Potrzebujemy bohaterów, może nawet bardziej niż kiedykolwiek. Na naszych oczach rozdmuchane poza granice rozsądku, fałszywe autorytety okazały się równie nietrwałe jak budujący je gazetowy papier. Spod blaknących portretów herosów „Solidarności” zaczęły wyłazić ubeckie kwity a konstrukt z kłamstw i półprawd runął niczym domek z kart. Została pustka.

 

Pustka jest jednak stanem nienaturalnym. Dlatego narodowy Panteon zaczęły po cichu zaludniać postacie jeszcze przed chwilą zupełnie zapomniane, nieistniejące w masowej świadomości. Inka, Łupaszka, Rój… Tak, po latach, trochę nieoczekiwanie, pojawili się Żołnierze Wyklęci.

 

Przybyli w aurze tajemniczości, jako nieskazitelni rycerze. Ostatni sprawiedliwi, którzy polegli w nierównej walce z siłami zła. Z początku funkcjonowali gdzieś na marginesie narodowej świadomości. Jednak dzięki tytanicznej pracy badaczy i fascynatów przebili się do szerzej. Najpierw trafili na żyzną glebę patriotycznej młodzieży, później dalej – na stadiony i ulice. Na oprawy i murale. W końcu wpisano ich na transparenty partii, która szła po władzę. Dziś są w głównym nurcie polityki historycznej. Niemal każda wioska posada dziś rondo lub skwer Żołnierzy Wyklętych. Niejedna szkoła doczekała się patrona werbującego się z ich kręgu.


Jednak mit, jak każdy mit, posiada swoje wady
. Im bardziej odrealniony tym są one wyraźniejsze. Nie inaczej jest w przypadku Wyklętych. Rehabilitacja i przywrócenie historycznej pamięci, jakie słusznie należały się poległym i pomordowanym, w mgnieniu oka zamienione zostały w bezrefleksyjny kult. Ten zaś, jeśli utrwali się w zbiorowej świadomość będzie wiódł nas na manowce.

 

Nie jest bowiem prawdą, jak głoszą dziś w pseudo-historycznych publikacjach samozwańczy kapłani „wyklętyzmu”, że Żołnierze Wyklęci zwyciężyli. Nie jest prawdą, że bez nich nie byłoby Solidarności czy Wolnej Polski. Nie jest prawdą, że mieli alternatywę pomiędzy „okupacją sowiecką – gorszą niż niemiecką” lub śmiercią. Nie jest wreszcie prawdą, że byli nieskazitelnymi rycerzami.

 

Łatwo jest zbudować w narodowej świadomości ową „fałszywą historię”, która jest mistrzynią „fałszywej polityki”. Tym łatwiej, że epopeja Wyklętych jest zarazem patetyczna i widowiskowa. Bez problemu trafia do wyobraźni młodych patriotów. Jednak skutki opierania tożsamości historycznej na odrealnionych mitach są nieuchronnie opłakane. W końcu nie zależy nam na wychowaniu kolejnych pokoleń, które za szczyt poświęcenia dla Ojczyzny uznają jakąś szczególnie wyrafinowaną i spektakularną formę zbiorowego samobójstwa.

 

Dlatego teraz, gdy Wyklęci zostali nareszcie przywróceni historii, potrzebna jest rozmowa. Spokojna pozbawiona arogancji i pogardy, wolna od fanatyzmu i zacietrzewienia. Rozmowa oparta na faktach i źródłach, ale przede wszystkim na dojrzałej analizie historycznej i politycznej. W nadziei na początek takiej rozmowy sięgnąłem po najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych.”.

 

Nie przepadam za pisarstwem historycznym Zychowicza. Jego dotychczasowy dorobek wskazuje, że znalazł on sposób na poczytność w wyjątkowo prostej metodzie: wkładaniu kija w mrowisko. Stosowanie taniej sensacji zapewne gwarantuje zwiększenie nakładów, jednak u mnie, adepta solidnej niczym pruski fort poznańskiej szkoły historii wojskowości, wzbudza co najwyżej zażenowanie. Oddzielmy jednak tworzywo od twórcy.

 

Najnowsza książka Zychowicza nie jest dziełem naukowym a co najwyżej popularno-naukowym. Taka formuła daje autorowi znaczną swobodę prowadzenia narracji ale w kontekście wagi tematu wydaje się zdecydowanie nieadekwatna. Zychowicz na ponad 400 stronach przedstawia niewygodne, czy wręcz kompromitujące „fakty” zarówno z biografii kliku znanych Wyklętych jak i z dziejów różnych polskich formacji wojskowych. Aspektem łączącym wszystkie opisane postacie i zdarzenia mają być niegodziwości jakich w opinii autora dopuścili się polscy żołnierze. Padają poważne zarzuty, w tym o morderstwa na ludności cywilnej i jeńcach wojennych.

 

Zarzuty tak wielkiego kalibru wymagają niewątpliwie adekwatnej do ich skali dokumentacji. Niestety autor z rzadka posługuje się źródłami opierając się w większości na cudzych opracowaniach. Co więcej, przedmiotowe opracowania dobiera w sposób niezwykle powierzchowny, by nie powiedzieć selektywny.

Oczywisty i reprezentatywny dla omawianej książki przykład niedopuszczalnej, paranaukowej dezynwoltury znajdziemy w rozdziale IX. Zychowicz porusza tutaj temat wydarzeń, które miały miejsce w Bydgoszczy 3 i 4 września 1939 roku, a w hitlerowskiej propagandzie uzyskały miano Bromberger Blutsonntag (bydgoska krwawa niedziela). Od lat trwa spór pomiędzy historiografią polską, która za przyczynę przedmiotowych wydarzeń podaje stłumienie niemieckiej dywersji a niemiecką która owej dywersji zaprzecza. Zychowicz, stawiając Polakom najcięższe zarzuty – masowego morderstwa, powołuje się na opinię jedynego bodaj poważnego historyka po stronie polskiej – Włodzimierza Jastrzębskiego, który popiera narrację niemiecką.

 

Bogaty dorobek polskich historyków i ich zgodna w znakomitej większości opinia w przedmiotowej materii zostały tutaj całkowicie zignorowane. Zychowicz nie uznał także za stosowne poinformować Czytelników, że także historiografia niemiecka nie jest monolitem w przedmiotowym temacie. Wyłomu dokonała tutaj praca Güntera Schuberta „Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy”, która ukazała się w RFN w 1989 r. a w roku 2003 doczekała się polskiego wydania. Nieznajomość tej pozycji, niezwykle istotnej dla przedmiotowej materii, lub jej świadome pominięcie, jako niezgodnej z główną tezą książki, wystawia Zychowiczowi jako historykowi niezbyt pochlebne świadectwo.

 

Mocno zastanawiający jest także dobór relacji świadków (nie tylko w tej sprawie). Są one co do zasady jednostronne, co jest tym bardziej zaskakujące, iż nie brakuje tutaj dobrych źródeł. Szkoda, że autor nie znalazł kliku wierszy na przykład na relację Lucy Baker-Beall. Ta nauczycielka języka angielskiego, która przez prawie 40 lat mieszkała w Bydgoszczy, a której dzięki interwencji ambasady amerykańskiej w połowie lutego 1940 r. udało się opuścić Niemcy relacjonowała: „Strzały padały z niemieckich domów i kilku Polaków zostało zabitych lub rannych. (…) W sumie około 200 Niemców zostało zatrzymanych z bronią w ręku i rozstrzelanych, ale to nie było mordowanie bezbronnych ludzi. To nastąpiło później, kiedy Niemcy weszli do miasta”.

 

Poważne usterki metodyczne, niedostateczna znajomość źródeł i opracowań oraz inne, drobniejsze uchybienia nie są niestety wyłączną domeną omawianego wyżej podrozdziału. Znajdziemy je w mniejszym lub większym natężeniu w całej książce Zychowicza. To całkowicie dezawuuje wartość poznawczą pracy i dyskredytuje jej autora.

 

„Skazy na pancerzach” mogły okazać się książką przełomową, otwierającą uczciwy, konstruktywny dyskurs. Zamiast tego są tanim moralitetem opartym na wątpliwej sensacji. Mimowolnie wpisującym się w szczęśliwie niemodny już nurt pedagogiki wstydu. Szkoda, widać na solidne opracowanie tego złożonego tematu przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Było sobie kiedyś miasteczko Schönlanke, aż nagle, ni z tego ni z owego, na początku 1945 roku przestało istnieć. Jego zniknięcie nie ograniczyło się do sfery idei lecz miało wymiar całkowicie fizyczny i praktyczny. Mianowicie wymazano z mapy aktualną nazwę miasteczka i wpisano w to miejsce jego pierwotną nazwę. Ci z Niemców zamieszkujących dotąd Schönlanke, którzy nie zdążyli wynieść się gdzie pieprz rośnie albo mniej lub bardziej gwałtownie opuścić ten łez padół, zostali wysiedleni do Niemiec. Zwolnione przez nich miejsce zajęli polscy osadnicy. Tak oto Schönlanke zmieniło się w Trzciankę, która po ponad 170 latach wróciła do Polski.

Rzecz jasna transformacja niemieckiego miasteczka Schönlanke w polską Trzciankę odbyła się na skutek konkretnych czynników. Nie wydarzył się cud i Niemcy nagle, po tysiącu lat Drang nach Osten, nie zreflektowali się, że kradzież ziemi sąsiadów jest nieetyczna i należy natychmiast zaprzestać tej haniebnej praktyki. Na przedmiotowe zdarzenie nie miała też wpływu postawa naszych, zawsze wiernych, zachodnich aliantów. Trzcianki nie odzyskali również mityczni (bo mitologizowani) Żołnierze Wyklęci. Fakty są takie, że Schönlanke „wyzwoliła” Armia Czerwona a Trzcianka, podobnie zresztą jak reszta Ziem Odzyskanych, przypadła Polsce z wyłącznej woli władz Związku Radzieckiego.

 

„Wyzwolenie” sprawiło zapewne mieszkańcom Schönlanke pewien dyskomfort. Niemal wszyscy pożegnali się ze swoim mieniem, a część także z życiem. Ten aspekt transformacji dawnego Schönlanke w Trzciankę jest ostatnio szczególnie eksponowany. Gdybym miał intencję wpisać się w tą modną narrację mógłbym się tutaj rozrzewniać nad niedolą prostego człowieka sponiewieranego przez wichry historii. Mógłbym na przykład, stosując prosty erystyczny trik, przywołać faktyczną lub fikcyjną postać: młynarza, pensjonarkę, urzędnika pocztowego… i zderzyć jego ludzkie oblicze, marzenia i pragnienia z brutalnym walcem wojny. Nie uczynię tego jednak. Głownie dlatego, że los niemieckich mieszkańców Schönlanke  jest dla mnie głęboko indyferentny. Pobożni i pracowici Prusacy zamieszkujący powiat Netzekreis (powiat notecki) i całą prowincję  Grenzmark Posen-Westpreußen entuzjastycznie wspierali Adolfa Hitlera w jego marszu do władzy. Następnie entuzjastycznie wspierali napad na polskich sąsiadów i politykę ich fizycznej eksterminacji. Dostali więc od losu to na co zasłużyli. A stało się tak, a nie inaczej wyłącznie dlatego, że przegrali wojnę, którą sami wywołali.

 

Fakt, że odzyskanie (a w niektórych przypadkach wręcz uzyskanie) terytoriów na północy i zachodzie zawdzięczamy powszechnie nielubianemu Związkowi Radzieckiemu budzi do tej pory wśród nas poważny dysonans poznawczy. Prowadzi on często do zaburzeń rozumowania i wyparcia faktów. Dla porządku przypomnę więc, że Związek Radziecki dążył (skutecznie) do pełnego politycznego podporządkowania Polski, jednak w przeciwieństwie do Niemiec i Niemców nigdy nie dążył do unicestwienia fizycznie narodu. Armia Czerwona narzuciła nam na dziesięciolecia niechciany ustrój i równie niechciany sojusz. Uratowała nas jednak przed biologiczną zagładą, którą szykowali dla nas, z właściwą sobie starannością, niemieccy okupanci.

 

Na skutek przegranej wojny 1939 roku Związek Radziecki odebrał nam historyczne kresy. Jednak w roku 1945 – traktując Polskę jako element systemu państw zależnych nadał nam optymalną granicę zachodnią, co jak wiemy wcale nie było oczywiste. Trzcianka mogła ciągle nosić miano Schönlanke i wejść w obszar radzieckiej strefy okupacyjnej a później NRD. Biedna, mała i zniszczona Polska pozbawiona jednocześnie kresów i Ziem Odzyskanych byłaby skazana za zacofanie i marginalizację.

 

Zapewne właśnie dlatego w wielką pieczołowitością dbamy dzisiaj o wszelkie pamiątki (w tym cmentarze)… po dawnych niemieckich mieszkańcach Ziem Odzyskanych. Tymczasem pamiątki po Armii Czerwonej systematycznie likwidujemy. Nie widzicie w tym Państwo logiki? – i słusznie, gdyż w takim postępowaniu logiki nie ma. Mogłaby być, jeśli likwidacja pamiątek po żołnierzach radzieckich byłby elementem przemyślanej polityki historycznej. Polityka jest z definicji amoralna, polityka historyczna także, nie ma więc co się oburzać na to, że wypacza ona fakty. Jednak w tym przypadku o żadnej przemyślanej strategii nie ma mowy, chyba, że za taką uznamy ostentacyjne pokazywanie Rosji gestu Kozakiewicza.

 

Co warte zauważenia w tym samym czasie kiedy złośliwie drażnimy potężnego wschodniego sąsiada nie lękamy się także teutońskich dzikusów zza Odry. Tym wypominamy, że nie zapłacili mam reparacji wojennych, o pomniejszych przewinach nie wspominając. Francuzów uczymy jeść widelcem, Komisję Europejską wzniośle ignorujemy, itp., itd. Resumując prowadzimy politykę, na którą może sobie pozwolić jedynie mocarstwo. Dokładnie taką samą jak prowadziliśmy w 1939 roku. Ciekawe czy skutek będzie podobny?

 


Zbigniew Zajkowski/Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0