zdaje się realizować głównie postulaty dużych, głównie niemieckich, konglomeratów medialnych, zmierzające do ograniczenia konkurencji ze strony nowych graczy cyfrowych” – twierdzi Związek Przedsiębiorców i Pracodawców i kreśli wyraźnie odpowiedź na pytanie „Cui bono?”. Wiadomo, Rzeszy…

 

Zostało jeszcze kilka dni, by obudzić się i bić o wolność słowa w Europie i Polsce! Najbliższe dni będą kluczowe dla spraw wolności słowa w internecie. Niestety, polski rząd wspiera na arenie europejskiej stanowisko korzystne dla wielkich niemieckich koncernów (o tym za chwilę), a te zarobią krocie, bo nie chodzi tylko o kontrolę Niemiec (po części także Francuzów) nad umysłami m.in. Polaków (taki jest podział własności polskich mediów, najwięcej obcych udziałów posiadają Niemcy, później Francuzi), ale przecież jeśli za każdy link będziemy musieli zapłacić, to oczywistym beneficjentem tych zmian będą duże koncerny medialne.

 

Najbardziej zależy na tym niemieckiemu koncernowi Axel Springer, a polski rząd, póki co, wyraża się nijako o kolejnej dyrektywie, która morduje polskie media i tak już pobite przez upolitycznione opozycyjnie TVN-y i skrajnie partyjne różne TVP czy Polskie Radia we wszystkich swoich mutacjach z legendarną kiedyś „Trójką” niestety włącznie.

 

Zostało kilka dni na przebudzenie! A rzecz dotyczy także mnie i Ciebie, czyli każdego, kto korzysta z treści w sieci, a robimy to często przez wyszukiwarki internetowe. Odtąd więc – co warto wiedzieć – wyniki wyszukiwania nie będą już zależały od merytorycznej wartości tekstu, ale od tego, czy wydawca „dogadał się z wyszukiwarką”.

 

Jakie jest stanowisko polskiego rządu? Najlepiej oddaje naszą postawę słowo „kapitulacja”. Jeszcze w 2017 roku strona polska widziała wszystkie zagrożenia, uznawała to prawo za złe i nieformalnie zrzeszyła kilkanaście państw unijnych, by wspólnie proponować alternatywne rozwiązania, które wówczas wyszły od Polaków i były brane pod uwagę. Dzisiaj, pomimo zapewnień Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Cyfryzacji zrezygnowano z walki i skupiono się na takim modelowaniu projektu dyrektywy, by była mniej drastycznie zła. Tyle, że mniej złe prawo to nie jest dobre prawo! A minister Gliński, który niedawno biadolił w mediach, że opluwa go niemiecki Axel Springer mógłby zaprzestać go wspierać, bo całość zakrawa na jakiś masochizm.




Kraj

Świat