Jak uczy historia, czas wielkich klęsk zawsze budzi ogólnonarodową refleksję. Nie ważne czy są one tylko klęskami sportowymi, jak miało to miejsce na piłkarskim mundialu, czy dotyczą one jedynie sfery artystycznej – vide ostatni konkurs Eurowizji, czy też związane są z poważnymi poczynaniami, jak choćby z tymi politycznymi na arenie międzynarodowej. Każdy wymiar publicznego upadku, na ogół uważnie obserwowany przez nie zawsze przychylnych nam przecież sąsiadów, powoduje w nas naturalną frustrację, ale niemal równocześnie potrzebę zdefiniowania przyczyn zaistniałej sytuacji. O ile jednak sprawy boiskowe czy estradowe nie mają w dłuższej perspektywie wartego odnotowania wpływu na geopolityczną pozycję naszej ojczyzny, o tyle potknięcia na płaszczyźnie relacji międzypaństwowych mogą mieć w tym ujęciu bardzo poważne konsekwencje.

 

Niestety okres ostatnich miesięcy to pasmo kilku naprawdę dotkliwych porażek ekipy rządzącej, których bagatelizowanie z punktu widzenia polskiej racji stanu może prowadzić do dalszego spustoszenia, nie tylko na odcinku wizerunku państwa, ale przede wszystkim w obszarze jego już znacząco nadwątlonej suwerenności. Przewrotnie zaczęło się dość optymistycznie – uchwaleniem na przełomie stycznia i lutego 2018 roku długo wyczekiwanej, choć jak się później okazało nie do końca przygotowanej, noweli ustawy o IPN. Co ciekawe, przy jej wielomiesięcznym konsultowaniu najbardziej obawiano się reakcji państwa, którego moc sprawcza – delikatnie pisząc – jest co najmniej dalece nieprzekonująca, żeby nie napisać – żadna. W rozważaniach natomiast kompletnie pominięto – celowo lub przez zaniechanie – możliwą reakcję naszego głównego tzw. “strategicznego sojusznika”, na którego politykę od wielu dekad przemożny wpływ posiada lobby pewnego stosunkowo młodego, acz liczącego się – i to nie tylko na Bliskim Wschodzie –  kraju.

 

Zanim prezydent podpisał rzeczoną nowelizację, w wielu miejscach świata doszło do dywanowych wręcz ataków medialnych na Polskę przeprowadzonych z inspiracji wspomnianych środowisk. Przedstawiciele obozu obecnie rządzącego w kraju nad Wisłą zdawali się być całkowicie zaskoczeni takim obrotem sprawy, a zaskoczenie w polityce, jak powszechnie wiadomo, to rzecz niewybaczalna, a porównać ją można na przykład do braku przygotowania kondycyjnego wśród piłkarzy na mundialu lub wokalnego w gronie festiwalowych wykonawców.

 

I tak oto, raptem w ciągu kilku tygodni niespecjalnie zorientowany w temacie politycznych mistyfikacji polski wyborca zobaczył obraz, który był przed nim umiejętnie skrywany co najmniej od roku 1989. Okazało się bowiem, że w trybie ekspresowym pod pręgierzem zmanipulowanej przez potężne koncerny medialne międzynarodowej opinii publicznej znalazła się Polska – jako kraj rzekomo współodpowiedzialny za holokaust. Wielu z nas zadawało sobie wówczas pytanie – jak to możliwe?

 

Większość zdziwionych stanowili jednak ludzie żyjący od wielu lat w błogim przeświadczeniu, że u boku Wuja Sama i wśród potomków przyjaciół uratowanych z czasów wojennej zagłady, nic złego Polakom przydarzyć się nie może. Jakiż musiał być kolejny etap zdziwienia, kiedy wybrany skądinąd głosami Polonii zza oceanu, nowy energiczny pierwszy Żandarm świata, bez zająknięcia, podpisał kontrowersyjną ustawę Just Act 447 otwierającą de facto drogę do wielomiliardowych roszczeni pewnej grupy sprytnych interesantów. Na tyle sprytnych, że żądających w majestacie prawa stanowionego przez siebie, zwrotu mienia bezspadkowego m.in. po niegdysiejszych obywatelach Rzeczypospolitej.

 

Tymczasem presja wpływowych środowisk narastała. Nie potrafili się tej presji niestety w żaden trwały sposób – pomimo nieustannie deklarowanych szumnych zapowiedzi – przeciwstawić przedstawiciele tzw. “zjednoczonej prawicy”. Nie mogli lub nie umieli tego skutecznie uczynić z wielu powodów. W końcu pod naciskiem obcych mocarstw, wbrew większości polskich obywateli i przy akompaniamencie zagranicznych mediów, nastąpiła w zasadzie bezwarunkowa kapitulacja w kwestii ustawy o IPN. To znaczy pewnie jakieś warunki były, ale stawiali je jak najczęściej bywa w prawdziwej polityce silniejsi – a w tym gronie kolejny raz nie było Polski. Czaru goryczy dopełnił urągający wszelkim normom cywilizowanego parlamentaryzmu ekspresowy tryb procedowania zmian w ustawie o IPN w aranżacji rodem z czasów XVIII wiecznego Sejmu niemego.

 

Patrząc na te poniżające nasz naród wydarzenia, których haniebnym ukoronowaniem był wspomniany dzień 27 czerwca 2018 roku, naszła mnie pewna paradoksalna refleksja. Oto najgorszy w tym przypadku dla Polski nie jest wcale sam fakt uległości tej czy innej partii w gruncie rzeczy wspierającej – w mniejszym lub większym stopniu, oficjalnie lub pokątnie – obce interesy. Największą obecnie tragedią w wymiarze politycznym dla milionów uczciwych Polaków jest brak realnej alternatywy wyboru wobec tych niegodnych, a trwających kolejne kadencje rządów. Polacy zamiast wybierać przedstawicieli, którzy zadbaliby o ich własny narodowy interes, w zasadzie skazani są od czasów okrągłostołowego rozdania głosować na przysłowiowe „mniejsze zło”. A z mniejszego zła, jak wiadomo, nigdy nie będzie większego dobra.

 

Dlatego tak ważną obecnie potrzebą – już nie tyle chwili, co polskiej racji stanu – wydaje się wskrzeszenie w nowym wymiarze organizacyjnym idei Narodowej Demokracji. Odbudowa zdrowej polskiej endecji, która będzie skupiać szerokie środowisko ludzi myślących samodzielnie, a przede wszystkim myślących po polsku i o Polsce, dla których pierwszą i jedyną stolicą pozostanie Warszawa, dla których euro nie oznacza złoty, imigracja nie równa się repatriacji, rozdawnictwo nie jest synonimem pracy, poddaństwo nie jest naturalną formą sojuszu, a serwilizm to nie to samo co pragmatyzm.

 

Apeluję w tym miejscu do wszystkich dobrze życzących Polsce, a w szczególności do liderów szeroko rozumianego środowiska narodowego, do wybitnych publicystów, którzy od lat propagują w swoich świetnych książkach i błyskotliwych felietonach endecką myśl polityczno-społeczną, apeluję do znamienitych ludzi nauki i kultury, którym nie jest obojętny los kraju, piszę do niezależnych przedsiębiorców, ale też do działaczy związkowych, daję to pod rozwagę naszej wspaniałej młodzieży szkolnej i akademickiej.

 

Drodzy Rodacy, może najwyższa pora w 100-lecie odzyskania niepodległości pochować choć trochę swoje własne ambicje lub odstawić osobiste swary dla dobra narodowej sprawy i na początek usiąść przy wspólnym stole obrad – niekoniecznie okrągłym, ale na pewno patriotycznym – aby z pomocą Bożą dać być może początek nowej Narodowej Demokracji?

 

Drastyczne pogorszenie się w ostatnich miesiącach relacji polsko-ukraińskich stało się faktem dostrzeżonym nawet przez jakże przychylny stronie ukraińskiej obóz obecnie rządzący w kraju nad Wisłą. Dwa wydarzenia w tym minionym okresie można uznać wręcz za symboliczne. Wymowny zakaz poszukiwania i ekshumacji szczątków polskich obywateli pomordowanych na Kresach Wschodnich w latach II wojny światowej wydany administracyjnie przez ukraińskich urzędników oraz prowokacyjny wywiad udzielony przez byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę – nota bene odznaczonego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski – w którym ten awizowany przyjaciel Polaków raczył zrównać legendarną i cieszącą się uznaniem w świecie Armię Krajową z upowskimi bandami dzikich zwyrodnialców odpowiedzialnych za okrutne ludobójstwo. Jeśli do tego dodamy uchwalenie dyskryminującej mniejszość polską ustawy oświatowej, ciągle niezwrócone kurii rzymsko-katolickiej kościoły choćby we Lwowie, notoryczne niszczenie polskich pomników, a nawet ostrzał z granatnika polskiego konsulatu w Łucku, to chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości, że prowadzoną od wielu lat przez Rzeczpospolitą wobec wschodniego sąsiada politykę należy uznać za kompletnie chybioną.

 

Jeśli zatem wyciągniemy ten pierwszy logiczny wniosek, to należy pójść dalej i zastanowić się, co stało się przyczyną obecnego stanu rzeczy w polskiej polityce zagranicznej na kierunku wschodnim? Dlaczego ta polityka z gruntu jest jałowa i wydaje tak zepsute owoce, i to nie tylko na Ukrainie, ale także przecież na Litwie, na Białorusi oraz oczywiście w samej Rosji. Kluczem do zrozumienia sytuacji, w jakiej znalazła się obecnie Rzeczpospolita są dwa elementy, które determinują wektor prowadzenia rzeczonej polityki. Pierwszą najważniejszą osią tego projektowanego wykresu jest ogólna sytuacja geopolityczna w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Ta sytuacja jest oczywiście zmienna i uwarunkowana od prowadzonej polityki naszych sąsiadów oraz wpływu na nią mocarstw – na przykład USA. Druga oś wyznaczająca współrzędne tej polityki zależy jednak wyłącznie od nas, a dokładnie od paradygmatu, jaki zastosujemy przy jej prowadzeniu. O ile na pierwszy wspomniany element wpływ mamy obiektywnie ograniczony, o tyle za drugi czynnik bezpośrednio określający nasze imperatywy w polityce zagranicznej odpowiadamy i bierzemy odpowiedzialność przed narodem – zakładając, że jesteśmy państwem suwerennym – sami. I właśnie w tym błędnie obranym paradygmacie leży główna, acz nie jedyna, przyczyna obecnej sytuacji w polityce wschodniej.

 

Ten wyjątkowo szkodliwy paradygmat przyjęty blisko trzy dekady temu przez postmagdalenkowe „elity”  nazywa się potocznie giedroycizm. Nie powstał on jednak przy okrągłym stole, lecz narodził się zdecydowanie wcześniej za sprawą płodnych w utopijne myśli Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego na łamach paryskiej „Kultury” w czasach, kiedy już samo koncypowanie wolnej od komunistów Polski było karkołomne, a co dopiero wizja pojawienia się na mapie niepodległej Sowietom Litwy czy Ukrainy. Po wielu latach nastąpił jednak długo wyczekiwany rozpad ZSRR, co uznano w pewnych postępowych kręgach za spełnienie proroctwa dwóch wspomnianych panów, a dalej przyczyniło się do wdrożenia ich koncepcji polityki wschodniej w ramach nowej polityki zagranicznej III RP. To wydarzenie legło u zarania obecnie piętrzących się wieloaspektowo problemów. Trzeba bowiem pamiętać, że koncepcja Giedroycia zaimplementowana i stale obecna w polskiej polityce wschodniej jest w istocie rzeczy zaprzeczeniem realizmu politycznego obowiązującego od zawsze w stosunkach międzynarodowych, a którego najwybitniejszym przedstawicielem w naszej rodzimej historii był Roman Dmowski.

 

Niestety wspaniałe dziedzictwo Dmowskiego zostało niemal całkowicie odrzucone przez ludzi, którzy znaleźli się u sterów władzy po roku 1989. Prawdziwy realizm polityczny na arenie międzynarodowej zastąpiono prometejską wizją Polski, która oto nawet kosztem swoich partykularnych interesów miała prowadzić mesjanistyczną politykę zagraniczną na Wschodzie. Dogmatem w tym ujęci stosunków międzynarodowych stało się jednobiegunowe myślenie, że Rzeczpospolita skazana jest na wieczny sojusz z państwami leżącymi między jej granicami a wrogą z założenia w tym paradygmacie Federacją Rosyjską. Wobec czego zaczęto prowadzić politykę bezkrytycznego i za wszelką cenę popierania zarówno Ukrainy, jak i Litwy. Było to czynione wiele lat bezwarunkowo i częstokroć za pieniądze polskiego podatnika, co w konsekwencji doprowadziło do degeneracji zdrowych partnerskich relacji międzypaństwowych opartych na wspólnych interesach i obopólnym kompromisie. Natomiast wytworzyło u przedstawicieli tych państw przeświadczenie, że niezależnie co będą złego czynić wobec Polski i Polaków, w kraju czy zagranicą, i tak nic to nie zmieni w naszych relacjach. Niestety podobne przeświadczenie funkcjonuje także obecnie w Rosji, z tym że tutaj należy patrzeć na sprawę z drugiej strony, a więc niezależnie od ewentualnych przyjaznych gestów Kremla, i tak nic to nie zmieni w postrzeganiu jego oblicza przez rządzących w Warszawie.

 

Doskonale z tego stanu rzeczy zdają sobie sprawę – oprócz oczywiście decydentów wyżej wymienionych państw – również realizujący swoje interesy w tym rejonie globu Amerykanie. Jest to dla nich sytuacja wręcz komfortowa, aby nie napisać wymarzona. Tak bardzo czytelnej i absurdalnie niezmiennej, odpornej na wszelkie okoliczności, polityki zagranicznej próżno bowiem szukać nawet pośród bananowych republik. Wobec czego politycy z Waszyngtonu nie muszą praktycznie w ogóle liczyć się ze zdaniem strony polskiej w kluczowych dla nas kwestiach na Wschodzie, nawet jeśli chcielibyśmy dokonać jakieś uzasadnionej korekty na tym odcinku. Zostaje w tym przypadku jedynie gorąca prośba i łaskawe oczekiwanie na pozytywną odpowiedź zza oceanu.

 

Widać przeto wyraźnie, że giedroycizm spowodował całkowitą dysfunkcyjność polskiej polityki zagranicznej na kierunku wschodnim sprowadzając naszą ojczyznę do roli przyjmowanego na salonach z żartobliwym politowaniem petenta. Co gorsze jednak, obśmiewanego już nie tylko przez możnych tego świata, ale i przez maluczkich z naszego regionu. Nasuwa się zatem najważniejsze pytanie – co w takim razie począć?

 

Endecka publicystyka minionego wieku daje nam kilka prostych, ale bardzo skutecznych recept. Po pierwsze należy czym prędzej odrzucić romantyczne postrzeganie przestrzeni międzynarodowych stosunków, a więc zrzucić z naszej polityki zagranicznej ten kuriozalnie krępujący paryski gorset, który po wielu praniach jest już tak ciasny, że nie możemy wykonać w nim żadnego sensownego ruchu na Wschodzie. Tymczasem w prowadzeniu polityki nie chodzi o jakieś metafizyczne wyznaczanie sobie śmiertelnych wrogów lub dozgonnych przyjaciół, ale o skuteczne realizowanie swoich narodowych partykularnych interesów szukając do tego właściwych i gotowych na kompromis partnerów, którzy przy okazji też zrealizują zapewne jakiś własny interes. Nie chodzi bynajmniej w tym miejscu o żadne odwracanie sojuszów czy występowanie z NATO, jak chcieliby widzieć medialni piewcy obecnego czy wcześniej rządzącego obozu politycznego w Polsce, dla których każdy, kto myśli pragmatycznie i odrzuca szkołę Giedroycia jest na pewno agentem Putina lub co najmniej nieświadomie mu służy. Chodzi pokrótce o zrewidowanie altruistycznego stosunku do państw, które jawnie i bezkarnie od lat godzą w polską rację stanu, pomimo tego że znajdują się one w krytycznej sytuacji geopolitycznej. Tutaj używając odpowiednio dobranych i dopuszczalnych w świetle prawa międzynarodowego argumentów powinniśmy wymusić zmianę ich postawy wobec Polski.

 

Po drugie, trzeba opracować całkowicie nową strategię długofalowej polityki wschodniej, w której oprócz ciągle aktualnych zagrożeń ze strony neoimperializmu rosyjskiego, pojawi się w końcu rozdział dotyczący szerzącego się antypolskiego w swojej istocie banderyzmu na Ukrainie. Do tego należy dodać istotną obecnie kwestię migracji zarobkowej ze Wschodu, która powinna być wbrew woli liberałów wyraźnie ograniczona, albo co najmniej mądrze reglamentowana, a już na pewno należycie kontrolowana. Bowiem niekontrolowany masowy napływ cudzoziemców, jak potwierdza literatura przedmiotu i sytuacja Europy Zachodniej, stanowi niemal zawsze zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego danego państwa oraz rodzi inne trudności – choćby o charakterze ekonomicznym (np. zahamowanie wzrostu płac) czy społecznym (brak integracji i asymilacji). Kolejna ważna i niecierpiąca zwłoki rzecz, szczególnie w kontekście wspomnianej już imigracji, to uchwalenie ustawy penalizującej banderyzm na terenie Rzeczypospolitej. Nasz wschodni partner musi usłyszeć czytelny sygnał, że Polska nie akceptuje zakłamywania historii i budowania tożsamości na kulcie oprawców jej byłych obywateli.

 

Reasumując, należy stwierdzić, że zmiana polityki zagranicznej na kierunku wschodnim jest obecnie wręcz nieodzowna dla realizacji szeroko rozumianego polskiego interesu narodowego. Odrzucenie krępującego jej poczynania giedroycizmu pozwoli na bardziej elastyczne i skuteczne działanie, które będzie opierało się o pragmatyczne budowanie relacji zarówno z partnerami, jak i konkurentami. Rzeczpospolita tym sposobem może zdecydowanie zwiększyć swoją podmiotowość w omawianym obszarze geopolitycznym. Albowiem tylko przemyślana, twarda oraz konsekwentna, a równocześnie pozbawiona ciążącego dogmatyzmu i niełatwa do rozszyfrowania z zewnątrz, polityka zagraniczna może być skuteczna budząc przy tym respekt i należytą powagę wśród naszych sąsiadów.