Cnota i rubelki

Międzynarodowa awantura o „polskie obozy śmierci”, tak naprawdę obnażyła kruchość polskiej polityki zagranicznej. Budowany od trzech dekad bezalternatywny sojusz strategiczny ze Stanami Zjednoczonymi, okazał się nie być związkiem monogamicznym, jak mniemała większość naszych rodaków, ale zwykłym „trójkątem”, w którym wiarołomny małżonek nie tylko oficjalnie spółkuje z kochanką, ale na dodatek publicznie beszta prawowitą małżonkę, grożąc jej rozwodem w przypadku nie respektowania życzeń kochanki.

 

Bezceremonialność z jaką USA potraktowały Polskę – swojego najwierniejszego sojusznika w tej części Europy – w jej sporze z Izraelem pokazała, że „przyjaźń” i „strategiczne partnerstwo”, o którym nieustannie słyszymy, są funta kłaków warte, kiedy w grę wchodzi interes Izraela i środowisk żydowskich. Partnerstwo momentalnie zamienia się wówczas w dyktat. Ale to zrozumiałe, skoro wszystkie dotychczasowe ekipy – i z lewa i z prawa – na samą myśl o Stanach Zjednoczonych dostawały cielęcych oczu, co nieuchronnie kończyło się ciągłym – jak obrazowo stwierdził jeden z byłych ministrów spraw zagranicznych – robieniem Amerykanom słynnej „łaski”. Oczywiście za friko.

 

Trudno zresztą, żeby Amerykanie traktowali nas inaczej, skoro jak nikt inny w świecie potrafimy popadać w nieprzytomną egzaltację po zaledwie kilku słownych błyskotkach rzuconych grzecznościowo w Warszawie przez Donalda Trumpa, a następnie trwać w historyczno-patriotycznym oszołomieniu przez długie miesiące. Taką mamy niestety – tu znowu licentia poetica przywołanego wcześniej ministra – murzyńską mentalność. Nic zatem dziwnego, że kilka miesięcy później administracja Donalda Trumpa owo nasze męstwo i patriotyzm widowiskowo sponiewierała, stając po stronie tych, którzy z plucia na Polskę uczynili sens swojego istnienia. Ot, amerykańska realpolitik.

 

To wszystko jest jednak zaledwie uwerturą tego, co nas czeka w niedalekiej przyszłości. Pomału zaczyna przebijać się informacja, że już niebawem nasz „przyjaciel” i „strategiczny partner” może wystąpić wobec nas jako adwokat, a jak twierdzą złośliwi nawet jako komornik, w sprawie pożydowskiego majątku, wycenionego przez organizacje żydowskie na niebagatelną kwotę 230 miliardów dolarów! Chodzi o kuriozalną ustawę „447” przyjętą przez Senat USA, odnoszącą się do tzw. bezdziedzicznej własności, dającej amerykańskiej administracji instrument bezpośredniego nacisku na niepokornych. Nietrudno przewidzieć, że spłata nawet niewielkiej część przedstawionych roszczeń, doprowadzi polski budżet nie tyle do zadyszki, co do rozległego zawału.

 

Niestety, jeśli nie nastąpi reset w relacjach polsko-amerykańskich (o symetryzmie nie mamy nawet co marzyć), to będzie tak, jak w ulubionym powiedzeniu pana Prezesa o pewnej damie, która choć cnotę straciła, to rubelka nie zarobiła. Podejrzewam, że akurat taka antycypacja panu Prezesowi nie śniła się w najczarniejszych snach, ale trudno nie dostrzec, że ku temu to wszystko właśnie zmierza.




Źródło:

Kraj

Świat