Jeżeli nowa inicjatywa ma być czymś więcej, niż kolejnym komitetem wyborczym, nie wystarczy zebrać i ogłosić jakiś  zbiór słusznych  haseł. W rzeczywistości wybranych przypadkowo, intuicyjnie uważanych za bardziej właściwe od innych. Taka rzecz jest mała i niegodna, ale jest przejawem typowego skundlenia moralnego składająca hołd tradycji naszego warcholstwa.  Ograniczenie własnej aktywności jedynie do public relations jest zwyczajnym oszukiwaniem siebie, własnego środowiska politycznego, a co gorsza przykładaniem ręki do oszukiwania sympatyków, do trwonienia polskiej  wiary i nadziei, do zabijania instynktu moralnego naszej wspólnoty. Jest to zdrada najgorszego gatunku, jeżeli jedynie dobro własne oraz osobista kariera i umysłowe lenistwo jest zasadniczym kryterium udziału we wspólnym dziele, w kreacji przyszłości.

 

Zamiast retrospekcji historycznej.      

Jeśli ktoś pod tym tytułem spodziewa się typowego manifestu politycznego, to się zawiedzie. Czasy pisania takowych dawno już odeszły do lamusa, a czytanie deklaracji ideowych i programowych nie należy do czynności oczywistych, nawet dla aktywnych uczestników życia politycznego. Jednak,  aby dana organizacja mogła celowo przetwarzać zastaną rzeczywistość powinna umieć  zrozumieć własny moment dziejowy, a z tym jak ukazują ostatnie dziesięciolecia polityki polskiej, nie jest najlepiej.  Nie jest, bo wchodzące na rynek polityczny nowe organizacje również, te wyprowadzające swój rodowód od ruchu narodowego – endecji, nie potrafią  w pełni zaistnieć w polityce polskiej. Dobrym przykładem jest historia kilku ostatnich lat RN-u, który od Marszu Niepodległości – zajęcia pierwszego miejsca pomiędzy środowiskami i organizacjami nazywanymi antysystemowymi przegrywa rywalizację z Pawłem Kukizem, nie wyciągając  z tej i innych porażek właściwych wniosków, poza jednym „więcej tego samego”.  W takim razie co czynić, aby po raz n-ty nie przeżywać  tego samego?

Należy zastanowić się nad celem tworzenia i angażowania się w Narodową Demokrację 2.0, trzeba  uświadomić sobie obecny moment dziejowy – jakie zjawiska i procesy: polityczne, kulturowe, społeczne i ekonomiczne tworzą obecny krajobraz – naszą bardzo niedoskonałą rzeczywistość i czy jest jeszcze miejsce w przyszłości dla Wielkiej Polski, co jest rzeczywistym, a nie jedynie emocjonalnie urojonym celem?

 

Pomiędzy końcem historii a teraźniejszością.

Podmiotem myślenia i pracy większości narodowych demokratów od początków  zdefiniowania się tego nurtu na kartach historii, była republika – Rzeczpospolita. Sama nazwa Narodowa Demokracja wprost do tego nawiązuje, łącząc fundament tożsamości z podmiotowym rozumieniem  dla kogo ma być endecja, a w przyszłości państwo polskie. Dzięki tej kotwicy nie udało się wepchnąć endecji  – ruchu narodowego  i jej następców do polityki totalnej w latach trzydziestych i w PRL-u.[1] Po prostu republika pojmowana jako organizacja narodu wypełniała wszystkie zasadnicze treści i wartości polityki polskiej. Polityka ta w zasadzie była przeciwna kierunkom ustrojowym jakie wówczas ukształtowały ostatecznie II Republikę Polską i powojenną totalitarną Republikę Ludową[2]. III Republika Polska jest tą rzeczywistością z jaką przychodzi się nam zmagać.  Od jej narodzin po współczesną dekadę zmiany jakie zaszły w Polsce oraz w świecie zmuszają do ponownego odnalezienia treści i drogi  w świecie polityki wielkich obszarów. W świecie, w którym jednoznacznie utożsamia się liberalną demokrację z republiką, jako jednym sposobem rozumienia systemu władzy, jaki może w niej istnieć, nadawać jej sens, jest wyjątkowym wyzwaniem. Pogląd ten pomimo tego, że z każdą kolejną kadencją liberalna demokracja, zmienia demokrację w cyrk, a republikę w coraz bardziej teoretyczną formą organizacji państwowej, wciąż wydaje się być żywa. Od niepodległości  1989 roku naszą Polską Republikę trawią  typowo polskie wiekowe zaszłości historyczne, choć walka o ich przełamanie trwa od 1918 roku i nadal  jest ona częścią naszej codziennej udręki, naszych dysfunkcji i zacofania, w dodatku opłaconego milionami ofiar cudzych wojen i emigracji[3]. Dodać do tego rachunku należy żywy spadek państwa postkomunistycznego neokolonialnego, a obecnie mentalnie podbitego przez obce bandery i znaki handlowe. Niestety na tym nie dość, musimy się też  mierzyć w coraz większym stopniu z narastającymi współczesnymi procesami rozkładu świata zachodniego i zjawiskami globalnymi takimi jak np.: postępująca depopulacja nardów na wszystkich kontynentach. Nasz naród zajmuje w tej dziedzinie niechlubną 213 pozycję na 220 badanych  wspólnot na świecie.  Promocja przez część wiodących sił świata zachodniego polityki półprawdy, w tym promocji  polityki przeludnienia i społeczeństwa otwartego ciągle wśród oświeconych znajduje poparcie. Zachodzące procesy  ekonomiczne rodzą  społeczne konsekwencje, między innymi poprzez stosowanie  na masową skalę nowych technologii komunikacyjnych przetwarzających niekorzystnie ludzkie relacje, a badania socjologiczne  dość jednoznacznie wskazują, że koniec naszego świata następuje w szalonym tempie i wywołuje wrażenie, że jest nieuchronny. Przegląd wszystkich podstawowych wskaźników  wskazuje, że od ponad trzech dekad proces ten przyspiesza. Nie dotyczy to jeszcze rynków finansowych, które doświadczyły na miarę dziejów wyjątkowego rozkwitu.   Mamy więc nasz koniec historii, choć inny niż wielu się spodziewało. Zachód umiera, a my z nim, choć jeszcze żyje jego siła ekonomiczna, ale jego  przemysł,  przewaga technologiczna i konkurencyjna  systematycznie znika we wszystkich globalnych procesach. Republikańska kultura polityczna będąca jednym z zasadniczych napędów rozwoju i siły nowożytnych narodów europejskich w coraz większym stopniu staje się bardziej miałka i cudaczna. Zaczyna sama z siebie tworzyć prawa i regulacje antyrepublikańskie. Obecnie przeważająca część liderów świata zachodniego poważnie dyskutuje i przeprowadza projekty społeczne i kulturowe, które jeszcze piętnaście – dwadzieścia lat temu byłyby  zbywane puknięciem się w czoło, a obecnie z całą powagą,  autorytetem instytucji państwa  i „nauki”, wbrew opinii większości są podstępnie przepychane i z całą konsekwencją wprowadzane w życie.  Ustawy o poprawności politycznej są narzędziem cenzury instytucjonalnej i autocenzury społecznej. Dotyczy to zwłaszcza elity i znacznej części klasy średniej. Natomiast dominująca propaganda konsumeryzmu ze strony biznesu i państwa jest owocem powszechnej tyranii polityki wzrostu gospodarczego. Ta pogoń za fałszywym bożkiem wzrostu PKB, zmieniło politykę w postpolitykę, nie skupiając się na rozwiązywaniu realnych problemów, a  jednocześnie uniemożliwia zauważanie  nowych zjawisk gospodarczych i społecznych. Zjawisk nieznanych jeszcze dwie dekady temu, które już przewróciły dotychczas rozpoznawaną ekonomię. Nie powinno więc dziwić, że popularyzacja nauki sprowadza się do „sprzedaży” nowinek, przeważnie zwyczajnych bredni i zabobonów, a wtórny analfabetyzm jest plagą na skalę społeczną, rodząc infantylizm światopoglądowy. Zdziecinnienie stało się  powszechnym zjawiskiem społecznym wykorzeniającym całe pokolenia z kultury narodowej i europejskiej, nie tylko tej przez duże K, ale i tej osobistej: dobre maniery przy stole, umiejętność zachowania się w miejscu publicznym, cmentarzu lub w parlamencie. Trzeba było ponad dziesięciu tysięcy lat rozwoju naszej kultury, aby pięć wieków temu chrześcijański Zachód wytyczył drogę rozwoju Ziemi, zbudował cywilizację, światową kulturę ducha. To również ta sama kultura w imię „wolności” podniosła patologie moralne do normy społecznej, odkrywając otchłań piekła zamierzchłych czasów ludzi pierwotnych w rewolucji francuskiej, a w swej konsekwencji  stworzyła politykę totalną poprzez zwycięstwo rewolucji bolszewickiej i faszystowskiej.  Przy czym nie chodzi zasadniczo o stosy pomordowanych, takich zdarzeń w historii niestety nie brakuje, ale o odrzucenie Boga, tradycji i kontrolę umysłu poprzez promocję „wolności” do antywartości[4], aż do dobrowolnego zaakceptowania zniewolenia jako normy. To wówczas narodziła się antyrepublika.

Obecnie nasza kultura europejska zarówno ta popularna i wysoka jest  wpychana  na powrót  w czasy wydawałby się już dawno przezwyciężone – człowieka cielesnego: zjeść, pochędożyć, wydalić, w nagrodę poleniuchować. Ten stan antykultury w imię praw człowieka reaktywuje kulturę zemsty, prawa siły i  humanistycznego terroru. Moda na tatuaże, talizmany i astrologię, która szerzy się niczym zaraza jest jak najbardziej widocznym znakiem – znakiem biblijnym o powrocie do korzeni, do jaskiń i na drzewa, do lęku przed istnieniem i przed sensem istnienia.  Nie wszyscy się jednak temu procesowi poddają.

 

Ostatnie wybory w USA z całą mocą ukazały skalę zmiany, jaka zaszła w państwie wzorcowej demokracji, w najpotężniejszej i najlepiej postrzeganej  republice świata zachodniego. Obecna  amerykańska praktyka wyborcza to między innymi: pieniądze od obcych państw, zewnętrzna i wewnętrzna agentura wpływu, oszustwa i kłamstwa wyborcze, niespotykana dotąd nagonka na niesłusznego kandydata i polaryzacja postaw wyborców „wszystko albo nic”, ukazuje nam jak rozkłada się amerykański związek republik i jak każda z nich, z osobna ulega entropi[5]. Agonia republiki, jej prawa, obyczaju i kultury politycznej jest wynikiem zmian zachodzących w jej strukturze społecznej, będącą konsekwencją procesów, jakie od dziesięcioleci zachodzą w gospodarce.  Jednym z najbardziej żywych fundamentów, organizacji wspólnoty i kultury  republikańskiej obok wiary, tradycji i zwyczaju,  jest to co socjologowie definiują jako klasę średnią, kastę wojowników, kapłanów i mędrców we wszystkich czasach historycznych, ludzie którzy stanowią republikę nawet w czasach monarchii absolutnych. Do niedawana klasę średnią Zachodu stanowili w przeważającej większości właściciele firm i farm rodzinnych, obecnie są nimi dobrze opłacani najemnicy, menedżerowie korporacji, biurokracji państwowej i samorządowej. Dziś, aby należeć do grona imperatorów, nie trzeba już mieć własnej gigantycznej fortuny, własnej fabryki snów, wojsk najemnych, jak w przypadku Rockefelera, wystarczy zasiadać w radach dyrektorów, zarządach wielkich korporacji, banków i koncernów medialnych, aby mieć wpływ na sprawy krajowe, a zarazem  globalne.  A zatem oligarchia, władza wybranych musi rosnąć w siłę. Dodatkowo  system ten wspiera  profesjonalizacja i komercjalizacja  kampanii medialnych, a zarazem polityki aktu wyborczego. Stosowanie metod nauk społecznych do kampanii politycznych sprowadzają wybory, a tym samym system polityczny do wizerunkowych plebiscytów, jednocześnie wykluczając debatę, fakty i rozsądek,  zastępując je „śledczym komentarzem postprawdy” podążającym za wskazanym celem, aby go skutecznie ochlapać łajnem.

 

Polityka polska i nasza republika jest częścią tego światowego zjawiska. Od dekady w naszym kraju obserwujemy jak karłowata republika jeszcze nie zdążyła dojrzeć, a już zmienia się w postrepublikę, współczesną republikę rzymską, w której jak dobrze wiemy obywatele wymienili swoje realne prawa  i zrezygnowali z wolności na rzecz igrzysk, żyjąc w przekonaniu, że taka transakcja nie miała miejsca. Już w PRL-u tego zjawiska w dużej mierze doświadczyliśmy. Jednak w historii nic dwa razy się nie zdarza. Dziś obserwujemy w Polsce, na Węgrzech w innych krajach europejskich przebudzenie, które wielu prawicowych polityków i ekspertów określa mianem kontrrewolucji. Sadzę, że w tradycyjnym rozumieniu tego słowa nie zachodzi taka zmiana tym bardziej, gdy bliżej przyjrzymy się „nowej” lewicy i prawicy. Należy zauważyć  narastającą polaryzację i coraz częstsze nawoływania do odrzucenia wyników wyborów, jeżeli werdykt jest niesłuszny.  Dzieje się tak poprzez wzbudzanie histerii przez „obiektywne” media i wpływowe ośrodki opiniotwórcze. Organizuje się wręcz działania  dążące do złamania obowiązującego  porządku ustrojowego, zarówno w USA, wcześniej na Węgrzech i u nas w Polsce. W 2017 roku jesteśmy światkami takiej gry o umysły i wolę Francuzów. Co takiego się dzieje, że samozwańczy obrońcy demokracji, odrzucają jej rezultat i prą do politycznej konfrontacji bez oglądania się na konsekwencje? Nawet starzy i doświadczeni politycy muszą nadążać za infantylnymi zwolennikami, aby mieć poczucie wpływu na bieg spraw. Tak właśnie rozpoczyna się również w Polsce agonia III Republiki. Należy uwypuklić zasadniczy wniosek, miałaby ona swoje miejsce, nawet wówczas gdyby III Republika  nie była obarczona grzechem Okrągłego Stołu, a raczej zdradą Lecha Wałęsy, a to oznacza, że nieustanne odwoływanie się do tego wydarzania zasłania nam teraźniejszość i nadchodzącą przyszłość.

 

Republika  upomina się o swoje prawa.

Jednym z kolejnych i ważkich objawów agonii republiki jest stopień agresji politycznej, przemocy medialnej, a w konsekwencji pauperyzacji kultury społecznej  i prawnej – instytucjonalnej,  w wyniku tzw. tyranii praw mniejszość. Tyrania prawa mniejszości czerpie swoją bieżącą siłę z mediów, które w pogoni za sensacją i w wyścigu o przyciąganie uwagi widzów koncentrują się na nieszczęściach jednostek, jednocześnie podsuwając proste recepty na rozwiązywanie ukazywanych patologii lub niesprawiedliwości. Dodatkowo idąc za głosem swoich sponsorów lansują obraz prześladowanych kobiet, dzieci, homoseksualistów, ostatnio ofiar wojen i migracji ekonomicznej, tak jakby nic więcej na świecie się nie działo. Jednocześnie uniemożliwiając podejmowanie racjonalnych decyzji władzom politycznym, aby zapanować nad rozrastającym się nieszczęściem.

Z drugiej strony pozyskiwanie głosów wyborczych wytwarza system tworzenia polityk systemowych mających chronić całe grupy społeczne wobec niewydolności rynku, instytucji prawa i administracji    w zamian za głosy wyborcze na określone komitety. Narastające kryzysy społeczne wywoływane przez rewolucyjną przemianę dotychczasowej industrializacji są skutkiem nieustannego poszukiwania przewagi konkurencyjnej, a więc nieustannej rotacji miejsc pracy i zamieszkania. Wówczas naturalnie pojawia się presja na politykę komplementarności mającą zabezpieczać potrzeby obywateli (gdyż rodzina pokoleniowa się dyslokuje), zwłaszcza kiedy rośnie świadomość, że jesteśmy ofiarami obowiązującego modelu gospodarczego, działającego od wielu dekad zgodnie zasadą „zyski prywatyzujemy, straty nacjonalizujemy”.[6]  Zmiany jakie do tej pory zachodziły w gospodarce  wyrzucały całe rodziny, wsie i miasta poza główny nurt życia. W ostatniej dekadzie w całym zachodnim świecie doczekaliśmy się pokolenia, dla którego „szklany sufit” pojawił się już po skończeniu szkoły, przy jednoczesnej utracie pracy przez osoby 50+ i braku możliwość  podjęcia innej pracy dającej utrzymanie. Prócz presji ekonomicznej – presja światopoglądowa mediów głównego nurtu oraz kampanii marketingowych ukazujących idealnych ludzi w bardzo atrakcyjnych okolicznościach, wsparta wizją dobrobytu bez hamulców moralnych w otoczeniu popkultury propagując tezę, że oczekiwany dobrobyt jest nagrodą w zamian za odrzucenie własnej tożsamości, staje się w istocie  deprawacją  osobistego rozwoju w opozycji do urojonego w rzeczywistości awansu społecznego i materialnego (transformacja ludzi w lemingi). Przeciwstawienie się tej presji przy pomocy tradycyjnych republikańskich środków komunikacji i kontroli, czyli za pomocą wolnych mediów czy kartki wyborczej, w praktyce staje się w coraz większym stopniu fikcją. Doprowadza to do sytuacji, w której agresja jest jedyną czytelną i zauważalną reakcją na tle „tolerancyjnego” bajdurzenia o dostępnym dla większości dobrobycie. Tymczasem kryzys rynków finansowych, ratowanie banksterów i ich banków kosztem podatników – budżetu państwa i ich klientów, obnaża komu służy liberalna demokracja – państwo, a najazd imigrantów ukazuje nie tylko teoretyczność i brak sprawczości republiki, ale w dodatku represjonuje tych, którzy wiedzeni zdrowym instynktem samozachowawczym protestują. W nagrodę za demokratyczny sprzeciw i republikańską postawę są wykluczani z przestrzeni publicznej.

 

Oba te zjawiska zostały wydobyte na powierzchnię przez stadionowe walki  kiboli. Stadionowe burdy, uliczne starcia z policją w wielu krajach Europy od dawna wskazywały na to, że jest inaczej niż saga     o prawdziwym życiu snuta w mediach głównego nurtu. Nie przypadkiem kibole, w miarę upływu czasu swoje zainteresowania przerzucili z klubów na poszukiwanie swej godności i tożsamości wyrażającej się również w formach cywilizowanych i altruistycznych. To kibole, jak pokazała ostatnia dekada, przebili się do mediów i ujawnili  dwa związane ze sobą zjawiska. Walkę o własną tożsamość  i agresję jako odpowiedź na obowiązującą tolerancję, na brak ekonomicznej przestrzeni.  Niestety dopiero  wybuch wojny ukraińsko – rosyjskiej zakwestionował postpolitykę w Zachodnim świecie. Polityka musiała więc wywrócić „politykę ciepłej wody w kranie” i  sukcesu europejskich wartości dobrobytu.

W Polsce pierwszym bardzo widocznym objawem narastającej walki o tożsamość był rosnący od około 2010 roku kult rotmistrza Pileckiego i Żołnierzy Wyklętych (Niezłomnych).  Marsz Niepodległości, który rząd Tuska od pierwszych masowych obchodów usiłował uśmiercić przy pomocy mediów, prowokacji policji i aresztu prewencyjnego nie przyniósł oczekiwanych rezultatów.  Ten „faszystowski” Marsz  zaczął realnie przemieniać świadomość i ponownie odkrywać polską wspólnotę w przestrzeni politycznej. Ostatecznie prezydent Komorowski, w swoim stylu, podjął się  kontrakcji na rzecz ucywilizowania i przechwycenia kultu Żołnierzy Wyklętych i obchodów święta niepodległości, używając do tego celu czekoladowego orła, z którego do dziś śmieje się cała  patriotyczna Polska. Reakcją na tę postrepublikę podobnie jak na Węgrzech, były niejako przypadkiem wygrane wybory prezydenckie Andrzeja Dudy z Prawa i Sprawiedliwości.  O zwycięstwie Zjednoczonej Prawicy w 2015 prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego, zdecydował narastający sprzeciw wobec abdykacji państwa, szerzącego się dyletantyzmu ośrodków władzy i obojętność elit politycznych wobec narastających problemów w polityce krajowej. Istotnym czynnikiem była również zasadnicza treść kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości, która w głównym swym nurcie była endecka.

 

Równocześnie  zwycięstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku stało się katalizatorem mobilizującym środowiska polityczne, społeczne i celebryckie reprezentujące tzw. stronnictwo „białej flagi”. Przyjęło ono strategię wywrócenia nowego  rządu i zatrzymanie realizacji jego programu pod hasłami konieczności naprawy błędu wyborczego – swoistej pomyłki, która może zniweczyć osiągnięcia obozu demokracji i postępu – obozu nihilizmu moralnego i państwowego. Momentem najbardziej krytycznym jak do pory był „ciamajdan”, powiązany za międzynarodową akcją w unijnych strukturach realizowany od 16 grudnia 2016 roku w naszym parlamencie. Celem było wyłącznie Sejmu z systemu władzy, aby doprowadzić do przedterminowych  wyborów. Na szczęście, ta żałosna kampania okazała się nieudana. Jednak uświadomiła wszystkim uczestnikom życia politycznego, że okupacja Sejmu przez jakąś mniejszość przy poparciu zagranicy i relatywnie wysokim poparciu  w kraju, może być skuteczną drogą do zakwestionowania wyniku wyborczego, ale też może prowadzić do przejęcia władzy bez procedury wyborczej. Jest tylko kwestią czasu i okoliczności, kiedy ten scenariusz ponownie  zostanie uruchomiony.  

 

W wyniku wymiany pokoleniowej i narastających konsekwencji budowy społeczeństwa otwartego, powoli zanika podział, postkomuniści kontra Solidarność. Rodzi się nowy: między Europejczykami – czyli oświeconą, wykształconą, demokratyczną i tolerancyjną opinią publiczną z dużych miast a typowym ciemnym tubylczym ludem, niewykształconym, ksenofobicznym, leniwym i katolickim zaściankiem. Ten kwantyfikator jest tak długo prawdziwy jak długo lemingi są poddane dominującemu ciśnieniu medialnemu. W tym miejscu dotykamy kwestii procesu rodzenia się nowego  podziału ideowego.  Nie powstaje on w wyniku świadomego wyboru dokonywanego przez  tzw. słoiki, w wyniku przekonania ich  do nowych  idei,  ale dokonuje się poprzez odcięcie się  przyszłych lemingów od swych korzeni, od rodzinnych domów i tradycji, z których pochodzą. Wystarczy przekonać młodych, aby zrezygnowali z niedzielnych Mszy św. To wystarczy, aby w większości wsiedli do pociągu Owsiaka, aby uwierzyli, że należą do nowego lepszego świata i od zawsze są z miasta, z korpo, że są lepsi. Chcąc nie chcąc, tym sposobem  sami stają się ofiarami, a zarazem zwolennikami antyrepubliki i gejfaszyzmu.

 

Jedną z zasadniczych konsekwencji tej przemiany jest objawiająca się w coraz większym stopniu  dezintegracja wspólnego kodu kulturowego, która jest konsekwencją odrzucenia Boga jako centralnego punktu odniesienia i patriotyzmu jako nieuzasadnionego ograniczenia, kiedy Europa ofiaruje dobrobyt i status. W ten sposób rodzi się wiara, że „polskość da się oderwać od katolicyzmu..”[7] i nic się nie stanie, bo w ich subiektywnym odczuciu tak właśnie jest. Czym zatem ma być Polska bez katolicyzmu, bez patriotyzmu, a zarazem bez komunizmu?

 

W coraz mniejszym stopniu umiemy się komunikować między sobą. Więzi między pokoleniami nie umiała do końca zerwać komuna, choć prowadziła przez całe dziesięciolecia  konsekwentną politykę wynaradawiania. Niestety wbrew wielu opiniom poczyniła wielkie postępy. Dlatego nowe idee, zwłaszcza liberalizm przyniesiony zza oceanu wraz z powiewem wolności,  tak szybko mógł się rozwinąć do roli idei wiodącej. Najjaskrawszym publicznym przykładem obcości polskiego kodu kulturowego są publiczne wypowiedzi polityków Nowoczesnej, często PO. Symptomatyczne jest dla nich powoływanie się na bycie w Europie, w  Unii i traktowanie instytucji międzynarodowych jak własnych, krajowych, wyrażające się między innymi w nawoływaniu rządu RP do przyjmowania międzynarodowych deklaracji przez aklamację[8]. Innym przykładem co jakiś czas są wypowiedzi, na tematy dotyczące historii Polski lub funkcjonowania państwa. Okazuje się, że znajomość elementarnych faktów z  historii i kultury polskiej na poziomie szkoły podstawowej jest dla wielu zbyt trudna. Również  niewiele mają do powiedzenia na konkretne tematy, szczególnie w dziedzinach, w których należy podjąć się obrony istotnych interesów państwa, czy postawienia się wobec zakusów państw naszej bliskiej zagranicy. Negatywne skutki społeczne, kulturowe i ekonomiczne globalizacji są przez nich traktowane jako uzasadnione koszty rozwoju i postępu. Na kontrargumenty odpowiadają epitetami, emocjami i agresją przy jednoczesnym opowiadaniu piramidalnych bzdur powołując się na tzw. prawa rynku.[9] Emocja zamiast merytorycznego argumentu.                                        Zamyka to drogę do rzeczowej debaty, nikt nikogo nie słucha, nawet prywatnie. Rodzi to agresję i histerię napędzaną przez media i Internet. W ten sposób spór polityczny przeradza się w nieustającą burdę uliczną. Walczą ze sobą już nie obozy polityczne, a dwa „plemiona”. Jedno mówiące językiem polskim, drugie raczej  narzeczem polskim. Tym samym sens wspólnoty narodowej i państwowej jest poddany procesowi erozji i rozmyciu. Walka o umiędzynarodowienie Polaków (w Europie dotyczy to wszystkich nacji) ma również krytyczny wpływ na reinterpretowanie systemu republikańskiego, nie chodzi tylko o to, że obóz europejski przegrał wybory przez pomyłkę, w wyniku błędu, ale przede wszystkim o to, że nie ma zgody na rzeczowy język, na konkurencyjny program, na inną wizję Polski, niż ta, która jest w rzeczywistości surogatem samej siebie. Jest państwem teoretycznym, jest antyrepubliką, a na to zgody być nie może.

 

Suwerenność, a republikańska  podmiotowość.

Niewątpliwie III RP jest państwem niepodległym z własnym rządem, pochodzącym z wewnętrznego procesu politycznego. Natomiast architektura finansowa – gospodarcza nie jest w pełni polska. W praktyce oznacza to działanie systemu, który nie można zgodnie z tradycyjną miarą dziewiętnastowieczną określić jako w pełni suwerenny. Poprzez ustrój ekonomiczny władza publiczna – rząd, parlament i sądy podlegają rozlicznym ograniczeniom i koniecznościom mających swe źródła poza granicami republiki. Drugim elementem wywierającym stały wpływ na bieg spraw ma obecnie obowiązujący ustrój republiki zbudowany na zasadzie autonomiczności instytucji organizacji państwowej. Pierwszym i najbardziej dobitnym przykładem jest zasada organizacji działania rządu, który składa się z niezależnych ministerstw, na ogół realizujących samodzielne polityki sektorowe.  Głośnym przykładem z ostatnich lat są zagraniczne zakupy technologii i systemów militarnych czy informatycznych, kosztem krajowej gospodarki i nauki. Przy czym bardzo wielu ekspertów i polityków uważa taki stan rzeczy za pożądany, choć nie wszyscy są gotowi przyznać to publicznie. Dzieje się tak za sprawą najsilniejszych grup interesów – niekoniecznie zagranicznych. W dużej mierze odpowiedzialność za ten stan jest wynikiem przyjętej dość powszechnie filozofii rządzenia – pojmowania sensu sprawczości polityki państwa, tzw. państwa minimum. Każda jednostka organizacyjna państwa realizuje własną politykę skupioną na zabezpieczeniu swojego budżetu i zakresu władzy, względem innych instytucji bez oglądania się na ważny interes publiczny.          Dynamiczna rzeczywistość polegająca na permanentnej zmianie domaga się polityk specjalistycznych – sektorowych, ale pojmowanych w sposób komplementarny w ścisłym powiązaniu z innymi politykami sektorowymi oraz elastycznego podejścia. Inaczej instytucje nie mogą działać dla dobra wspólnego, a państwo jako organizacja zatraca własny sens.  Przyjęte rozwiązania ustrojowe, jak i szczegółowe, są wynikiem przestarzałego systemu myślenia. Są konsekwencją braku naturalnej strategii rozwoju i projekcji siły sprawczej. Naturalna rynkowa  strategia rozwoju czerpie swój napęd  i kierunek z sumy decyzji biznesowych, które między innymi pochodzą z ograniczeń historycznych, kapitałowych, technologicznych, prawnych, społecznych, a przede wszystkim warunków konkurencji na rodzimym, międzynarodowym rynku i państwowej polityki wsparcia – kierunku rozwoju. Te ograniczenia wyznaczają tempo i bieżący horyzont zmiany. Aby polityka państwa stała się komplementarną wyznaczającą świadomy kierunek  rozwoju, system polityki wewnętrznej musi wynikać z procesu ucierania się decyzji pomiędzy wszystkimi grupami interesu republiki. Ten proces, jeżeli ma w naszych warunkach doprowadzać do efektu synergii, potrzebuje kompetentnej i spójnej polityki gospodarczej rządu, świadomości celu. Podmiotem prawa gospodarczego w Polsce są firmy krajowe i zagraniczne zarejestrowane w Polsce oraz rezydenci. W związku z tym w zależności od łańcucha powiązań biznesowych, np. kupujący – sprzedający oraz konkurencji pomiędzy branżami artykułowane są rozmaite interesy. Część z nich służy zagranicznym inwestorom, część rodzimemu kapitałowi. Zatem, jeżeli istotna część polskiego biznesu jest uzależniona od obcego kapitału, technologii, zbytu lub zakupu inaczej postrzega suwerenną politykę państwa, od tych firm, których biznes jest wyłącznie krajowy. Uwzględniając dodatkowo konieczności finansowe budżetu państwa, gwarancje bezpieczeństwa finansowego gospodarki, wojskowego i energetycznego, dostępu do zagranicznych rynków zbytu, oczywistym staje się przymus respektowania obcych interesów w wewnętrznym systemie republiki. Unia Europejska jest jedną z tych instytucji międzynarodowych regulacji, bez których nie może funkcjonować polityka polska, ani tym bardziej jej organizacja – państwo na obecnym poziomie, gdyż około 55% środków koniecznych do utrzymania płynności finansowej pochodzi od kapitałów transgranicznych.  Oznacza to, że o ile państwo mamy niepodległe, to już polityka wewnętrzna ani zagraniczna, nie mogą być w pełni suwerenne w starym sensie tego słowa. Ten paradygmat jest obecnie typowy również dla państw od nas silniejszych i większych. Bez wątpienia jest to konsekwencja amerykańskiej polityki wielkich obszarów, bardzo dobrze to widać w Republice Francuskiej, Republice Federalnej, Federacji Rosyjskiej, a nawet w Stanach Zjednoczonych czy Chinach. W związku z tym jesteśmy postawieni wobec wyzwania, jak w państwie  o ograniczonej suwerenności  ma się realizować  podmiotowa polityka,  jak odzyskać republikę?

 

Jeżeli instytucje państwa, jego system prawny podlegają rozlicznym ograniczeniom, a niepodległość jest między innymi kwestią międzynarodowego konsensusu i rozwój gospodarczy w dużej mierze oparty jest na zagranicznych inwestycjach oraz technologiach, to polityka polska jest pozbawiona swoich naturalnych sił napędowych i podmiotowych źródeł decyzji. Wykorzystując jednak w sposób świadomy swoje zasoby i dotychczasowe osiągnięcia należy wyodrębnić te miejsca i obszary, w których istnieje naturalna suwerenność i należy ją rozwinąć – przekształcić w silę poprzez zmianę przede wszystkim jakościową. Podstawą żywotności każdej zakorzenionej wspólnoty jest chęć  poszukiwania lepszego życia. Przy czym nie należy tej kategorii utożsamiać jedynie z ekonomią i materialnym dobrobytem, bo ekonomiczny sukces można indywidualnie osiągnąć i pod obcą banderą. Siła tkwi w duchowym dziedzictwie pokoleń[10] , w nieustanym dojrzałym odnajdywaniu swej tożsamości osobistej i zbiorowej. W poczuciu sensu życia i bezpieczeństwa.  Identyfikacja jest jedyną drogą do budzenia potrzeb duchowych, które wyprowadzają nas poza bieżące konieczności egzystencji, poza sferę osobistego egoizmu i konformizmu na rzecz pełnego życia[11]. U ludzi i środowisk, które tego doświadczają widać wyraźnie, że nasze „ja” bardzo szybko przeradza się w nasze „my”. Jednym z dobrych przykładów w ostatnich latach jest ilość nowych lokalnych i krajowych stowarzyszeń, których liczba i żywotność  wciąż rośnie, a ich wpływ na sprawy społeczne i państwowe jest coraz większy. Wystarczy przypomnieć takie inicjatywy jak wywalczenie krajowych obchodów święta Trzech Króli, Marsz Niepodległości, słynne sześciolatki, frankowicze itd. Ilość stowarzyszeń lokalnych o różnym charakterze rośnie równie dynamicznie i w dużej mierze są one autonomiczne. Najmniej korzystnie te zjawiska przedstawiają się w środowisku krajowych przedsiębiorców, które w zdecydowanej większości jeszcze nie potrafi dostrzec dla siebie korzyści w tych formach działania, a przecież jest wiele przykładów wskazujących na sukcesy takich inicjatyw. O ile nie przezwyciężmy egoistycznego lęku, nie podejmiemy się współdziałania, o tyle polska polityka wielkich obszarów zostanie jedynie iluzją.

 

Aby upodmiotowić republikę należałoby tak zmienić system polityczny – ustrojowy, który umiałby wykorzystać tę energię i zapał do pracy dla dobra wspólnego na poziomie samorządu i polityki krajowej. Państwo potrzebuje w sferze ekonomicznej większego zaangażowania przedsiębiorców do łączenia zasobów i kompetencji w spółki prawa handlowego, niż pracy opartej na  egoizmie i strachu przed oszustwem. Słabość tego paradygmatu ma istotny wpływ na wydajność, która jest zdecydowanie niższa w przeliczeniu na jednego mieszkańca w porównaniu nawet do naszych mniejszych sąsiadów[12]. Podniesienie wydajności biznesu nie jest możliwe bez poprawy w tej dziedzinie na wszystkich poziomach organizacji państwa. Jeżeli interes firmy, branży – organizacji, będzie stał powyżej naturalnej kooperacji z innymi, a obywatel, menedżer, przedsiębiorca i polityk będą petentami zgodnie ze wschodnim i pruskim modelem kultury urzędniczej, która obecnie  bardzo dobrze przeniknęła do lewicowo-liberalnej mentalności, to wciąż będziemy rozwiązywać abstrakcyjne problemy. Obecnie państwo polskie posiada wszystkie typowe agendy istniejące i działające w państwach nowoczesnych. Jednak gdy zaczniemy analizować, która z dziedzin jest sprawna i efektywna w swej misji, okazuje się, że w większości  mamy do czynienia ze standardowym lub pozorowanym działaniem z jednej strony, a mnożeniem przeszkód z drugiej.  Zmiana ustroju liberalnej republiki na rzecz republiki narodowo-demokratycznej rozumianej, jako republika rzeczywista, a nie teoretyczna jest warunkiem koniecznym, aby rozwój był dostępny dla wszystkich obywateli. Do tego konieczne jest przełamanie monopolu w mediach i ośrodkach opiniotwórczych. Bez wygrania wojny ideowej w mediach, wyparcia antywartości z głównego przekazu, każda zmiana będzie powierzchowna i przejściowa. Patologia zachowań społecznych rodzi się z grzechu, a więc naturalnie i nieustanie odradza się, gdy tylko presja znika.

 

Media eksplorują grzech jako swój podstawowy zasób, a zarazem atut w walce o uwagę odbiorców. Są z natury rzeczy zainteresowane pokazywaniem, a przez to tworzeniem takiej rzeczywistości, w której relatywizm norm jest jedyną normą. Do niedawna dyktatura czwartej władzy miała przemożny wpływ na tłumaczenie, że zjawiska patologiczne są standardem bogatego i postępowego świata, że są naturalne i oczekiwane. Dlatego  jednym z najważniejszych  zadań jakie ma przed sobą Narodowa Demokracja 2.0, jest dążenie do wytworzenia własnego ogólnokrajowego  ośrodka opinii.

 

Demografia i rewolucja 4.0 rzuca wyzwanie republice.   

Najważniejszym dziś wyzwaniem przed jakim stoi od tysiąca lat Rzeczpospolita jest jej demografia. Współczynnik zastępowalności pokoleń na poziomie 1,3 skazuje nas na wymarcie jeszcze w tym stuleciu. Opisywanie  trendów  w demografii nie podlega twórczej ewaluacji. Tu fakty są twarde. Jeżeli w ciągu obecnej i następnej dekady nie uda się tego odwrócić, realizacja reszty zadań jest bezcelowa. W latach 2013-2015 ONZ przeprowadziła kolejne badania i symulacje zmian demograficznych jakie dokonają się na świecie do końca obecnego stulecia. Przeprowadzono 600 tys. symulacji przy zmiennych założeniach, aby uzyskać miarodajny wynik. Dla Polski i jej regionu ujętego wraz z Rosją, Niemcami oraz Rumunią i Bułgarią wyniki są mało optymistyczne. „Projekcja dla Europy Wschodniej pokazuje najbardziej dramatyczne spadki. O ile Rosja do 2100 roku straci jedynie 18,1% mieszkańców, o tyle Ukraina 41,1%, a Polska 42,3%. Mimo tych trudnych do wyobrażenia sobie wskaźników, Ukraina i Polska nie będą liderami spadków, gdyż największą część populacji stracą Mołdawia(-54,4%),Bułgaria(-52,4%) i Rumunia(-45,2%). Żaden kraj nie ma odnotować wzrostu ludności a jedynie w przypadku Czech spadek będzie mniejszy niż w Rosji (-16,6%).”[13] Natomiast zmniejszenie populacji w Republice Federalnej osiągnie 21,6%. Wioski nasuwają się same szczególnie kiedy uwzględnimy zmiany wśród populacji w wieku produkcyjnym, a tu nasz ubytek jest najbardziej dramatyczny na tle regionu sięgający 56,5%.[14] Jeżeli taki san rzeczy się utrzyma nasze państwo będzie tak słabe, że może nie być już mowy o suwerenności, a jedynie o  szerszej lub węższej autonomii. Przedstawione badania dotyczące naszego kraju nie uwzględniły nowej polityki prorodzinnej, a potraktowanie tego wyzwania ze śmiertelną powagą daje szansę na odwrócenie się trendu, choć potrwa to dość długo. Niestety wśród wielu środowisk endecko – narodowych, za wyjątkiem Prawicy Rzeczypospolitej, zagadnienie to wciąż jest marginalne, a komentarze na różnych forach dyskusyjnych są bardzo podobne do tych w środowiskach lewackich i liberalnych. Bredzenie, że jakaś polityka podatkowa jest w stanie zmienić dotychczasowy trend demograficzny jest wyrazem ignorancji i zwykłej głupoty wynikającej miedzy innymi z powszechnego zjawiska infantylizacji życia publicznego oraz zamykania oczu na niechcianą rzeczywistość. Polityka demograficzna – prorodzinna wymaga szerszego, a zarazem głębszego rozpoznania zjawisk jakie je tworzą, tym bardziej kiedy uświadomimy sobie wzajemne związki pomiędzy innymi politykami. Aby szukać rozwiązań mogących wesprzeć obecny program rządu 500+, należy wyjaśnić jaki wpływ na dzietność i stabilność rodziny ma polityka senioralna, w tym system emerytalny. Jak na te polityki wpływa polityka podatkowa, socjalna, model rozwoju gospodarczego, czy presja międzynarodowych regulatorów w polityce wielkich obszarów. Jeżeli na tym wyzwaniu nie skupimy energii i zasobów, skutki tej katastrofy dotkną już obecnych dwudziestolatków.

 

Zagadnienie demografii ukazuje nam jeszcze jedno zjawisko. Dynamikę zmian społecznych, która przetwarza wartości i dotychczasowy ład życia zbiorowego, w tempie do tej pory w historii zauważalnym tylko w przypadku katastrof – znikania cywilizacji z mapy historii. Wystarczyły trzy pokolenia, aby populacja narodu zaczęła dosłownie znikać, jednocześnie zmieniając własną strukturę na coraz słabszą społecznie. My na co dzień żyjemy tak, jakby ta sprawa nas nie dotyczyła, jej w naszej świadomości trudno szukać.[15]  Dlatego inne wyzwania przed jakimi stoi nasza wspólnota i państwo muszą być podporządkowane pod rozwiązanie tego dziejowego zagadnienia. Rozwój gospodarczy może być realizowany różnymi metodami i dla różnych celów. Od czasu trzeciej niepodległości gospodarkę pod przemożnym wpływem liberalnej dogmatyki tzw. praw rynku przedstawia się  jako zjawisko apolityczne z mocną tezą, że czym mniej państwa, tym lepiej. W tym samym czasie najważniejsi kreatorzy ekonomiczni na świecie realizowali z pełną determinacją ekonomię polityczną przy aktywnym wsparciu rządów. Każda polityka ekonomiczna,  a zwłaszcza ta określana mianem wolnego rynku zawsze była polityką interwencjonizmu państwa, była – jest ekonomią polityczną. Obecna reakcja Donalda Trumpa na obowiązujący model polityki wielkich obszarów, model stworzony przez Stany Zjednoczone  jest wynikiem oceny efektów drugiego etapu globalizacji. Stąd już decyzje nowej administracji o nieratyfikowaniu wszystkich nowych umów o wolnym handlu, gdyż w ocenie wielu ekspertów i biznesmenów amerykańska gospodarka nieustanie słabnie[16], a jednym ze skutków globalizacji jest spostrzeżenie, że amerykańska  republika się chwieje w swych fundamentach.[17]  Tym razem wybór dalszej ścieżki rozwoju  Ameryki nie będzie wynikiem diagnoz  ekonomicznych szarlatanów z tytułami naukowymi i nagrodami Nobla, opłacanymi przez rynki finansowe, ale politycznej kalkulacji wynikającej z dotychczasowych osiągnieć np. w wymianie handlowej z Chinami lub Republiką Federalną. Zmiana jakiej chce dokonać nowa administracja, aby nabrała trwałego charakteru, potrzebuje zasadniczo rewolty w kulturze.

 

Podobnie jest w Europie i u nas. Jeżeli jesteśmy zainteresowani zwrotem w kierunku endeckim – podmiotowym,  potrzebujemy kontrrewolucji idei. Bez polskiej polityki kulturalnej, która wydobywa najbardziej wartościowe jej pierwiastki, bez jej świadomego skomercjalizowania, polski biznes wciąż będzie walczył o uznanie polskiej marki, jako marki zaufanej,  a anglosaska popkultura, bez przeszkód będzie szerzyć spustoszenia w naszych głowach, jednocześnie nieustanie pozyskując dla idei społeczeństwa otwartego nowe rzesze zwolenników. Ta dziedzina jest drugim obok demografii polem, na którym rozstrzygnie  się czy wygrają Polacy czy polactwo. Bez świadomej komercjalizacji polskiej kultury popularnej  i wysokiej w kraju i poza granicami Polska polityka wielkich obszarów nie będzie możliwa na skalę naszego potencjału. Bez niej nie ma silnego państwa.

 

Trzecim zagadnieniem, które ma bardzo istotny wpływ na stworzenie fundamentów podmiotowości państwa polskiego jest polityka bezpieczeństwa. Zwłaszcza energetycznego i szeroko rozumianego wojskowego[18]. Uzyskanie w tych dziedzinach realnej samodzielności zmieni pozycję naszego państwa z przedmiotu gry międzynarodowej na jeden z ważnych podmiotów,  pod warunkiem, że w kraju nastąpi zmiana trendu demograficznego na rosnący. Jeżeli w ciągu nadchodzącej dekady  większość zapowiadanych zmian zostanie wdrożona, to staniemy się państwem odpornym na większość szantaży i nacisków naszych dużych sąsiadów lub międzynarodowych ośrodków regulacyjnych. Te polityki bezpieczeństwa są również warunkiem udziału w nadchodzącym skoku technologicznym świata. Naszą  ukrytą szansą w tych dziedzinach jest wprowadzenie krajowej nauki i gospodarki do rewolucji 4.0. Nastąpi ona bez względu na to czy nasze państwo, jego elity będą miały w tym względzie poglądy dojrzałe czy niedorzeczne. Rewolucja 4.0 niesie ze sobą wiele nowych możliwości i nie nastąpi ona w dalekiej przyszłości, gdyż już się rozpoczęła.  Laser zamiast fal radiowych, drukarki 3 D, cyfryzacja organizacji państwa, czy autonomiczne roboty i inteligentne sieci informacji. Te i bardzo wiele innych dziedzin ulegnie przeobrażeniu teraz, a nie za dwie trzy dekady, o ile w gospodarkę światową nie uderzy ekonomiczne tsunami. Zjawisko zastępowania ludzi przez elektronikę i automatykę nawet w usługach na masową skalę będzie redukowało miejsca pracy i jednocześnie bazę podatkową.  Skutki tych zmian dla struktury społecznej porażonej  w coraz większym stopniu patologiami GLTB, depopulacją  oraz atomizacją społeczną, nałożą się na siebie, tworząc masę rewolucyjną lub nihilistyczną, której ewentualny wybuch byłby porównywalny do rewolucji jakobińskiej. Obojętnie, który ze scenariuszy będzie miał miejsce, republika i wspólnota narodowa są zagrożone, choć dziś podobnie jak w przypadku demografii trudno uznać to za konkretne, a także rzeczywiste zagrożenie, gdyż na co dzień towarzyszy nam złudzenie ładu i wolności. Nie mniej jednak, bez względu na naszą osobistą opinię, te procesy dzieją się wokół nas. Powstrzymanie – ograniczenie lub wyzyskanie skutków społecznych i politycznych nadchodzącej Rewolucji 4.0 jest domeną polityki i organizacji państwowej. Jeżeli tak, jak do niedawna, elita polityczna i uniwersytecka, nie będzie zainteresowana tym, aby państwo w sposób świadomy przyjęło na siebie skutki niekorzystnych zmian społecznych, a zarazem zmusiło zwłaszcza duży transgraniczny  biznes do „prywatyzacji” części skutków swojej działalności, to Polska w dłuższej perspektywie może tej zmiany nie przetrwać. Zostanie zmajoryzowana przez Niemcy i Francję.  Wszystkie tu wymienione zasadnicze wyzwania jakie stoją przed Republiką Polską stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie, ale jednocześnie szansę na miarę jej dziejów.  Gdyby kontrrewolucja idei rozwinięta przez ND miała stać się jedną z głównych alternatyw w przyszłości, to już dziś musi pozyskać szerokie kręgi zwolenników, zwłaszcza wśród tych, którzy chcą aspirować do elity państwa.

 

Obecny moment dziejowy narzuca nam konieczność widzenia polityki dalej, niż następne kampanie wyborcze. Trzeba podobnie jak: Stanisław Piasecki, Adam Doboszyński, Wiesław Chrzanowski, Wojciech Wasiutyński, Stefan Wyszyński i Jan Paweł II dostrzec najgłębszy wymiar toczącej się walki. Nie możemy stracić z oczu perspektywy z jakiej Roman Dmowski widział politykę w „Myślach nowoczesnego Polska” oraz w „Kościele, Nardzie i Państwie”. Kardynał Hlond jako pierwszy zdefiniował ją jako wojnę ludzi cywilizowanych z cywilizacją śmierci. W miarę oddalania się od czasów PRL-u, ucieka nam dostrzeganie właśnie tego podłoża dokonujących się zmian. Prawie już zapomnieliśmy czym jest polityka totalna, a w nadchodzącym czasie ku temu właśnie zmierza nowa rewolucja lewacko-liberalna, do fasadowej i kosmopolitycznej republiki realizującej totalną politykę w praktyce.  Podmiotowość republiki jako ustroju nie jest możliwa bez podmiotowości narodu. Ona jest możliwa jedynie wówczas, kiedy tradycyjne struktury społeczne, a więc rodzina oraz wartości Bóg –Honor – Ojczyzna są żywą treścią życia zdecydowanej większości. Utracenie tego co jeszcze dziś nie do końca zatracone, lecz żywe poprzez porzucenie tego w imię osobistych interesów i wąskiego zakompleksionego horyzontu myśli politycznej, jest zbrodnią równą zdradzie stanu. Dlatego  upatrywanie swej szansy jedynie w pracy nad wygraniem w kolejnych wyborach mandatu politycznego, będzie zamykać endecji drogi do wpływania na bieg spraw publicznych i państwowych innymi środkami.  Najnowsza historia daje nam dowody, że nawet nie mając decydującego wpływu na bieg spraw politycznych można w istotny sposób wpływać na kształt polityki polskiej. Za sprawą LND (1957-60) myśl endecka wchodzi z cienia pomimo sprzeciwu aparatu politycznego PRL-u i sekowania jej przez twz. lewicę laicką i katolicką oraz tzw. liberałów, a do publicznej debaty drugiego obiegu za sprawą Wiesława Chrzanowskiego i Ruchu Młodej Polski[19]. Konsekwencją tego jest między innymi statut Solidarności i pozbycie się doradców z KOR, z pierwszego jej zarządu.[20]  Ustawa o Ochronie życia nienarodzonych – choć niedoskonała, zniszczyła podstawy cywilizacji śmierci, wyrwała zęby lewicy i w konsekwencji rozpoczęła proces przesuwania się kolejnych pokoleń na prawo.[21]  Ustanowienie ministerstwa ds. polityki morskiej przez LPR wydobyło naszą gospodarkę morską z niebytu, Stowarzyszanie Marsz Niepodległości bezpośrednio wpłynęło na odradzanie się tożsamości i wspólnoty narodowej w znacznej mierze przyczyniając się do obecnego zwrotu na prawo i powstrzymaniu marszu LGBT i lewactwa. Podane tu przykłady świadczą jednoznacznie, że można wywierać realny wpływ na politykę polską, być jej współgospodarzem.

 

Nie wskazałem tu innych ważnych wątków, które miały pośredni lub bezpośredni wpływ na bieg zasadniczych spraw publicznych, to jednak bez tych działań, choć czas za każdym razem był niewłaściwy i brak było sprawczej większości, można było uzyskać imponujące rezultaty.  Dobrym tego przykładem jest historia obowiązującej (w obecnej konstytucji) definicji rodziny, ten zapis jest kolejną osobistą zasługą Wiesława Chrzanowskiego, choć w tym czasie nie pełnił on wpływowych funkcji państwowych. Gdyby nie jego determinacja już od dawna bylibyśmy kolejnym państwem gejowskim. Czekanie na idealne warunki jest zwyczajną głupotą, jest zdradą endeckiej drogi. Zmianę wykuwa się tu i teraz.

 

Tekst pochodzi z 38. numeru kwartalnika „Myśl.pl”.

 

Piotr Zych- zastępca redaktora naczelnego „Myśl.pl”, przedsiębiorca. Od 1979r. w środowisku ILO Ruchu Młodej Polski. Założyciel  Ruchu Harcerzy Polskich 1981, w latach 1985-89 współtwórca  poznańskiego środowiska Młodzieży Wszechpolskiej, represjonowany w stanie wojennym, członek założyciel ZCHN, obecnie w  Stowarzyszeniu  Nowoczesnego Patriotyzmu i stowarzyszeniu Endecja.           

 

 

[1] Oczywiście istniała endokomuna – PAX, jednak wiodące środowiska endeckie – katolicko – narodowe były jednoznacznie antykomunistyczne.  

[2] Wiesław Chrzanowski Historia-Polityka-Idee” Piotr Miercki „Kilka uwag o postrzeganiu najnowszej historii Polski …..” s87

[3] Jest to nieustanne źródło naszej słabości, wciąż dalekie do przezwyciężenia, ale przez większą część elity politycznej i intelektualnej  już zapomniane. 

[4] Benito Mussolini. „Doktryna faszyzmu”. 1935

[5] Myśl.pl nr 37(1/2017) „Kontrrewolucja” Trumpa- amerykańskie wybory 2016”

[6] Jest to oczywiście uproszczenie, gdyż nieodpowiedzialność biznesu jest konsekwencją tego, że polityka  i państwo nie nadążają za tempem zmian,  jest to skutkiem perspektywy kadencyjnej polityki – te państwa, w których jakiś obóz polityczny rządzący więcej niż dwie kadencje ma szansę realizować politykę z większym sensem i zmieniającymi się potrzebami – RFN, USA są najlepszym tego przykładem, choć niedoskonałym. 

[7] Odwrócenie znanego cytatu Romana Dmowskiego z „Kościół Naród Państwo” 1926

[8] Wystąpienie posła Schetyny w radiu TOK FM w przeddzień Sześćdziesięciolecia obchodów utworzenia UE

[9] Sztandarowym przykładem jest np. pan Żakowski, ale i paru telewizyjnych profesorów.  

[10] Np. „Czwarte Pokolenie” Wojciech Wasiutyński

[11] Kościół, Naród, Państwo R. Dmowski 1926 

[12] Nie jest to jedyny powód niskiej wydajności, ale w nim tkwi niskie tempo rozwoju organizacyjnego i technologicznego. 

[13] Mateusz Łakomy Polityka Polska nr 1-2(21-22) Styczeń- Luty 2017 „Bezpieczeństwo demograficzne Europy w XXI wieku”.s.59

[14] ibidem

[15] Gdyby nie program 500+ medialni eksperci i komentatorzy nie poruszaliby tego zagadnienia tak jak miało to miejsce do rozpoczęcia kampanii wyborczej 2015 roku. 

[16] „Polityka wielkich obszarów, czy nastąpi trzecia globalizacja.” Polityka Polska nr 7-8(15-16)2016 s. 48

[17] „Kontrrewolucja” Trumpa-amerykańskie wybory 2016 Myśl.pl nr 37(1/2017)s.28

[18] Polityka obronna i bezpieczeństwa wymaga szerszego i oddzielnego omówienia ze względu na jej specjalistyczny charakter – Myśl.pl nr34(2/2015) s.22

[19] T. Sikorski „O kształt polityki polskiej. Oblicze ideowo-polityczne i działalność Ruchu Młodej Polski (1979-1989)”   

[20] „Wiesław Chrzanowski Historia – Polityka- Idee”. Henryk Klata „Autorytet ponad podziałami” s. 77

[21] Jak wiemy w Europie Zachodniej prawica już raczej nie jest prawicowa a jedynie kapitulancka bądź libertyńska np. FN itp.

 

 

Polityka obronna powinna obejmować wiele aspektów i zagadnień o charakterze specjalnym. Jedne z nich należą do kanonu rzeczy obowiązkowych, inne wymagają odważnego i kreatywnego myślenia, tym bardziej, kiedy przez jeden element, tzw. popularny drobiazg, można przegrać nawet zwycięską partię.

 

W minionych okresach (II RP, PRL-u i III RP) pięt achillesowych Wojska Polskiego było i jest kilka, ale niektóre z uporem maniaka trwają do dziś(np. szeroko rozumiane rozpoznanie, przetwarzanie danych i łączność). Nie mam zamiaru wymieniać tutaj wszystkich. Wskazuję jedynie na pewną „genetyczną” bezwładność i słabość naczelną. Jest nią – moim zdaniem – tradycja intelektualna Wojska Polskiego, następnie wyższa kadra dowódcza i opiniotwórcze środowiska skupione wokół słabych wojskowych uczelni. Ocena taka wydaje się zasadna zważywszy na „urobek” dotychczasowej polskiej polityki obronnej. Nie jest to jedynie problem „czysto” wojskowy, ale niestety w dużej mierze odnoszący się do jakości polskiej polityki jako całości. Mamy aspiracje europejskie i międzymorskie, a nie potrafimy zarządzać własnym doświadczeniem, wiedzą, kompetencjami i zasobami. Taki jest dorobek trzydziestolecia III RP w obronności. A stoją przed nami wyzwania nie błahe, ale rozstrzygające o bycie i przyszłości państwa, jak np. szantaż bronią A,B,C. O ile każda z tych broni ma swoje istotne ograniczenia w użyciu, o tyle istnieje wymiar, który zagraża spójności naszej polityki obronnej. Pytanie brzmi, jak uderzyć przeciwnika, aby go nie zmienić w krwawą ofiarę żądną zemsty, a jednocześnie przestraszyć sojuszników przed dalszym angażowaniem się w jego obronę?

 

Dla takiego celu Armia Federacji Rosyjskiej dysponuje taktycznym pociskiem jądrowym o mocy jednej kilotony. Siała rażenia tej broni ma bardzo ograniczone znaczenie w starciu bezpośrednim i nie powoduje apokaliptycznych konsekwencji materialnych dla armii nieprzyjaciela. Jednak skutek psychologiczny i propagandowy nadaje tej broni wymiar polityczny, gdyż urealnia przekształcenie konfliktu konwencjonalnego w jądrowy – totalny. Taka demonstracja wywołuje ponowne przeliczenie skali konsekwencji. Ryzyko i korzyści należy zważyć na nowo. W naszym przypadku wynik takiej kalkulacji, zwłaszcza dokonywanej przez Niemców i Francuzów jest raczej przesądzony. Jednakże to po naszej stronie jest konieczność zabezpieczenia się na taką ewentualność, aby po raz kolejny nie paść ofiarą własnych rojeń na temat cudzych zobowiązań.

 

Ostatnio jeden z wiceministrów w MON stwierdził, że jest możliwe, aby polska polityka obronna była w stanie samodzielnie, bez bratniej pomocy, odeprzeć większość zagrożeń. I to jest zmiana, na którą trzeba było czekać prawie dwadzieścia pięć lat… aby przedstawiciel polskiego rządu wziął odpowiedzialność za polską politykę obronną, a nie kolejny prezydent USA czy kanclerz RFN. Bez zmiany myślenia o polityce, bez przyjęcia polskiej perspektywy, która za punkt wyjścia przyjmuje położenie geopolityczne, uwikłania polityki regionalnej w politykę strategiczną wielkich graczy, relatywną słabość względem silniejszych sąsiadów bliższych i dalszych, bez odrzucenia historycznego bagażu osiągnięć Wojska Polskiego w zakresie projekcji siły, będzie bardzo trudno wydostać nasze myślenie z poziomu mitów narodowowyzwoleńczych.

 

Odrzucenie historycznego bagażu polskiej armii nie dotyczy oczywiście (co mocno podkreślam) morza krwi przelanej za ojczyznę, często w imię błędnych motywacji i kalkulacji politycznych mających na uwadze dobro jedynie nielicznych. I jeszcze jedno pytanie mnie dręczy… czy na pewno w naszym interesie jest to, aby Republika Federalna wydawała na obronę 2% PKB rocznie?

45 tydzień tego roku jest kolejną przełomową datą w bogatej historii naszego zachodniego sąsiada. W mediach głównego nurtu informacja ta nie wzbudziła większej reakcji. A powinna. I nie chodzi wyłącznie o to, że niemieccy prawnicy (sędziowie Trybunału Konstytucyjnego Republiki Federalnej) nagle odkryli trzecią płeć, co samo w sobie jest już niepokojące, ale także o to,czy tym samym nie utracili zdolności do orzekania.

 

Konsekwencje tego orzeczenia jednoznacznie wysadzają w powietrze rodzinny kodeks prawny, unieważniając jednocześnie całe orzecznictwo jakie do tej pory obowiązywało. Najgorsza w tym wszystkim jest zaś błoga bezrefleksyjność wobecs kutków tej decyzji. Prawa człowieka już od dawna są za Odrą własną karykaturą, ale teraz niemieckie społeczeństwo weszło na nowy poziom osobo-płci. Niebawem okaże się konieczne przeprowadzenia redefinicji naukowych pojęć, twierdzeń i dowodów, aby odrzucić niesłuszne poglądy na rzecz nowej i oczywiście naukowej rzeczywistości. W konsekwencji Niemcy będą musieli się przemienić, a trzecie toalety to naprawdę temat kabaretowy w świetle tego,z czym ustrój prawny i polityczny będzie zmuszony się zmierzyć. Tyrania praw mniejszości odniosła następne wielkie zwycięstwo. Okazuje się, że nie trzeba do tego rządu lewicy liberalnej. Partie ponoć chadecko-konserwatywne same promują program, który w konsekwencji je odrzuci jako już niepotrzebne. Rządy „wesołków” będą naturalnym następstwem nowego społeczeństwa. Czyżby jedynym ratunkiem dla naszych zachodnich sąsiadów był islam?

 

Dla nas decyzja Trybunału Konstytucyjnego Republiki Federalnej nie oznacza nic dobrego. Potęga medialna, którą Niemcy u nas dysponują sprawi, że presja propagandowa przybierze na sile. Stosunki polsko-niemieckie z tego powodu jeszcze bardziej się skomplikują, gdyż rządząca siła sprawcza w Polsce widziana jest  za Odrą jako obóz konserwatywnego faszyzmu i opresyjnego katolicyzmu. Jej istnienie stanie się  jeszcze bardziej deprymujące, gdyż może się okazać, że jest wielu Niemców, którzy mają problem z asymilacją do nowych warunków społecznych i politycznych, a opór krnąbrnego sąsiada będzie niweczył zdobycze rewolucji LGBT. W związku z tym cenzura będzie musiała rozwinąć w niemieckich mediach swój zasięg i skuteczność tak, aby trzecia płeć miała dość przestrzeni i swobody, aby mogła wzrastać i doskonalić heteroseksualnych troglodytów. Koniecznym dla Polskiej racji stanu jest zbudowanie bloku państw, które przeciwstawiają się tej polityce obłędu. Z państw naszego regionu pod protokołem Stambulskim zobowiązującym państwa Unii do promocji wartości LGBT podpisała się jedynie Polska. Czas najwyższy, aby wypowiedzieć te zobowiązania i w zamian zaproponować blok obrony rodziny (i rozumu!) w krajach naszego regionu. Na pytanie przy rodzinnym obiedzie z okazji 99. urodzin Polski, jak ma się ta trzecia płeć nazywać, padła chyba bardzo trafna odpowiedź. „Jest kobieta, mężczyzna i Niemiec.”  O wyniku tego starcia nie przesądzi wbrew pozorom siła ale uporczywe trwanie przy swoim. Nas nie da się zaorać, ale można przemienić. Niestety to się dzieje… i aby temu się przeciwstawić trzeba mieć w sobie wiarę przodków i wolę walki o siebie, o własną tożsamość, o polski styl życia.