Niemieckie interesy Kaczyńskiego na zakazie polskich futer?

W polityce nie ma rzeczy niemożliwych. Jarosław Kaczyński, który w 2010 roku przestrzegał przed kondominium rosyjsko-niemieckim i potępiał Donalda Tuska za bycie najlepszym ministrem spraw zagranicznych Niemiec powinien zacząć się gęsto tłumaczyć. Popierany przez niego projekt zakazu hodowli zwierząt futerkowych w Polsce to oczko w głowie niemieckich firm utylizacyjnych i rosyjskiego rynku. Ten ostatni już zaciera ręce na zajęcie miejsca polskiej doskonałej pozycji na światowych rynkach.

 

Taki finał dla polskiej branży futrzarskiej pilotuje poseł sprawozdawca nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, wegetarianin Krzysztof Czabański, którego córka przyjaźni się z Cezarym Wyszyńskim, prezesem brytyjskiej i zamożnej Fundacji Viva! Ekolodzy prozwierzecy nie ukrywają nawet, że byliwspółautorami projektu złożonego przez część posłów PiS (za projektem miała stać Fundacja MondoCane, której prezes, Katarzyna Śliwa-Łobacz to jednocześnie asystentka posła PiS Pawła Suskiego, który obok Czabańskiego chroni ustawę jak własne dziecko) . Pierwszy pod nowelą podpisał się znany przyjaciel zwierząt Jarosław Kaczyński. Pytanie, czy wiedział o dopieszconych przez jego podpis niemieckich interesach, któreopisał w tygodnika „Wprost” dziennikarz śledczy Marcin Dobski.

 

Dziennikarz informuje, że „głównym beneficjentem zakazu hodowli norek na futra będą więcfirmy utylizacyjne, specjalizujące się w likwidacji odpadów zwierzęcych”.

 

Chodzi głównie o Sarię Polska sp. z o.o., niemiecką spółkę z polskim oddziałem, która znając zamierzenia cześci polskich polityków wystąpiła 29 września zeszłego roku do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z wnioskiem dotyczącym przejęcia trzech polskich spółek utylizacyjnych. UOKiK wydał pozytywną decyzję zgodną z interesami niemieckiego potentata.

 

„Gdyby nie było zwierząt futerkowych, wszelkie odpady poubojowe, których mamy w Polsce około 700-800 tys. ton rocznie, musiałyby zostać spalone. Problem w tym, że Polska w zasadzie nie ma swoich spalarni, a 80 proc. tego rynku w naszym kraju jest w rękach niemieckich. Sprawa rozbija się więc o odpady o wartości bagatela 0,5 mld zł rocznie. Póki co, zarabiają na nich polscy producenci drobiu, ryb, zakłady mleczarskie – właśnie na odsprzedawaniu ich hodowcom zwierząt futerkowych”

– informował swojego czasu serwis Money.pl

 

Wracając do Kaczyńskiego, wzmocnienia niemieckiej hegemonii utylizacyjnej i materiału z”Wprost”, redaktor Dobski poszedł w swojej wnikliwości krok dalej niż inni dziennikarze. Przypomniał nagranie z ukrytej kamery, gdzie liderka Otwartych Klatek Gogłoza opowiada o współpracy z firmami utylizacyjnymi, o współnym celu, jakim jest walka z przemysłem futrzarskim.

 

„Na nagraniu Gogłoza mówi też, że jej stowarzyszenie współpracuje z niemiecką firmą utylizacyjną”

– przypomniał Dobski i rozwinął ten wątek.

 

„’Wprost’ dotarł do osoby, która spotkała się z jednym z liderów organizacji ekologicznych, które są najbardziej aktywne w walce o wprowadzenie zakazu hodowli.”

– czytamy w artykule.

 

„Szukali dostępu do ludzi w parlamencie, którzy mogą pomóc w przepchnięciu projektu. Myślałem, że chodzi o pracę społeczną, ale dowiedziałem się, że w grę wchodzi normalne wynagrodzenie”

– zacytował swojego informatora tygodnik informując, że jest to osoba, której przedstawiciele organizacji prozwierzęcych proponowali współpracę.

 

„Jak przekonuje kilkakrotnie, dopytywał o źródła finansowania organizacji, gdyż był zdziwiony, że stać ją na jego wynagrodzenie. Najpierw usłyszał, że to wpłaty ‘dobrych ludzi’, następnie, że ‘wpłacają też różne instytucje’. Gdy ta odpowiedź również nie zaspokoiła jego ciekawości, spotkał się z wielkim oburzeniem”

– relacjonował swojego informatora dziennikarz „Wprost”.

 

Niedoszły pomocnik tzw. aktywistów prozwierzęcych miał usłyszeć takie słowa:

„Jesteśmy przekonani o słuszności tego, co robimy, dlatego bierzemy pieniądze od każdego, kto myśli jak my”.

 

Informator dopytywał czy również od zagranicznych firm i usłyszeć miał, że „pieniądze nie mają przynależności politycznej ani narodowej”.

 

Czy po tym jak UOKiK umożliwił Sarii monopolizację rynku utylizacyjnego w Polsce, a poseł dr Jarosław Sachajko z Kukiz’15, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi złożył zawiadomienie do ABW pytając czy nie doszło do wrogiego przejęcia, które, gdyby miało miejsce, pierwszego orędownika i najmocniejszego sprzymierzeńca miałoby w osobie… Jarosława Kaczyńskiego. Tylko czy prezes już wie, że Czabański wstawia go na krzywe sanki podejrzeń lub – co gorsza – faktów nie prozwierzecych, a proutylizacyjncyh? Gdyby wiedział, można by przypuszczać, że byłaby to świadoma realizacja niemieckich interesów. Czy Kaczyński takie interesy wspiera? Zapewne nie, ale na jego prozwierzęcości Niemcy wzbogacą się najbardziej, a pracę straci w Polsce kilkadziesiąt tysięcy ludzi zatrudnionych w branży futrzarskiej. Logika prozwierzęcej polityki miłośników kotów (Kaczyński i Czabański) bywa zaskakująca… Zwłaszcza, że hodowle po ich likwidacji w naszym kraju przeniosą się z Polski znanej z wysokich standardów na Ukrainę czy do Rosji, gdzie o dobrostanie zwierząt nikt nie słyszał.




Kraj

Świat